W krainie Ubu

Hitem minionego tygodnia była dyplomatyczna wpadka ministra Witolda Waszczykowskiego, która sprawiła, że szef MSZ w rządzie PiS stał się bohaterem mediów na całym świecie. Wszystko przez państewko San Escobar, z którym Polska miała rzekomo prowadzić rozmowy.

W trakcie szczytu ONZ w Nowym Jorku Waszczykowski powiedział dziennikarzom:

- Mamy okazję do prawie 20 spotkań z różnymi ministrami. Z niektórymi, jak np. na Karaibach, po raz pierwszy chyba w historii naszej dyplomacji. Na przykład z takimi krajami jak San Escobar albo Belize.

Problem w tym, że San Escobar na żadnej mapie nie ma, ponieważ nie istnieje, a Belize nie leży na wyspach Morza Karaibskiego lecz w Ameryce Środkowej.

Internauci i zagraniczne media nie zostawili na polskim ministrze suchej nitki. SanEscobar stało się najpopularniejszym tagiem na Twitterze i przedmiotem żartów, Potem na tym serwisie oraz na Facebooku pojawiło się konto państwa San Escobar, gdzie m.in. podziękowano Witoldowi Waszczykowskiemu i Polsce za to, że jako jedyni uznajemy istnienie tego państwa. Przez chwilę istniała nawet oficjalna strona w Wikipedii.

Temat podchwyciły zachodnie gazety. Gafę o nieistniejącym państwie opisały m.in. BBC, The Independent, The Daily Telegraph, The New York Times, The Washington Post i portale lenta.ru i Politico. Z wpadki polskiego ministra kpiły ze szczególną zajadłością także rosyjskie media.

Waszczykowski próbował następnego dnia wytłumaczyć swoją pomyłkę. Nie pomogło, bo znowu się pogubił.

*

Krajową konkurentką ministra została posłanka PiS Barbara Bubula, która na Twitterze poinformowała, że złożyła skargę do KRRiT na „Fakty” TVN. Jej zdaniem w materiale na temat procesu Krzysztofa W., jednego z oskarżonych o udział w grupie przestępczej, która ukradła konwojowane 8 mln zł dla banku, „bezzasadnie wyeksponowane” zostało nazwisko Duda, jakim posługiwał się oskarżony konwojent, który zatrudnił się w firmie ochroniarskiej, posługując się dowodem osobistym „Mirosława Dudy”. Posłanka uznała, że w ten sposób TVN próbowała obrazić prezydenta, co sprowokowało falę kpin i żartów w sieci, a mnie przypomniało wpis Władysława Frasyniuka, który tak spointował podobną aferę związaną z nazwiskiem prezydenta. „Jeśli ktoś w toalecie szkolnej napisał „Andrzej” i wpisał pewną część ciała, a wszyscy skojarzyli to z Andrzejem Dudą, to pokazuje rozmiar porażki tego prezydenta. Ta ksywa już mu zostanie.”

*

Wspomnianych wyżej polityków przebił niezawodny jak zawsze minister Antoni Macierewicz. W swoim cotygodniowym felietonie „Głos Polski” mówił o „zakończeniu okupacji Sejmu RP”. Jak wyznał, nie doszłoby do tego sukcesu, gdyby nie pomoc… Matki Boskiej Częstochowskiej.

- Nie byłoby tej skuteczności, gdyby nie obecność kierownictwa PiS w grudniu przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. Nie ma wątpliwości, że nasza modlitwa była jednym z decydujących działań, jakie zaowocowały w dniu dzisiejszym – stanowczo stwierdził minister.

*

Od miesięcy ten groteskowy festiwal absurdu degraduje obraz Polski na świecie i demoluje szacunek Polaków do polityków. Polska staje się państwem bliskim ojczyźnie króla Ubu, który (jak pokazuje ostatnio wydana książka Jarosława Kaczyńskiego) lubi występować w roli moralizatora, tyle że w praktyce politycznej jest cynicznym manipulatorem.

