Czy papież Franciszek jest lewakiem?

„Franciszek to mądry i święty człowiek. Tak mądry, że aż się boje jego przyjazdu do Polski na dni młodzieży” – napisał na moim blogu jeden z internautów. Podzielam jego opinię. Krótko bowiem w Polsce trwała fascynacja nowym papieżem. Coraz częściej i coraz głośniej wielu wierzących (zwłaszcza tych o fundamentalistycznych skłonnościach i ultraprawicowych poglądach) nie tai swego rozczarowania niekonwencjonalnymi poglądami Ojca Świętego. Jeden z moich propisowskich znajomych na facebooku nazwał Franciszka lewakiem, znany endecki pisarz i publicysta nie szczędził mu epitetów w stylu „ten głupek”. Są nawet tacy, którzy pytają, czy nowy Ojciec Święty nie jest czasem heretykiem? Franciszek jest także z trudem tolerowany przez polski kler, a wielu jego przedstawicieli nie kryje, że z niecierpliwością oczekuje na koniec pontyfikatu. Ojciec Święty nie szczędzi bowiem słów krytyki księżom.

Kilka dni temu podczas codziennej mszy w Kościele św. Marty w Watykanie po raz kolejny upomniał księży, aby ci byli bardziej otwarci na ludzi i prezentowali służebną postawę.

- Trzymając się przepisów i nie biorąc pod uwagę intencji i dobrej woli wiernych, księża stają się kontrolerami wiary, zamiast ułatwiać wiarę ludzi – powiedział papież i wsparł tę opinię przypadkiem młodej dziewczyny, która chciała ochrzcić dziecko, ale ze względu na brak ślubu kościelnego z jego ojcem, nie otrzymała na to zgody.

- Niektórym księżom nie wystarcza siedem sakramentów ustanowionych przez Jezusa – mówił – Oni wprowadzili ósmy: sakrament duszpasterskiej komory celnej. Na końcu kazania papież zwrócił się do księży z prośbą, aby ludzie chcący zbliżyć się do Kościoła spotykali zawsze otwarte drzwi. I po raz kolejny przypomniał, że Kościół ma być ubogi i dla ubogich. Ten nakaz ubóstwa szczególnie irytuje polskich księży diecezjalnych, którzy bardzo zabiegają o swoją pozycję materialną.

Nawoływanie do ubóstwa łączy się w nauczaniu papieża z krytyką wyzysku w gospodarczej działalności człowieka.

- Wyzyskiwanie ludzi to grzech śmiertelny – dowodzi papież – Ten, kto gromadzi bogactwo poprzez wyzysk, pracę na czarno, niesprawiedliwe kontrakty, to krwiopijca, który zniewala ludzi. Wyzysk ludzi to dzisiejsze nowe niewolnictwo. Nie da się ukryć, że pogląd taki podzielają przede wszystkim ludzie o lewicowej wrażliwości.

*

Polską prawicę świecką irytuje szczególnie stosunek Ojca Świętego do emigrantów. Kilka dni temu w wywiadzie dla francuskiego katolickiego dziennika „La Croix” Franciszek stwierdził, że koegzystencja chrześcijan i muzułmanów jest możliwa.

Nie sądzę – mówił – byśmy mieli dziś do czynienia ze strachem przed islamem, tylko przed tzw. Państwem Islamskim i jego wojną na rzecz podboju, co częściowo bierze się z islamu. To prawda, że idea podboju należy do ducha islamu. Ale można by interpretować zgodnie z tą samą ideą podboju zakończenie „Ewangelii według św. Mateusza”, gdzie Jezus wysyła uczniów do wszystkich narodów – odpowiada papież.

Franciszek, który w kwietniu zabrał ze sobą do Rzymu 12 Syryjczyków z greckiej wyspy Lesbos, uważa, że przyczyną migracji ludności muzułmańskiej do Europy są wojny na Bliskim Wschodzie i zacofanie kontynentu afrykańskiego. Winą za tę sytuację obarcza między innymi Zachód, który eksportuje swój model demokracji, nie akceptując odmienności tamtejszych kultur, a emigrantów, którzy dotarli do Europy, zamyka w gettach.

- Państwa – pointuje swą wypowiedź – powinny być świeckie, te wyznaniowe kończą źle. Są sprzeczne z historią.

