Pusta kasa

„Nie słuchajcie tego, co opowiadają, że się nie da w Polsce obniżyć wieku emerytalnego, że nie da się podnieść kwoty wolnej od podatku, bo się budżet zawali. To bzdury” – mówił Andrzej Duda podczas swojej inauguracji. Tymczasem bzdurami okazały się zapewnienia, że na wszystko wystarczy pieniędzy. Nie wystarczy i przyznaje to już nawet PiS.

Już tegoroczny budżet jest mocno napięty. Pod koniec 2015 roku rząd Beaty Szydło zwiększył deficyt do 54,6 mld zł. Przesunął też część wpływów na 2016 rok (na przykład dochody z aukcji LTE). To miało ułatwić sfinansowanie programu 500+, ale i tak sytuacja wygląda źle. Właśnie się okazało, że w pierwszej połowie roku zadłużenie państwa wzrosło o 47 mld złotych, bijąc rekord nie tylko rządu Ewy Kopacz, ale i rządu Tuska z czasów najostrzejszego kryzysu.

W tej sytuacji w przyszłym roku zabraknie pieniędzy na odstąpienia od wydłużania wieku emerytalnego do 67 lat. Ministerstwo Finansów (według Gazety Wyborczej) stwierdziło, że Polski nie stać na obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiety i 65 lat dla mężczyzn. Dowodem ma być wysłany do Brukseli wieloletni plan finansowy, w którym rząd podaje, że obniżka wieku emerytalnego kosztowałaby państwo w 2017 roku 8,6 mld zł, w 2018 r. – 10,2 mld zł, a w 2019 – 11,9 mld złotych. Takich pieniędzy w kasie państwa nie ma.

Rząd planuje więc wprowadzenie kryterium stażu pracy. W przypadku kobiet wynosić miałby on 35 lat, a mężczyzn – 40 lat. Ktoś, kto takiego stażu nie udowodni, będzie musiał pracować dłużej.

*

Wobec pustki w kasie rząd szuka każdego grosza. Wydłużono obowiązywanie podwyższonej stawki VAT. O większą kwotę, niż planowano podniesiono też płacę minimalną. Z podwyżki płacy minimalnej o każde 150 złotych brutto państwo dostaje 75 złotych. Ten ciężar poniosą pracodawcy. Poza tym przez podwyżkę część osób straci prawo do 500+ na pierwsze dziecko.

Planowane są też nowe podatki dla rolników. Płacić trzeba będzie za zużycie wody ze studni, stawu czy zbiornika retencyjnego. To nie żart. Zużywający powyżej 5 m3 wody na dobę będą musieli płacić 1,64 zł za 1 m3 wody podziemnej i 0,82 zł za 1 m3 wody powierzchniowej. Rząd tłumaczy swoje zamiary tym, czym często lubią tłumaczyć się urzędy: „bo tak chce Unia Europejska”. Opłaty zostaną więc wprowadzone za wodę z retencji. Jeśli rolnik wykopie sobie np. staw, do którego odprowadzi wodę z melioracji, by potem nią podlewać uprawy, zapłaci.

Faktem jest, że w niektórych krajach opłaty od używania deszczówki istnieją. Ale nie aż tak drastyczne! Dwa razy niższe są u naszego czeskiego sąsiada, mniej płacą także niemieccy rolnicy. W Holandii, w zależności od strefy, płaci się od hektara ryczałtem. Nowy podatek może zgnieść wiele firm z branży rolno-spożywczej. Dramatycznie bowiem wzrosną koszty produkcji rolnej, uderzając w producentów żywności – w rolników indywidualnych oraz firmy przetwórcze.

Dostanie się też hodowcom drzew owocowych, którzy do dziś odczuwają skutki rosyjskiego embarga. Sady wymagają dużych ilości wody, która jest potrzebna do zabiegów przeciwko chorobom i szkodnikom oraz do nawadniania. Wielu plantatorów nie będzie stać na nowe opłaty, bo mogą one sięgnąć nawet kilku tysięcy złotych na hektar.