Mnie ta swoista „pisowska monarchia” przypomina coraz bardziej obrazek wykreowany przed blisko wiekiem przez rosyjskiego poetę Osipa Mandelsztama:

„Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów.

Bawi go tych usłużnych półludzików mozół,

Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,

A on sam szturcha ich i złorzeczy.”

Zbigniew Noska

KOD na zakręcie

Początek roku zaczął się niefortunnie dla opozycji. Chyba nawet prezes PiS Jarosław Kaczyński nie wymarzyłby sobie lepszego scenariusza wydarzeń. W ciągu kilku pierwszych dni roku poważny kryzys wizerunkowy zaliczyli lider KOD Mateusz Kijowski oraz Ryszard Petru.

Wyjazd lidera Nowoczesnej z atrakcyjną posłanką ma Sylwestra do Portugalii to burza w szklance wody – temat dla tabloidów, który w sytuacji, gdy po parlamencie polskim i europejskim „paradują w gronostajach” dwie panie Gosiewskie (żony tragicznie zmarłego wicepremiera) nie szokuje i nie wart jest zainteresowania. Natomiast „przekręt” Kijowskiego może mieć poważne konsekwencje polityczne.

„Rzeczpospolita” i Onet.pl, a więc nie prawicowe lecz tzw mainstreamowe media ujawniły, że pieniądze ze zbiórek publicznych na KOD trafiały do firmy MKM-Studio należącej do Magdaleny Kijowskiej żony Mateusza, w której lider KOD-u był zatrudniony. Łącznie – jak ustalili dziennikarze – chodzi o faktury na kwotę 91143,5 zł. Były to wyceny prac informatycznych na rzecz stowarzyszenia.

- Od wielu miesięcy już nie wykonuję usług dla KOD, co więcej nie pracuję już w spółce MKM-Studio. To nie konto moje, ani mojej żony, tylko spółki. Trzeba też pamiętać, że to są kwoty brutto – tłumaczył się Kijowski. Jak mówił, nie otrzymywał wynagrodzenia za pracę w KOD-zie, a usługi informatyczne, które świadczył, były uzgodnione z organizacją. Członkowie zarządu KOD-u zaskoczeni sytuacją zapewniali, że Mateusz Kijowski zobowiązał się do przedstawienia im dokumentów. Sprawę ma ostatecznie wyjaśnić audyt.

Tymczasem Kijowski biega – tłumacząc się – po studiach radiowych i telewizyjnych, natomiast wśród członków ruchu panuje dezorientacja. Są tacy, którzy go bronią i trzeba przyznać, że nie brakuje im argumentów

- To nie pieniądze są najważniejsze – powiedział mi jeden z nich.. Trzeba myśleć, jaka byłaby Polska bez KOD-u. Bo PiS niczym się nie krepuje, wydaje kolosalne sumy podatników na „misiewiczów”, którymi obsadził spółki państwowe. I jakoś nikt nie hałasuje. A tu taki krzyk o 90 tys. zl nie z publicznych pieniędzy. Czy ktoś sprawdza, jak Ojciec Rydzyk wydaje ofiarowywane mu przez PiS pieniądze? Nikt.

Choć podzielam ten argument, nie mam zamiaru bronić Kijowskiego. Są w polityce sytuacje, w których błąd jest na tyle poważny, że należy podać się do dymisji. To co zrobił Kijowski świadczy o jego politycznej ignorancji. Miał już na swoim koncie brudną kartę – zaległe alimenty. Przekręt z KOD – owskimi pieniędzmi ostatecznie go kompromituje. Powinien odejść.

*

W mediach, a głównie w Internecie aż roi się od pożegnań z KOD i uwag o końcu tego ruchu. Są też inne głosy nawołujące do rozwagi.