Te słowa Franciszka wywołały konsternację w środowiskach konserwatystów katolickich. Ale prawdziwy szok spowodowało stwierdzenie papieża, że na zbawienie mogą liczyć nawet czyniący dobro ateiści.

W tym miejscu wypada przypomnieć, że to teza, z którą zdawał się walczyć poprzednik Franciszka papież Benedykt XVI, podkreślający w każdej swojej homilii i dokumentach papieskich, że warunkiem koniecznym do tego, by liczyć na zbawienie, jest szczera wiara w Boga.

Czy zatem Franciszek jest heretykiem, jak dowodzą niektórzy konserwatyści? Argumentacja Franciszka jest prosta. Jezus Chrystus umierał na krzyżu, by odkupić grzechy całego świata. A świat, to nie tylko wyznawcy jednej religii. Żyją na nim także ci, którzy w ogóle nie dowierzają, że Bóg może istnieć. Jednak za ich grzechy też ukrzyżowano Chrystusa.

Zbigniew Noska

Radio Erewań o audycie

Czy ktoś dziś jeszcze pamięta dowcipy na temat radia Erewań? Nie sądzę, bo były one popularne w głębokim PRL -u, a więc znacznie wcześniej niż te o Wąchocku, Chucku Norrisie i blondynkach. Przypomnę więc jeden z nich.

Słuchacze Radia Erewań pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody?

Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach dworca warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.

Anegdota ta jest wyjątkowo trafną recenzją „audytu”, jaki przedstawili minionej środy w sejmie ministrowie Beaty Szydło. Jeden z nich Dawid Jackiewicz zarzucał poprzednim rządom i podlegającym im spółkom skarbu państwa m.in. niegospodarność i rozrzutność. Najbardziej jaskrawym przypadkiem był złoty mercedes, którego zażyczył sobie prezes jednej ze spółek.

- Musiał być złoty, taki był warunek pana prezesa, innego po prostu nie chciał – twierdził minister. I uzyskał to, czego od niego oczekiwano. Taki złoty mercedes działa bowiem na wyobraźnię. Posłowie natychmiast dali wyraz swemu oburzeniu. W chwilę potem zahuczało w Internecie.

Po kilku godzinach okazało się, że Pan Minister skłamał. Zdjęcie rzeczonego samochodu pokazał na Twitterze Hubert Biskupski, zastępca redaktora naczelnego „Super Expressu”. Według „SE” samochód należy do byłego już prezesa Totalizatora Sportowego Wojciecha Szpila i jest … beżowy.

Następnego dnia Monika Olejnik odniosła się do tego kłamstwa w rozmowie z Beatą Kempą, która z ramienia rządu nadzorowała audyt. Usłyszała: – Jakie to ma znaczenie, czy on był złoty czy srebrny? Po prostu był, a jaka była nonszalancja… i dalej „poleciała” charakterystycznym dla siebie tekstem ubarwionym pełnymi emocji przymiotnikami oskarżającymi swoich poprzedników o niegospodarność, pychę i arogancję. Nie wiedziała biedulka, że tym razem – klepiąc swój tekst – strzeliła sobie w stopę. To prawda, że mercedes nie jest najtańszym samochodem, jakim mógłby jeździć prezes spółki. Jednak wszystko wskazuje na to, że ten, którego używał prezes Szpila zakupiony został na tak zwanym rynku wtórnym. Sądząc po zdjęciu, jest to model produkowany do 2009 roku, a Szpila był prezesem od 2012 roku, co wskazuje, że samochód kupiono jako używany. Podobny taki „złoty” mercedes z 2007 roku kosztuje na allegro 46 tys. zł. Minister nie sprecyzował, kiedy prezes otrzymał samochód, nie wiadomo więc, ile mógł wtedy kosztować. Sam Szpila, pytany przez „SE” o zarzuty ministra skarbu, powiedział jedynie, że „to bzdury”.

*

Można by całą tę sytuację potraktować jak anegdotę, gdyby nie fakt, że kłamstwo stało się ostatnio główną metodą uprawiania polityki w naszym kraju. „Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić” – twierdzi pisarz, publicysta i działacz antykomunistyczny Krzysztof Łoziński.

„Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki” – wyjaśnia w artykule na ten temat. Jego zdaniem po kłamstwa w polskiej polityce najczęściej sięga prezes partii Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie. „Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi)” – zauważa.

Łoziński dokonuje swoistej systematyki politycznego kłamstwa. Rozróżnia cztery zasadnicze ich typy: kłamstwo odwracające, „odnowę moralną” zwaną też „wzmożeniem moralnym”, kłamstwo życiorysowe, kłamstwo o stanie Polski. Być może w którymś z kolejnych moich felietonów powrócę bardziej szczegółowo do jego rozważań na ten temat. Na razie ograniczę się jedynie do zacytowania jednej z najtrafniejszych jego opinii:

„Ludzie żyjący w środowisku, w którym ciągle się kłamie, po pewnym czasie mają w głowach głównie fałszywe informacje o wszystkim, co ich otacza. Żyją w matriksie, w fałszywej rzeczywistości i nie odróżniają jej od prawdziwej.”

Znam paru takich, a jeden z nich jest szczególnie aktywny na moim blogu.

Zbigniew Noska

Orły Pana Prezydenta

Prezydenci nigdy nie cieszyli się estymą Polaków. O tych trzech z okresu międzywojennego ówcześni prześmiewcy powiadali, że pierwszego (Narutowicza) zabito jak psa, drugiego (Wojciechowskiego) wypędzono jak psa, a trzeciego (Mościckiego) traktowano jak psa.

W podobny sposób traktują Polacy prezydentów wybranych w wyborach powszechnych po 1990. I szczerze mówiąc specjalnie się temu nie dziwię, bo nie były to szczególnie wybitne postaci. Wyjątkiem był niewątpliwie Aleksander Kwaśniewski, który jako jedyny przetrwał dwie kadencje i – gdyby nie zapis konstytucyjny ograniczający piastowanie tego stanowiska – byłby nim zapewne do dziś. Jego przeciwnicy, którzy uaktywnili się po katastrofie smoleńskiej, nigdy nie mieli mu nic więcej do zarzucenia jak te parę kielichów wypitych nie w porę i nie w tym miejscu, ale za to w dobrym towarzystwie purpurata.

Dotąd – choć zdarzało mi się krytykować niektóre decyzje prezydentów – starałem się bronić powagi tego urzędu jako symbolu mojego państwa. Ale jest mi coraz trudniej. Nie przewidziałem bowiem, że stanowisko to może piastować postać tak uległa i bezbarwna jak Andrzej Duda. W jego wydaniu prezydentura jest zbędna i nazbyt – jak na finansowe możliwości naszego państwa – kosztowna. Skoro więc z inicjatywy Prezesa zaczynamy mówić, że należałoby zmienić konstytucję, to z mojej strony jest propozycja, żeby ten urząd pomniejszyć do rozmiaru takiego, jaki funkcjonuje u naszych sąsiadów za Odrą. Powinno go wybierać Zgromadzenie Narodowe większością 2/3 głosów. Na powszechne wybory i utrzymywanie dworu próżniaków szkoda naszych podatków.

*

W pierwszym majowym tygodniu Pan Prezydent pojawiał się tak często i mówił tak wiele, że trudno nie odnieść się do jego poczynań. Nie będę komentował jego wystąpień. W swej formie były nudne i napompowane bogoojczyźnianym patosem, w treści zaś stanowiły powtórkę tego, co mówił prezes w przeddzień narodowego święta. Były plagiatem potwierdzającym intelektualny i mentalny brak samodzielności głowy naszego państwa.

Jedno wszakże wydarzenie przyciągnęło moją uwagę – uroczyste wręczenie odznaczeń Orła Białego, które ze względu na swój charakter jak i wielowiekową tradycję ma dla mnie, Polaka, niebagatelne znaczenie.

Dotąd odznaczenie to przyznawała Kapituła Orła Białego składająca się z pięciu osób. Cztery z nich na znak protestu przeciwko łamaniu przez Pana Prezydenta konstytucji zrezygnowało z wątpliwego dla nich zaszczytu zasiadania w gremium, którego Wielkim Mistrzem jest Andrzej Duda. Zarówno bowiem Aleksander Hall, jak i Jerzy Buzek, Krzysztof Penderecki oraz Henryk Samsonowicz z racji swojej pozycjt i dorobku dbają o to, w jakim towarzystwie się obracają. Pan Prezydent więc de facto sam przyznał owe Białe Orły grupce „najwybitniejszych z wybitnych Polaków“. Wybitnych wedle jego uznania i – czego możemy się jedynie domyślać – wedle woli Prezesa.

