Kres „złotych chłopców”

Rozsypał się rząd Beaty Szydło. Zaledwie po dziesięciu miesiącach urzędowania okazało się, że (według opinii prezesa) zamiast pracować, balował. Czystka rozpoczęła się na początku minionego tygodnia od dymisji ministra skarbu Dawida Jackowskiego. W piątek rano w polskim radiu premier zapowiedziała kolejne zmiany. Jakie? W chwili, gdy piszę ten tekst, jeszcze nie wiadomo. Nikt nie ma też pewności, czy szczegóły czystki kadrowej znane są samej Beacie Szydło. Wszak nie ona podejmuje takie decyzje.

Tylko dwie zmiany miałyby – moim zdaniem – istotne znaczenie dla Polski. Obie bardzo pożądane, ale mało prawdopodobne Jedna to objęcie funkcji premiera przez Jarosława Kaczyńskiego, co powiązałoby rzeczywisty ośrodek władzy z konstytucyjnymi instytucjami demokratycznego państwa. Druga to dymisja Antoniego Macierewicza, co zapowiadałoby zmianę priorytetów rządu – odejście od ideologii smoleńskiej na rzecz gospodarki.

O wiele bardziej interesującym od pytania: kto kogo na jakim ministerialnym stołku zastąpi, jest pytanie o przyczyny dość niespodziewanej dekompozycji rządu.

Powodem są finanse państwa i niekorzystne trendy w gospodarce. Pisałem o tym wielokrotnie, dlatego wspomnę tylko o jednym. 9 mld zł wyparowało z wartości rynkowej spółek skarbu państwa w kilku ostatnich miesiącach. Są to (zdaniem nie tylko opozycji, ale także mediów sprzyjających rządowi) skutki inwazji „złotych chłopców” z PiS na intratne posady w zarządach tych spółek.

Nagłośniona przez media błyskotliwa kariera Bartłomieja Misiewicza sprawiła, że również uwaga opinii publicznej skupiła się na polityce kadrowej PiS. Odpowiedzialny za nią był minister Dawid Jackiewicz. Nominacje w spółkach dla ludzi kojarzonych bezpośrednio z nim oraz z jego przyjacielem Adamem Hofmanem doprowadziły niemal do otwartej wojny także w samej partii.

To, że Jackiewicz miał rozdawać posady, było jasne od początku. Po to został ministrem. To, że rozdawał je „pisowcom”, to też nic dziwnego. A komu miał je dawać? PiS nie robił z tego tajemnicy, że uprawia politykę kadrową, którą przed laty Jarosław Kaczyński określił wymownym skrótem TKM (Teraz K…a My). Dlaczego więc Jackiewicz został zdymisjonowany? Bo dawał nie tym „swoim”, którym powinien i nie wszystkie zmiany konsultował z prezesem.

*

Prezes zapowiedział czystkę w rządzie już kilkanaście dni temu. Dawid Jackiewicz stał się jej pierwszą ofiarą. Za chwilę poznamy następne. Kolejnym krokiem są działania CBA i masowe kontrole. Finałem ma być wymiana ludzi w spółkach oraz postawienie przed oblicze wymiaru sprawiedliwości tych, którzy dopuścili się ewentualnych nadużyć.

Przekaz z siedziby PiS na Nowogrodzkiej jest prosty. Całą winę za bałagan w spółkach skarbu państwa ponoszą Jackiewicz i Hofman, którzy obsadzili kluczowe spółki państwowe swoich „złotymi chłopcami”, by robić milionowe interesy.

Cała ta operacja zakończy się kolejną wymianą kadr, a Jarosław Kaczyński jak przed laty I sekretarz PZPR ten najazd na spółki „złotych chłopców” określi mianem minionego okresu błędów i wypaczeń. I kontredans wokół stołków rozpocznie się od nowa.

Swoistym papierkiem lakmusowym intencji prezesa będzie to, jak potraktuje swoich rodzinnych „złotych chłopców”. Zobaczymy czy ofiarami czystek padną bracia cioteczni Kaczyńskiego Jan Maria Tomaszewski (doradca zarządu TVP z pensją 20.000zł). Konrad Tomaszewski (dyrektor generalny Lasów Państwowych) czy Grzegorz Tomaszewski ( prezes pisowskiej spółki Forum). Przekonamy się także, czy czystka obejmie Janinę Gross znajomą matki Kaczyńskiego ( to ta od pożyczki) oraz kilkanaście innych osób rodzinnie lub towarzysko powiązanych z prezesem.