„Chodzę na manifestacje KOD – pisze Jarosław Kurski – nie dlatego, że organizuje je ten ruch, a przewodzi im Kijowski. Biorę w nich udział, bo to najlepszy sposób pokazywania władzy, jak silny jest nasz opór. I KOD, i jego lider stanowią dla mnie jedynie instrument pozwalający gromadzić się wspólnie przeciwnikom PiS i nadający widoczność społeczeństwu obywatelskiemu. Dodam, instrument skuteczny, trwały i dotąd najlepszy. Bo KOD to tysiące zaangażowanych kobiet i mężczyzn w całej Polsce. To oni tworzą siłę tego ruchu w daleko większym stopniu niż Kijowski. (…)Sprawa z Kijowskim nie unieważnia więc ani mojego, ani niczyjego zaangażowania w obronę demokracji i prawa. Demonstrujemy, bo takie wyznajemy wartości i taką czujemy powinność. A nie ze względu na konkretnych przywódców. I powinniśmy pamiętać, że jeśli się rozproszymy, jeśli wskutek rozczarowania i przypływu emocji opuścimy demonstracje KOD, to przede wszystkim opuścimy samych siebie i naszą sprawę.”

Nie należę do KOD -u i nie chodzę na jego manifestacje. Mam więc – jak sądzę – chłodny osąd sytuacji.

Być może KOD się odrodzi (zjazd zapowiadany jest na 5 marca), a na jego czele stanie lider z prawdziwego zdarzenia (np. Władysław Frasyniuk). Być może formuła KOD-u się wyczerpała i należy poszukać innego rozwiązania. To rzecz drugorzędna.

Niechęć znaczącej części społeczeństwa do „dobrej zmiany” rośnie z dnia na dzień. Nie sądzę, aby Kaczyńskiemu udało się ją stłamsić.

Obywatelski ruch oporu prędzej czy później znajdzie swą polityczną reprezentację, bo życie nie znosi próżni.

Zbigniew Noska

Pucz kanapkowy

Muzyka może i łagodzi obyczaje, ale muzycy udający polityków zachowują się jak przysłowiowe słonie w sklepie z porcelaną. Do Kukiza, którego niezdarne wypowiedzi i niekonwencjonalne maniery stanowią przedmiot drwin internautów, dołączył jego estradowy kolega Piotr Liroy-Marzec. Polityk klubu Kukiz’15 zasugerował w filmie umieszczonym w sieci, że opozycja świadomie doprowadziła do kryzysu w Sejmie, o czym świadczyły zamówione przez nią … kanapki.

Jest prawdą, że w palarni znajdującej się w okolicach sali obrad Sejmu, owego feralnego piątku pojawiły się patery z kanapkami oraz termosy z kawą i herbatą. Niektórzy twierdzą, że kanapek było 500 inni, że tysiąc. Jak się potem okazało jedzenie to przygotowały służby Kancelarii Sejmu na polecenie prezydium Sejmu (Marszałek i wicemarszałkowie.), bo w piątek miały odbyć się dyskusje i głosowanie m.in. nad ustawą budżetową i spodziewano się, że potrwają one do późnych godzin wieczornych.

Kanapki wystawiono w palarni już po awanturze z posłem Szczerbą. Częstowali się nimi wszyscy, głównie posłowie PiS, bo ich przeciwnicy znajdowali się na sali obrad okupując mównicę. Spiskowa teoria Liroya potraktowana początkowo poważnie przez prorządowe media, legła w gruzach. A sprawa kanapek stała się pretekstem do kpin i żartów.

Nie dla wszystkich. Jarosław Kaczyński na łamach jednego z prawicowych tygodników zaatakował opozycję i dziennikarzy. Jednych i drugich prezes oskarżył o udział w przygotowanym puczu. Jakie miał dowody na to, że zablokowanie sejmowej mównicy przez posłów opozycji było zaplanowane? Dowód numer jeden to…właśnie owe kanapki.