Dla wielu komentatorów (w tym także dla mnie) były to decyzje – nazwijmy to delikatnie – zaskakujące. Zacząć wypada od Ireny Szewińskiej. Nie mam żadnej wątpliwości, że jest ona jedną z najwybitniejszych sportsmenek w polskiej historii. Tyle, że całe swoje sportowe życie spędziła w PRL i dla „tamtej Polski” zdobywała medale oraz ustanawiała rekordy, więc – formalnie rzecz biorąc – na dźwięk jej nazwiska obecna władza powinna mieć odruch wymiotny. Na dodatek była jeszcze w komitecie poparcia Komorowskiego, co powinno ją tym bardziej eliminować. Tymczasem stało się inaczej. Dlaczego? Po części – podejrzewam – zadecydowała o tym sympatia PiS dla tych byłych członków PZPR, którzy tłumnie zasilili jej szeregi. Sadzę jednak, że w grze tej chodzi o wyższą stawkę – o chęć złowienia elektoratu lewicowego, który ostatnio błąka się pozbawiony reprezentacji w parlamencie.

Wśród odznaczonych znalazły się również Wanda Półtawska, która dostała medal tylko za to, iż uchodzi za jedyną prawdziwą przyjaciółkę Karola Wojtyły oraz Zofia Romaszewska wdowa po zasłużonym działaczu solidarnościowego podziemia.

Najbardziej kontrowersyjną decyzją jednoosobowej kapituły było jednak przyznanie odznaczenia Bronisławowi Wildsteinowi. Jego konto na zawsze będzie obciążone opublikowaniem listy, na której na równi znaleźli się inwigilowani i inwigilujący. Tak zwana „lista Wildsteina” była analogiczna do listy „zamieszanych w kradzież” – czyli zawierającej, bez rozróżnienia, nazwiska złodziei i okradzionych.

„Na szczęście – wyzłośliwia się jeden z blogerów – Andrzej Duda właściwą miarę odnalazł w laudacji dla Wildsteina, nazywając go „niezłomnym”. Ponieważ Duda sam siebie określa właśnie tak, tym razem ściągnął Wildsteina do właściwego poziomu. I tylko szkoda tego pięknego odznaczenia. Nawet to zepsuł. Takim nas zdzieliło Prezydentem…”

Zbigniew Noska

Jak Polak z Polakiem

Nie lubię używać określeń zawierających negatywne emocje. Uważam to za nieprofesjonalne. Ale czasem trudno się powstrzymać zwłaszcza w sytuacji, gdy mam do czynienia z oczywistym naigrywaniem się z mojej i moich rodaków inteligencji. Dlatego tym razem nie napiszę, że Pani Premier mijała się z prawdą, wygłaszając takie oto zdanie:

- Każdy w Polsce zasługuje na rozmowę, na to, aby go wysłuchać. Obowiązkiem polityków jest słuchanie Polaków. Jeśli będziemy potrafili ze sobą rozmawiać, szanować swoje zdanie, to wszystko pójdzie w tym kierunku, o którym marzą dziś Polacy – to powiedziała Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, wsiadając do autokaru, którym ruszyła w Polskę z kampanią wyborczą. Kłamała.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Polacy jak nigdy dotąd tłumnie oczekują od Pani Premier rozmowy. Demonstrują, piszą apele, listy, zbierają podpisy pod petycjami. Apelują polscy sędziowie, dziennikarze, artyści, naukowcy. Głos zabierają nasi sojusznicy z Unii Europejskiej i NATO. Na nic.

Rząd albo milczy, albo obraża tych, którzy chcą z nim rozmawiać. Ujmując rzecz dosadnie – ma ich w d..ie. czyli tam, gdzie ma wszystkich Polaków poza swoimi zwolennikami.