*

Od lat PiS przekonywało, że jak dojdzie do władzy, to odkryje i ujawni całą „porażającą” wiedzę na ten temat nepotyzmu i korupcji III Rzeczypospolitej. Tymczasem po dziesięciu miesiącach rządów trzeba było oczyścić własną stajnię ze „złotych chłopców”, którym ośmiorniczki nie wystarczyły. Chcieli od razu posmakować kawioru.

Zbigniew Noska

Milczenie Pierwszej Damy

Agata Kornhauser Duda zachowuje się zupełnie inaczej niż jej poprzedniczki. Milczy i …. znika. Znika i milczy, co za każdym razem wywołuje fale domysłów i spekulacji. Kilkanaście dni temu nie pojawiła się na premierze „Smoleńska”, którego głównym celem jest rozpropagowanie tezy o zamachu. W tym czasie wybrała się z córką Kingą na „Śmietankę towarzyską” Woody’ego Allena. Czyż mogła się bardziej aluzyjnie wypowiedzieć? – skomentowali to dziennikarze usiłujący rozszyfrować poglądy pierwszej damy.

Agata Duda to – jak twierdzą jej tajemnicza, bo ukrywająca się pod pseudonimem biografka oraz Małgorzata Niemczyńska autorka obszernego artykułu w „Gazecie Wyborczej” to typowa ukochana córeczka swojego tatusia, będąca pod silnym jego wpływem. Dzisiejsza prezydentowa została nawet bohaterką wierszy ojca zawartych w tomie „Tyle rzeczy niezwykłych. Wiersze dla Agatki.” z roku 1981.

Istotnie, Julian Kornhauser syn krakowskiego Żyda więźnia obozu w Dachau to postać nietuzinkowa: poeta, prozaik, krytyk literacki, znawca i tłumacz literatury serbskiej i chorwackiej, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Liberał i lewicowiec internowany w 1981 roku związany był z Unią Wolności. Od początku lat 90 – tych podkreślając swe żydowskie korzenie, zaangażował się między innymi w wyjaśnienie pogromu żydowskiego w Kielcach.

O tym, że Agata Duda ma poglądy zbliżone do ojca, zdają się świadczyć nie tylko zapewnienia jej brata, ale także … świece zapalone w pałacu prezydenckim z okazji święta Chanuki, co bardzo nie spodobało się między innymi ojcu Rydzykowi.

O opiniach dominujących w domu Kornhauserów sporo mówią wypowiedzi Jakuba, brata Pierwszej Damy. – Nie rozumiem wyznawców PiS. Widziałem ludzi, którzy całowali dudabusa – mówił w wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”. Dodał też, że nie zdziwi się, jeśli jego szwagier stanie przed Trybunałem Stanu. Także jego ojciec, od lat ciężko schorowany, zabrał głos w sprawie działań PiS. Podpisał list do Piotra Glińskiego, w którym ludzie kultury protestują przeciw zwolnieniu szefa Instytutu Książki.

*

- Moja żona jest osobą bardzo niezależną – mówił Andrzej Duda „Super Expressowi” – Proszę zauważyć, że ona od początku, jeszcze jak prowadziłem kampanię, nie zabierała głosu w sprawach politycznych. – Rolą pierwszej damy – dodał – nie jest robienie polityki, bo to rola męża. Pierwsza dama jest osobą, która powinna się starać świadczyć dobro. I moja żona to robi.

Tylko jeden raz zdarzyło się Pierwszej Damie złamać tę zasadę. Na jednym z przedwyborczych spotkań zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego powiedziała:

- Nasi oponenci cały czas się zastanawiają, kto stoi za Andrzejem Dudą. I bardzo obawiają się pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że to on właśnie stoi za moim mężem. Nie wiem, dlaczego są tacy strachliwi. No, z całym szacunkiem, panie prezesie, ja się pana nie boję. Natomiast jedno jest pewne. Niezależnie od wyniku wyborów i niezależnie od tych wszystkich ataków, to powiem państwu jedno: za Andrzejem stoję ja i moja córka. I tego nic nie zmieni!