- Gdyby nie było sprawy mediów, wymyśliliby coś innego. Byli przygotowani na tę akcję. Zamówili kanapki w Sejmie, mieli gotową scenę i zmobilizowany aktyw przed Sejmem – dowodził. Najwyraźniej nikt z jego współpracowników nie powiedział mu, że wspomniane kanapki zamówił marszałek Marek Kuchciński.

- To była planowana awantura. Następnie opozycja ogłosiła, że nie obowiązują jej żadne reguły, także prawne, które panują w Sejmie, że nie obowiązuje jej prawo karne, że może atakować posłów, funkcjonariuszy publicznych – kontynuował prezes. – Trzeba to nazwać wprost: to była próba puczu.

Przy okazji prezes ostro skrytykował prywatne media.

- Media osiągnęły dno. Po pierwsze brały bezpośrednio udział w próbie puczu, próbie ataku na Sejm. Ona się wprawdzie nie udała, bo okazali się za słabi, ale taką próbę podjęto, a media zwoływały ludzi, by wzięli w niej udział. To coś w państwie demokratycznym niesłychanego – podsumowuje prezes.

*

Nie od dziś wiadomo, że istnienie niezależnych od rządu mediów prywatnych jest solą w oku prezesa i jego ludzi, którzy nie znoszą i nie tolerują żadnej krytyki. W kręgach związanych z PiS prowadzi się prace nad „spolonizowaniem” mediów prywatnych lub ich wyrugowaniem z Polski. Dlatego groźby prezesa należy traktować poważnie.

- Osobiście, jako poseł, uważam, że to podstawa do poważnego wytknięcia tych nadużyć właścicielom poszczególnych mediów. Tak łgać, tak odwracać wartości, przedstawiać lżonego i atakowanego człowieka jako agresora, nie wolno – wyrokuje Kaczyński i dodaje, że w Polsce potrzebna jest przebudowa mediów.

Od siebie dodam, że podobnie jak prezes odczuwam potrzebę zmian w mediach, ale w przeciwieństwie do niego uważam, że powinny one dotyczyć zawodowej etyki środowiska dziennikarskiego. Niektórzy dziennikarze bowiem świadomie zatarli różnicę między rolą mediów jako czwartej władzy reprezentującej interesy opinii publicznej a agitacją na rzecz określonej partii. Rolą mediów jest patrzenie władzy na ręce, a nie stawianie jej pomników.

Jak w tym kontekście ocenić fakt, że cytowane przeze mnie wypowiedzi prezesa ukazały się na łamach pisma, które przyznało Jarosławowi Kaczyńskiemu tytuł „Człowieka Wolności 2016 roku.”?

Zbigniew Noska

Koniec kościoła łagiewnickiego

Choć Boże Narodzenie nie ma nic wspólnego z dniem, gdy na świat przyszedł Jezus Chrystus, a św. Mikołaj (na którego w wigilię wszyscy czekają) jest komercyjnym bożkiem wymyślonym przez marketingowców coca coli, to trudno w te święta uniknąć refleksji nad stanem polskiego kościoła katolickiego tym bardziej, że kilkanaście dni temu doszło do zmiany w jednej z najważniejszych polskich archidiecezji.

Kardynał Stanisław Dziwisz ustępuje z urzędu metropolity krakowskiego. Na prestiżowym stanowisku zastąpi go abp Marek Jędraszewski metropolita łódzki. W Krakowie przyjęto to źle. Dotąd bowiem arcybiskupi byli związani z miastem. I były to nietuzinkowe osobowości. Wystarczy przypomnieć kardynałów Adama Sapiehę, Karola Wojtyłę czy Franciszka Macharskiego.

Marcin Przeciszewski szef KAI, człowiek obeznany z tym, co dzieje się za kulisami kościoła, wyjaśnia to tak:

„Abp Jędraszewski ma wiele atutów. Jest jedną z bardziej wybitnych postaci episkopatu. Do tego ma wielkie doświadczenie – najpierw biskupa pomocniczego w Poznaniu, potem te kilka lat w Łodzi. Ta ostatnia to jedna z najtrudniejszych diecezji. Jak wskazują badania religijności, są tam jedne z najniższych wskaźników praktyk religijnych.”