Rolnicy, którzy zagłosowali na PiS, mogą poczuć się nieco oszukani…

*

Na koniec kilka słów o jeszcze jednym pomyśle podatkowym rządu. Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić akcyzę na elektroniczne papierosy. Wysokość nowego podatku nie jest jeszcze znana. Branża producentów elektronicznych papierosów ostrzega, że wprowadzenie akcyzy nie musi przynieść pożądanych efektów. Włosi, którzy opodatkowali e-papierosy, liczyli na 100 mln euro wpływów rocznie, jednak skończyło się na 3 mln euro, bo e-palacze zaczęli zamawiać tańsze produkty przez Internet.

*

Okazuje się nie po raz pierwszy, że populizm ma krótkie nóżki. Obietnice wyborcze PiS w konfrontacji z realiami gospodarczymi zamieniają się jedna po drugiej w przysłowiowe gruszki na wierzbie. Z pustego i Salomon nie naleje. A co dopiero Kaczyński.

Zbigniew Noska

Bajka o mieszkaniach

„Mieszkanie plus” to nowy program rządu Prawa i Sprawiedliwości polegający na budowie tanich mieszkań na wynajem z możliwością zakupu własnej nieruchomości. Jego głównymi beneficjantami mają być rodziny o średnich dochodach, które nie mają szans na uzyskanie własnego mieszkania, czyli nawet 40 proc. Polaków. Budowa tanich mieszkań na wynajem ma doprowadzić do zmniejszenia deficytu mieszkaniowego, który według szacunków rządu wynosił ok. 0,5 mln mieszkań (dane z końca 2015 r.).

Program „mieszkanie plus” opiera się na trzech filarach. Pierwszym ma być budowa tanich mieszkań na gruntach od państwa. Drugi to utworzenie indywidualnych kont mieszkaniowych, które mają służyć wsparciu oszczędzania długoterminowego. Rząd – po trzecie – chce także wspierać budownictwo społeczne.

Najważniejszym filarem programu ma być utworzenie Narodowego Funduszu Mieszkaniowego, który będzie przekazywał grunty Skarbu Państwa. Dzięki temu mieszkania budowane na tych gruntach będą tańsze. Koszt wynajmu takiego mieszkania miałby wynosić od 10 do 20 zł za metr kwadratowy. W dłuższej perspektywie istniałaby możliwość wynajmu takiego mieszkania z opcją „dojścia do własności”, a koszt spłaty takiego mieszkania miałby być znacznie niższy niż zakup na rynku.

Drugi filar projektu zakłada powstanie tzw. subkont mieszkaniowych, na które Polacy odkładaliby swoje oszczędności z przeznaczeniem na remont mieszkania, czy zakup lub wybudowanie prywatnego domu. Te oszczędności byłyby dopełniane poprzez premie, które będzie dawało państwo – w wysokości co najmniej kilku tysięcy złotych rocznie. Minimalny okres oszczędzania to pięć lat.

Program mieszkanie plus przewiduje także wsparcie budownictwa społecznego – planowane jest dofinansowanie budowy mieszkań komunalnych w wysokości do 55 proc. kosztów oraz poprawa warunków kredytowania tego typu inwestycji przez BGK.

*

Moim zdaniem program „mieszkania plus” to kolejna bajka dla „ciemnego ludu”. A dlaczego bajka? Bo nie zgadzają się ani założenia, ani ceny, a jak pokazuje doświadczenie, muszą minąć lata, zanim pierwsze lokale trafią na rynek.

Znajomy „budowlaniec”, którego zapytałem, czy realne jest, że „Narodowy Operator Mieszkaniowy” (tak ma się nazywać firma budująca mieszkania w oparciu o działki należące do Skarbu Państwa) wybuduje mieszkania w cenie 2,5 tys. złotych za metr kwadratowy, roześmiał mi się w twarz.

- To gruba pomyłka. Grunt pod inwestycję (chyba że prestiżowej lokalizacji w centrum miast), nie gra już głównej roli w cenach mieszkań. Największe znaczenie ma koszt budowy konstrukcji budynku oraz koszt całej infrastruktury czyli dróg, kanalizacji, sieci, mediów często budowanych nie tylko w obszarze działki, ale i na żądanie gminy w okolicy. Są też „drobniaki” jak koszt finansowania kredytem z banku, projekt architektoniczny itd. 2,5 tys. złotych za metr może kosztować sama konstrukcja budynku, ale bez wind i parkingów.

Poważne wątpliwości budzi też termin realizacji programu. Zakładając, że parlament szybko uchwali ustawy, to pierwsze mieszkania zobaczymy najwcześniej w 2020 roku. Bo sam proces inwestycji trwa minimum dwa lata.