*

Jak wobec przedstawionych tu faktów i wątpliwości oceniać zachowanie prezydentowej? Jest w wielu Polakach gwałtowna potrzeba dobra. Dlatego milczenie Pierwszej Damy odbierane jest przez niektórych jako osobisty sprzeciw wobec zła, tworzonego m.in. przez jej męża.

Martin Luther King powiedział kiedyś: „kiedy przechodzisz obojętnie wobec zła to tak, jakbyś sam je czynił”. Dlatego nie łudzę się, że milczenie Pierwszej Damy jest formą protestu przeciwko rządzącym.

Zbigniew Noska

Ideologia chamstwa

„W ramach dobrej zmiany wróciliśmy do Jedwabnego, a stodoły zastąpiono tramwajami”. Ta opinia jednego z internautów może nazbyt brutalnie, ale trafnie oddaje moje oburzenie pobiciem profesora Jerzego Kochanowskiego w warszawskim tramwaju tylko dlatego, że rozmawiał ze swoim niemieckim kolegą po niemiecku. Profesor Kochanowski to nie pierwsza i zapewne nie ostatnia ofiara polskich „nazioli”. Kilka dni temu jeden taki skompromitował Piłę swym antysemickim i ksenofobicznym wpisem w Internecie zawierającym groźby pod adresem konkretnych osób.

Od miesięcy media informują o napaściach na ludzi o ciemnej karnacji skóry, o odmiennym od naszego języku. Łatwo zobojętnieć na takie medialne doniesienia, zwłaszcza, gdy jest ich dużo. Tymczasem jutro to może być każdy z nas. Jakiś inny ksenofobiczny cham może na nas napaść, ponieważ nie podoba mu się jak rozmawiamy, jak wyglądamy, jak się ubieramy.

*

Ryba psuje się od głowy. Prezes wszystkich prezesów powiedział nie tak dawno:

- Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi (uchodźców), mogą tutaj (to znaczy w Polsce) być groźne. Gdy dziennikarka BBC zapytała ministra Szałamachę, czy on uważa, że uchodźcy przenoszą pasożyty i pierwotniaki, usłyszała:

- Nie wiem. Musiałbym spytać specjalisty; ale uzasadnione jest takie pytanie, gdyż obowiązkiem władzy jest dbanie o zdrowie ludności, to oczywiste.

- Ale przecież tak się nie mówi o ludziach. To jest poniżające – zareagowała dziennikarka. Minister miał zdziwioną twarz, myślał zapewne, że znów mu wciskają tę lewacką poprawność polityczną.

*

Obyczaje psują nie tylko nieobyczajnie zachowujący się politycy, ale przede wszystkim ci, którzy dają na to przyzwolenie. Pamiętam jak kilkanaście lat temu byłem zszokowany, gdy widziałem w telewizji, jak jakaś babcia pod Jasną Górą tłukła parasolką po głowie reportera TVN. Wyzywała go przy tym od pachołków, szatanów, kłamców. Dotąd bowiem co bardziej krewkie babcie ograniczały swą aktywność do zwracania uwagi młodzieńcom, gdy nie ustępowali starszym miejsca w tramwaju lub dzieciom, gdy papierki rzucały obok kosza na śmieci. Ale żeby tłuc kogokolwiek parasolką pod kościołem? To mi się wtedy w głowie nie mieściło. Tymczasem najróżniejsi politycy nie mieli problemu, by zachowanie babci uzasadnić. I dlatego dziś już mnie to nie dziwi tym bardziej, że takie reakcje stały się normą zachowań zwłaszcza zwolenniczek pewnego radia.

Skoro więc babcia może tłuc parasolką reporterów telewizyjnych, skoro ważny ksiądz może wyzywać żonę prezydenta od czarownic, skoro kibice mogę wywieszać na stadionach transparenty z groźbami wobec znanej dziennikarki, to dlaczego pasażerowie jakiegoś tramwaju nie mieliby prawa pobić mówiącego po niemiecku profesora?