Kiepska to rekomendacja zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają zaangażowanie Jędraszewskiego w obronę arcybiskupa Paetza. Jędraszewski, który był wtedy biskupem pomocniczym w Poznaniu, organizował nawet akcję podpisywania listów poparcia dla swojego przełożonego.

*

Kontrowersje budzi nie tylko wybór na stolicę św. Stanisława osoby, która nie jest związana z Krakowem, ale także jej konserwatywne poglądy. Abp Jędraszewski ma publicystyczne zacięcie. Chętnie politykuje i gani. Oto kilka charakterystycznych dla niego wypowiedzi.

O katastrofie smoleńskiej: „Prawda z trudem przebija się przez zasieki kłamstw, które od samego początku były podawane do publicznej wiadomości (…) Niewytłumaczalne jest zawieszenie działania praw dynamiki Newtona. Bo przecież uderzenie samolotu w ziemię z ogromną prędkością, musiałoby skutkować ogromnym lejem. A tego leju nie było”.

O gender: „Mogę sobie łatwo wyobrazić, że (…)w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu, na terenie Europy, tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej”.

O zdradzie: „W przysiędze małżeńskiej nie jest napisane opuszcze cię, gdy mnie zdradzisz. Należy trwać w małżeństwie, a zdrada może być okazją, by stawać się wiernym jeszcze bardziej”.

O czarnym proteście kobiet: „To, co się dzieje, te czarne marsze, są przerażającą współczesną manifestacją cywilizacji śmierci (…). Popatrzmy na zdjęcia tych, którzy biorą udział w czarnych procesjach. Jakie tam są twarze. I jak bardzo różnią się od waszych”.

O związkach homoseksualnych: „Kościół nie zabrania homoseksualistom kochać. Natomiast nie mogą oni oczywiście kochać osób tej samej płci”.

*

Nominacja abp. Marka Jędraszewskiego jest niezrozumiała, bo zupełnie nie w duchu Franciszka. Jak więc wyjaśnić ten błąd papieża?

Jedni twierdzą, że Franciszek słabo się orientuje w polskim kościele, inni że Europa w ogóle papieża nie interesuje, pierwszeństwo i serce daje on krajom nowego kościoła: obu Amerykom i Azji. Stąd podejrzenia, że decyzję papież podjął pod wpływem swego jałmużnika abp. Konrada Krajewskiego, księdza łódzkiej archidiecezji.

W kręgach katolickich intelektualistów nominacja czołowego przedstawiciela konserwatywnego skrzydła episkopatu jest odbierana jako dobicie resztek tzw. „kościoła łagiewnickiego” i upokorzenie tych, którzy tęsknią za katolicyzmem otwartym, do jakiego przyzwyczaili Kraków i całą Polskę Wojtyła, Macharski, Turowicz i Tischner.

Zbigniew Noska

„Układ” według prezesa

Portal „Politico Europe” uznał szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego za jedną z 28 postaci, które w 2017 roku w największym stopniu będą wpływać na przyszłość Unii Europejskiej. Polski polityk razem ze swym sojusznikiem z Budapesztu, Viktorem Orbanem dowodzi – zdaniem portalu – wschodnią flanką brygad populistów, którzy zaliczyli ostatnio znaczące zwycięstwa na Zachodzie, od Brexitu po Donalda Trumpa, i szykują się do kluczowych wyborów we Francji, w Niemczech i Holandii.

Czytając tę informację uświadomiłem sobie, że większość Polaków (przede wszystkim dziennikarze) mało wie o poglądach prezesa. Rzadko bowiem prezentuje je w mediach, których nie cierpi i demonstracyjnie nie zwraca na nie uwagi. W efekcie jego zwolennicy piszą o nim w lizusowsko poddańczym tonie, a przeciwnicy wykpiwają w internetowych memach. Ani jedni ani drudzy nie trudzą się się, aby znaleźć jego dłuższe, zapisane wypowiedzi.