W miniony poniedziałek ukazał się list, którego sygnatariuszami byli między innymi trzej byli polscy prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Zaapelowali w nim do wszystkich Polaków o kierowanie się w codziennej pracy i działaniu porządkiem prawnym zgodnym z Konstytucją, a także do polityków opozycji o współdziałanie w obronie państwa prawa oraz swobód obywatelskich.

„Próba stworzenia przez PiS porządku własnego jest uzurpacją władzy. Wzywamy polityków obozu rządzącego, którym drogie są państwo i demokracja, do odmowy udziału w ich niszczeniu. Przypominamy, że za łamanie Konstytucji winni poniosą odpowiedzialność” – napisali autorzy listu.

W liście padają mocne słowa pod adresem rządzących, którzy – zdaniem sygnatariuszy – „wybrali konfrontację ze wspólnotą euroatlantycką”. Z wiarygodnego, cenionego partnera w Unii i NATO, Polska stała się „państwem specjalnej troski”.

Zdaniem sygnatariuszy listu najbliższe miesiące zadecydują o losie praworządności i demokracji w Polsce. „Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza zejść z drogi niszczenia porządku konstytucyjnego, paraliżowania pracy Trybunału Konstytucyjnego i całej władzy sądowniczej. Parlament pracuje pod dyktando niewielkiej większości lekceważąc argumenty i interesy mniejszości”. W konkluzji autorzy listu uważają, że Polska zmierza do autorytaryzmu i izolacji w świecie i dla powstrzymania tej tendencji niezbędna jest pełna mobilizacja społeczeństwa i środowisk opozycji oraz wypracowanie programu wspólnego działania na rzecz obrony demokracji.

Pani Premier odpowiedziała na list z charakterystyczną dla polityków swej partii arogancją. – Ci panowie, którzy podpisali się pod tym listem uważają, że to oni są demokracją, a ja uważam inaczej. Demokracja polega na tym, że obywatele dokonują w wolnych wyborach wyborów tych, którzy mają w ich imieniu sprawować rządy. I dokonali Polacy takiego wyboru.

- Ci, którzy stracili władzę, uważają, że oni są demokracją. To pokazuje sposób myślenia sygnatariuszy listów. Oni nie chcą zgadzać się z wyborami Polaków – kontynuowała Szydło.

Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że Pani Premier znowu skłamała. Ani prezydent Kwaśniewski, ani premier Cimoszewicz, ani minister Olechowski nie stracili władzy, bo nie uczestniczyli w ostatnich wyborach. Inni sygnatariusze listu jak choćby Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk czy przychylny dotąd PiS – owi Ryszard Bugaj od dawna nie są czynnymi politykami.

Jeszcze bardziej mi przykro z tego powodu, że premier polskiego rządu nie wie, czym jest demokracja.

Prawdziwa demokracja to nie tylko wola większości wyrażona w wyborach parlamentarnych. Aby działała, przestrzegana musi być konstytucja i prawa mniejszości. Jeśli Pani Premier tych ograniczeń nie rozumie, to muszę jej przypomnieć, że w 1933 roku Hitler doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów, by w kilka miesięcy później zdelegalizować wszystkie partie i stworzyć system totalitarny, którego skutki odczuli nie tylko Niemcy, ale cała ówczesna Europa.

Pamiętam czasy, kiedy Polaków podziwiano za to, że potrafimy z sobą rozmawiać, mimo dzielących nas różnic i komunistycznych zaszłości. Dziś w „pisowskiej demokracji” Polak z Polakiem nie rozmawiają. Warczą na siebie.

Zbigniew Noska

 

Gdyby im zagrali?

Karolina Lewicka w Newsweeku tak zdiagnozowała sytuację na lewicy: „Teoria morfologii politycznej mówi, że byty polityczne – niczym żywe organizmy – rodzą się, rosną i dojrzewają, aż wreszcie umierają. Sojusz – jak w tej ludowej przyśpiewce o Maćku – już leży na desce, ale wciąż wierzy, że „gdyby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze”. Na razie nie ma orkiestry.”