*

Kiedy po przejęciu przez PiS władzy powiedziałem na pewnym towarzyskim spotkaniu, że obawiam się inwazji chamstwa i nienawiści w życiu publicznym, zostałam skrytykowany nawet przez własną córkę. Dziś chamstwo jest w cenie, a prawo w serdecznym poważaniu. Niedawno wszyscy się bulwersowali Sikorskim i ośmiorniczkami za 40 zl, dziś nie dziwi polityczna i finansowa kariera niedouczonego 26 latka. Wczoraj przeszkadzał zegarek Nowaka, dziś Pawłowicz potrafi przez pół roku wyjechać 54 tys. zl. taksówkami na koszt podatnika i wszystko jest ok. W mediach, na ulicach, na forach internetowych wylewa się hejt i taki poziom chamstwa, że po prostu dech zapiera. Podczas, kiedy za granicą pytają: Polacy, co się z wami stało? Z Polski dobiega głos: Wstaliśmy z kolan. Jesteśmy wielkim narodem ze wspaniałą historią.

*

Kiedyś, jak jeszcze ludzi w Polsce obowiązywała poprawność polityczna, to „naziol” może by się i wewnętrznie wkurzył na szwabską mowę w polskim tramwaju, ale przylać by nie przylał, bo jeszcze wiedział, że tego się nie robi. Teraz uwolniony przez najwyższe władze z okowów konwenansu, może już lać jak mu jego szczere i proste serce podpowiada.

Chamstwo podniesione do rangi ideologii owocuje.

Zbigniew Noska

Jakoś to będzie?

Byłem nauczycielem krótko. Na początku mojej kariery zawodowej, gdy po studiach polonistycznych trafiłem do LO w Wągrowcu i na końcu, gdy w pilskiej filii UAM miałem przez rok kilka godzin zajęć z dziennikarstwa prasowego. Z oświatą jednak miałem kontakt przez całe życie: jako mąż nauczycielki, ojciec dwojga dzieci i dziadek czterech wnuków. Pomysł gimnazjów od początku mi się nie podobał. Krytykowałem reformę oświaty rządu Buzka za bezmyślną próbę powrotu do trójstopniowego systemu oświaty z okresu międzywojennego, za olbrzymie koszty tego przedsięwzięcia, a także za chaos programowy i brak koncepcji, a w konsekwencji likwidację szkolnictwa zawodowego.

Jeszcze rok temu podczas kampanii wyborczej ten jeden jedyny pomysł PiS (by powrócić do starego „komunistycznego” systemu oświaty) wydawał mi się sensowny. Dziś zmieniłem zdanie. Nie mogę bowiem zaakceptować sposobu, w jaki usiłuje reformować oświatę PiS oraz kompetencje (a raczej ich brak) osób, które tym procesem kierują.

PiS – owi – moim zdaniem wcale nie zależy na podniesieniu poziomu wykształcenia młodych Polaków. Ich intencje są czysto polityczne.

Po pierwsze chodzi o wojnę z samorządami w większości niepisowskimi, które będąc odpowiedzialne za realizację reformy w terenie, wezmą na siebie odpowiedzialność za niezadowolenie zwalnianych nauczycieli, dyrektorów i pracowników administracji, zmierzą się z irytacją rodziców oraz młodzieży, a także poniosą koszty finansowe. W efekcie może to zaważyć na wynikach wyborów samorządowych w 2018 roku. Po drugie – czego nie kryje minister Zalewska – kształtowanie się nowych dużych podstawówek będzie okazją do wymiany dyrektorów. Zostaną więc rozpisane konkursy, w których najwięcej do powiedzenia będą mieli kuratorzy wymienieni przez rząd PiS już w 2015 roku.

I po trzecie: gimnazja nie cieszą się społecznym poparciem, często są postrzegane jako „siedlisko zła”, chociaż badania pokazują, że więcej agresji jest w szkole podstawowej. Chodzi więc o zwykły populizm. I zupełnie nieistotne jest, że w 1998 roku za utworzeniem gimnazjów głosowali m.in. Jarosław Kaczyński czy Antonii Macierewicz, nieważne jest także, że poseł Anna Zalewska (obecnie minister MEN) w opinii wyrażonej w 2013 roku jednoznacznie wypowiadała się za niełączeniem szkoły podstawowej i gimnazjum, ponieważ „skoncentrowanie w jednej placówce dzieci i młodzieży prowadzić będzie nie tylko do przeludnienia, ale też wzrostu zachowań agresywnych”.