Niewielu pamięta więc jego obszerny wywiad z 2006 roku. Mówił wtedy Michałowi Karnowskiemu i Piotrowi Zarembie, że oto w Polsce mamy „do czynienia z biedą i bijącym w oczy bogactwem. Jeździłem ostatnio do znajomych pod Warszawę i ze zdumieniem patrzyłem na istne pałacyki. (…) Na zdrowy rozum powinno u nas dojść do populistycznej rewolucji – choćby przy pomocy kartki wyborczej”.

W tym samym 2006 roku w książkowym wywiadzie „O dwóch takich… alfabet braci Kaczyńskich” bez osłonek zadeklarował: „Naszym celem jest rozbicie układu sterującego życiem politycznym, gospodarczym, a w jakimś sensie społecznym. On został już nazwany. Ale nie został pokonany. To jest ważniejsze od tego, jakie mamy podatki, czy innej polityki gospodarczej.”

„Kto jest w układzie?” – zapytali dziennikarze. „To jest czworokąt między służbami specjalnymi, polityką, grupami specjalnymi i biznesem. On się najczęściej wywodzi z PRL-u.

„Ale co ma być odpowiedzią na układ?” – „Nowe państwo. Nie chcemy tworzyć rewolucyjnych trybunałów. Ale chcemy nowych instytucji. I chcemy zmian kadrowych – w wymiarze sprawiedliwości, służbach specjalnych, wojsku. Ja zresztą wierzę, że ten układ ma swoje jądro. Lokuję je w Wojskowych Służbach Informacyjnych. To WSI w drugiej połowie lat 80. stało się państwem w państwie – z woli komunistycznych generałów w Moskwie”.

*

Teraz, kiedy prezes Jarosław wywołał „populistyczną rewolucję za pomocą kartki wyborczej”, nastał czas na rozprawę z „układem”. Już nieco innym, bo przecież dziesięć lat minęło. To układ Platformy Obywatelskiej gorszy nawet od tego „komunistycznego”, bo to on winny jest katastrofie w Smoleńsku.

Dzięki „rewolucyjnej kartce wyborczej” prezes Jarosław Kaczyński opanował Sejm, Senat i Pałac Prezydencki. Na drodze do walki z „układem” stanął mu Trybunał Konstytucyjny, dlatego stara się go unicestwić.

Stary, lekceważący go „układ” Kaczyński zastąpił układem nowym, absolutnie mu posłusznym. Prezes ma silne poczucie misji, więc idzie bez wahania do przodu, to znaczy wypuszcza swoją tyralierę na czoło, sam trzyma w ręku sznurki. Taktyka Prezesa coraz bardziej przypomina staropolskie „kupą mości panowie”, z jazgotem, zagrzewaniem i przekleństwami w stronę wrogów.

*

Żołnierze Kaczyńskiego chodzą z wysoko uniesionymi głowami, bo zostali uwiarygodnieni jako przewodnicy narodu przez suwerena, ale nie są bezmyślnymi maszynami. W ich sercach kłębi się niepokój. Dlatego są nerwowi i niepewni swego. Wystarczy jeden film, jedna wypowiedź, jeden Lis, Kijowski, czy Janda, żeby zaczęli ich lżyć do trzeciego pokolenia wstecz i wprzód. Każdą krytykę uważają za „histeryczną”, każda odmowa jest dla nich zdradą.

I wcale się im nie dziwię. Przed ekipą PiSu rośnie bowiem góra spraw nie załatwionych, którą z coraz większym trudem niweluje buldożer rządowy. Staje gospodarka i rosną ceny. Stąd decyzyjny chaos, wahania, dwa kroki do przodu jeden do tył. A czasem odwrotnie. Zaczynają bowiem rozumieć, że wszystkiego zwalić na drugi sort – komunistów i złodziei się już nie da.

Ich „układ” kuleje.

Zbigniew Noska