Od lat – obserwując SLD także od wewnątrz – muszę, choć niechętnie, potwierdzić tę diagnozę. To prawda. SLD jest w politycznej agonii i nikt albo prawie nikt z tego powodu nie płacze. Co więcej wszystko wskazuje na to, że nie tylko SLD, ale w ogóle żadnej lewicy nikt nad Wisłą już nie chce. Bo i po co, skoro politykę lewicową robią za SLD inni. Gdy w 2007 roku pojawił się w Polsce wielki kryzys, Tusk rosnącym długiem ocalił „zieloną wyspę” dla Polaków, aby następnie ograniczył skutki zadłużenia likwidacją OFE. Teraz zaś PiS idzie ścieżką rozdawniczo-populistyczną i antybanksterską, wytrącając lewicy resztki argumentów. Na dodatek, co zresztą wiadomo od wieków, społecznie pokrzywdzeni w Polsce szukają przeważnie pociechy w kościele, więc PiS jest dla nich opcją naturalniejszą niż SLD. Dlatego dawni PZPR – owcy działacze lgną dziś do partii Kaczyńskiego i robią w niej coraz bardziej spektakularne kariery Nie dziwi mnie to, choć budzi niesmak.

*

SLD jak na partię, która miała prezydenta i czterech premierów; która uchwalała konstytucję i wprowadzała Polskę do UE odchodzi ze sceny politycznej w sposób, który musi budzić pytania o przyczyny i winnych.

Moim zdaniem grzechem głównym postpezetperowskiej lewicy była przede wszystkim bezideowość i karierowiczostwo jej kierownictwa oraz znaczącej części działaczy terenowych. To nigdy nie byli ani ludzie biedni, ani społecznie wykluczeni. Nie łączyły ich programy (których w SLD tworzono „na pęczki”), lecz życiorysy i chęć pozostania w politycznej grze.

Po niefortunnej kandydaturze Ogórek w wyborach prezydenckich SLD stało się na domiar złego – zwłaszcza dla młodych – partią obciachu bardziej niż kiedyś PiS. Kandydatura ta pokazała bowiem, że partia nie ma ludziom nic to zaproponowania poza urodą nieznanej przedtem nikomu rzekomo lewicowej działaczki.

Dziś lewica europejska to ruch na rzecz szeroko rozumianego postępu społecznego, ekonomicznego oraz liberalizmu w kulturze i edukacji. SLD o tym mówiło, ale nic w tej dziedzinie nie robiło. Partia ta powinna się też jakoś odnieść do kwestii patriotyzmu. Tymczasem według jej „wierchuszki” miała być związkiem zawodowym wspierającym posłów i radnych. Organizować im wybory i zapewniać miejsce w parlamencie. Interes Polski był dla niej mniej ważny, traktowany instrumentalnie. A Polacy tego nie lubią. Dla nich patriotyzm ma wielkie znaczenie. Dziś więc lewicowcy są zepchnięci do narożnika jako ci, którzy nie kochają Polski, bo nie czczą symboli. Monopol na patriotyzm przechwyciła prawica. I nic to, że ma on charakter powierzchowny. Tacy już są Polacy zwłaszcza ci z licznej sekty pisowskiej. Wolą „pochody i procesyje” od uczciwej pracy i rzetelnego wykonywania obywatelskich obowiązków.

Kłopoty SLD wynikają także z braku silnego lidera. Po nieudanym come back Millera członkowie SLD wybrali sobie Włodzimierza Czarzastego. W jego programowym wystąpieniu na zjeździe w Łodzi szczególnie mocno wybrzmiała jedna teza: Gdyby PiS nas do czegoś potrzebował, to jesteśmy chętni. SLD – jeżeli mu się to opłaci – zawiąże koalicję nawet z diabłem.

Tendencje do uczynienia z SLD przystawki PiS mają swój początek na jesieni 2014 roku, kiedy Leszek Miller, by ukryć rozmiary własnej porażki, razem z Kaczyńskim krzyczał o sfałszowanych wyborach samorządowych.

*

Dziś nie tylko SLD, ale cała polska lewica jest w kiepskim stanie. Jej polityczny dylemat sprowadza się do tezy: robić za młodszego brata PiS w obietnicach socjalnych czy zająć dalekie szeregi w tyle za Platformą i Nowoczesną w marszach przeciwko łamaniu demokracji. Kiepski to wybór (choć dla mnie oczywisty), dlatego trudno dziś uwierzyć w odrodzenie polskiej lewicy. Przynajmniej dopóki nie nadejdzie jesień pisowskiego średniowiecza.

Zbigniew Noska