Zgadzam się wreszcie z opinią Magdaleny Środy, która pisze, że „stadion, siłownia, kościół i ulica – oto świat ludzi, których chce wychowywać rządząca partia”. Szkoła – dodam od siebie – jest potrzebna tylko po to, aby ukształtować w niej patriotyzm według pisowskiej receptury.

*

Wspominając na wstępie swoje nauczycielskie epizody w mojej biografii, uczyniłem to nie bez powodu. Pozwoliły mi one dostrzec, że rzeczywisty problem oświaty w Polsce tkwi nie w jej strukturze organizacyjnej, a w poziomie nauczania, który zwłaszcza w bliskich mi naukach humanistycznych (choć nie tylko) dramatycznie się obniżył. Już na pierwszych zajęciach ze studentami II roku dziennikarstwa dostrzegłem, że ich poziom wiedzy humanistycznej jest zdecydowanie niższy niż „moich” maturzystów z 1975 roku.

Prawdą jest, że kiedyś do liceów szli najzdolniejsi. Ci, którzy mogli sobie poradzić z programem. Dzisiaj idą prawie wszyscy, coś około 80 proc. Wielu z nich nie byłoby dziś w stanie poradzić sobie ze starym programem. Czy ktoś pamięta o tym, że 30 lat temu, by uzyskać ocenę pozytywną, trzeba było przekroczyć 50 proc , a czasami 70 proc? Dzisiaj to 30 proc. a i tak wielu uczniów sobie z tym nie radzi. Uczeń uczy się na tyle, na ile się mu się pozwala. Po co ma się uczyć, jak egzaminu nie można oblać albo zawsze można poskarżyć się w kuratorium, że nauczyciel jest za bardzo wymagający.

*

Na koniec zamiast puenty felietonu pozwolę sobie zacytować minister Zalewską, która we wywiadzie dla wPolityce.pl w odpowiedzi na pytanie o zmiany w egzaminie maturalnym przyznała: „Byłoby nieuczciwe, gdybym powiedziała, że wiem do końca, jak będzie”.

Mam nieodparte wrażenie, że mimo irytującej pewności siebie, jaką w mediach prezentuje pani minister, zupełnie nie wie ona, „jak będzie”, ale także zupełnie się tym nie przejmuje.

Zbigniew Noska

Czas się bać

Wraz z końcem wakacji nadeszła druga faza pisowskiej rewolucji. Dotąd PiS opanowało prokuraturę, dało wysokie podwyżki w służbach specjalnych, nałożyło polityczną czapę na publiczne radio i telewizję, sparaliżowało Trybunał Konstytucyjny likwidując w ten sposób konstytucyjną kontrolę nad władzą wykonawczą i sądowniczą.

Teraz CBA wkroczyło do wszystkich urzędów marszałkowskich, gdzie PiS jeszcze nie rządzi. Rozpoczęła się bitwa o obsadzenie swoim komisarzem funkcji prezydenta stolicy.

Za chwilę rusza komisja w sprawie Amber Gold, która pod pretekstem rozliczania afery ma skompromitować III RP. W kolejnych tygodniach i miesiącach można spodziewać się nękania politycznych wrogów PiS, wzmożenia lustracji i agresywnej polityki historycznej, medialnego ostrzału propagandowego na gigantyczną skalę, w końcu aresztowań i pokazowych procesów. Kadrowe czystki sięgną do poziomu szkół, uczelni, instytucji samorządowych, mediów prywatnych.

Celem tych działań jest nie tylko umocnienie władzy PiS, ale przede wszystkim zbudowanie ustroju państwa według koncepcji Jarosława Kaczyńskiego. Stąd zasadne jest określenie go terminem „kaczyzm”.

Jarosław Kaczyński nie ma demokratycznej legitymizacji do zmiany ustroju, gdyż w ostatnich wyborach PiS nie uzyskało większości konstytucyjnej. Dlatego działania jego ludzi służą przede wszystkim skompromitowaniu istniejącego porządku prawnego, doprowadzeniu do takiej anarchii prawnej w państwie, aby zastąpienie ustroju III RP „kaczyzmem” stało się strawne dla Polaków.

*

W cieniu wojny o Trybunał Konstytucyjny odbywa się w Polsce niszczenie prawa. Przyczyniają się do tego zarówno deklaracje czołowych przedstawicieli obozu rządzącego, jak też konkretne ich działania.

Sam Jarosław Kaczyński, który do kluczowej dla demokracji zasady niezawisłości sądów ma stosunek jednoznacznie wrogi, powtarza, że to nie on, ale „sędziowie łamią prawo”, a decyzja sędziów Trybunału Konstytucyjnego to „stanowisko w gruncie rzeczy prywatne pewnej grupy osób”. Kornel Morawiecki z trybuny sejmowej rzuca robespierrowskie hasło, prymatu woli narodu nad prawem. Najbardziej jednak kuriozalną deklarację wygłosił ostatnio Zbigniew Ziobro. W wywiadzie dla „Polski The Times” pytany, dlaczego interweniuje w sytuacjach, kiedy policja lub sądy usiłują stosować prawo wobec ludzi niszczących nagrobki czy atakujących policjantów w czasie „patriotycznych” manifestacji połączonych z demolowaniem miasta, odpowiedział: „jako dziecko zawsze lubiłem oglądać filmy o Zorro, czy Janosiku wstawiającymi się za słabszymi i przywracającymi sprawiedliwość”. Kiedy dziennikarz prowadzący wywiad zauważył: „Nie wiem, czy Janosik to dobry przykład dla prokuratora generalnego – on przecież działał niezgodnie z prawem”. Ziobro odpowiedział: „ale co to było za prawo? Filmowy Janosik kontestował prawo, które było narzucone przez obcą władzę zaborców i ciemiężycieli”.

Wystarczy zatem III RP uznać za „kondominium”, wystarczy wychować swój elektorat w takim przekonaniu, a wówczas nawet minister sprawiedliwości zamiast czuwać nad przestrzeganiem prawa, może sam stanąć na czele janosikowego buntu.

*

Tym deklaracjom towarzyszą konkretne interwencje kluczowych ministrów rządu Beaty Szydło, które mają ośmielać akty „obywatelskiego nieposłuszeństwa” skierowane zarówno przeciwko obowiązującemu prawu, jak też przeciwko policji, kiedy jej funkcjonariusze próbują prawo egzekwować. Już w pierwszych dniach swojego urzędowania Zbigniew Ziobro interweniował w obronie recydywisty, który bił i kopał policjanta interweniującego w czasie „patriotycznej” manifestacji połączonej z demolowaniem miasta. Później mieliśmy interwencję Mariusza Błaszczaka, który skarcił policjantów z Wybrzeża za zatrzymanie córki radnej PiS atakującej policjantów chroniących legalny Marsz Równości. Podporządkowany Ziobrze prokurator odstąpił od ścigania kiboli Legii, którzy w czasie jednego z meczów wywiesili na stadionie transparent obiecujący „szubienice” dla konkretnych osób i instytucji ze świata polityki i mediów będących krytykami PiS-u. Sam Zbigniew Ziobro osobiście doprowadził do uwolnienia chuliganów zatrzymanych przez policję, kiedy sami „wymierzali sprawiedliwość komunistycznym zbrodniarzom” niszcząc nagrobki. Do demolowania świadomości prawnej Polaków przydatna okazuje się nawet „polityka pomnikowa” PiS prowadzana metodą faktów dokonanych.

*

Działania zmierzające do kompromitacji obowiązującego prawa zawsze w przeszłości towarzyszyły partiom dążącym do zamiany demokracji w ustrój autorytarny. Kiedy naziści niszczyli ład prawny Republiki Weimarskiej, „oddolne” ataki obywateli na żydowskie sklepy o wiele lat poprzedziły wprowadzenie Ustaw Norymberskich. Zarówno bolszewicy w Rosji, jak też populiści przejmujący władzę w krajach Ameryki Południowej chętnie organizowali „oddolne” ataki na własność zanim sami byli w stanie dokonać wywłaszczeń i zniszczyć nie chcące im się podporządkować warstwy i środowiska społeczne.

Bezkarność „ludzi biorących sprawy w swoje ręce” kończyła się dopiero wtedy, gdy zniszczone już zostały wszystkie „ograniczające wolę narodu” instytucje i regulacje prawne. Wówczas obywatele byli dyscyplinowani, a anarchia okresu przejściowego ustępowała miejsca dyktaturze.

Polsce zagraża „kaczyzm”, czas się bać.

Zbigniew Noska