*

Ktoś powie, że jestem pesymistą i sceptykiem negatywnie nastawionym do obecnej władzy. By temu zaprzeczyć, skłonny jestem przyjąć założenie, że tanie mieszkania powstaną, a ich cena najmu będzie atrakcyjna, niższa od rynkowej.

Na pewno do pierwszych lokali utworzy się długa kolejka chętnych. Co wtedy? Mieszkania będzie przydzielał Narodowy Fundusz Mieszkaniowy. Urzędnicy zapowiadają stworzenie systemu punktowego, który określi pierwszeństwo w dostępnie do „mieszkania plus”". Program dedykowany rzekomo jest dla wszystkich – także tych lepiej zarabiających, czyli tak zwanej klasy średniej, ale pierwszeństwo będą miały rodziny wielodzietne, niżej uposażone i w trudnej sytuacji życiowej.

Jeżeli o przydziale mieszkania decydować będzie jakaś komisja oceniająca sytuację życiową, to będzie to powrót do absurdów spółdzielni PRL barwnie pokazanych z serialu Alternatywy 4. Starsi Polacy już to przerabiali. Ja też.

Zbigniew Noska

Bubel Ziobry

Według szacunków ekspertów wyłudzenia podatku VAT wynoszą dziesiątki miliardów złotych rocznie. Traci na tym nie tylko budżet państwa, ale także sami obywatele, w tym przedsiębiorcy, którzy padają ofiarą zarówno przestępców, jak i idących na łatwiznę urzędników skarbowych. Problem ten dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy i rośnie z roku na rok.

Rząd Beaty Szydło w jego rozwiązaniu dostrzegł szansę na sfinansowanie obiecanego w kampanii wyborczej rozdawnictwa publicznych pieniędzy. Działanie takie jest ze wszech miar słuszne i zasługuje na pochwałę. Pod jednym wszakże warunkiem, że zrobi się to profesjonalnie i ukarze tych, którzy świadomie organizują vatowskie karuzele, odnosząc z tego tytułu nieuzasadnione korzyści.

W tej sprawie resort sprawiedliwości przygotował nowelizację kodeksu karnego. Jego istota zawiera się w tezie, że „w interesie społecznym leży, aby odpowiedzialność sprawców określonego rodzaju groźnych przestępstw nie ograniczała się do odbycia kary, ale aby nie mogli oni również korzystać z majątku zdobytego w drodze przestępczej”. Główną karą za rzeczywiste czy domniemane, świadome czy nieświadome uczestnictwo w tak zwanej karuzeli VAT ma być kara konfiskaty majątku.

Nic więc dziwnego, że projekt spotkał się z totalną krytyką środowisk prawniczych, z którymi go konsultowano. Ich opinie (upublicznione w minionym tygodniu) są jednomyślne. Projekt MS to zbiór rażących błędów, dowodów na ignorancję autorów i przepisów łamiących najważniejsze zasady konstytucyjne.

Oto kilka z nich:

„Za całkowicie kuriozalne należy uznać wprowadzenie przepadku mienia uzyskanego przed popełnieniem przestępstwa” – czytamy w opinii Sądu Apelacyjnego w Krakowie – wprowadzenie do systemu prawa obowiązku dowodzenia legalności majątku nabytego w ciągu 5 lat przed popełnieniem przestępstwa „jest oczywistym złamaniem zasady domniemania niewinności nawet w najwęższym jej rozumieniu”. SA w Krakowie wytyka autorom projektu ustawy, że kryminalizują posiadanie mienia ze źródeł nieujawnionych, ale już z nielegalnych – nie. W efekcie, jeśli źródło dochodu danej osoby jest nielegalne, ale jawne, sprawca nie odpowiada karnie, za to, jeśli źródło jest legalne, ale nie niejawne – już tak. Jako „rażące naruszenie konstytucyjnych praw obywatelskich” SA uważa przepis, który przewiduje przejście zabezpieczonego majątku na własność Skarbu Państwa po 3 latach od umorzenia postępowania karnego z powodów braku dowodów winy, niewykrycia sprawcy lub jego śmierci.

Z kolei podległa ministrowi Ziobrze Prokuratura Okręgowa w Szczecinie wskazuje, że autorzy projektu posługują się pojęciem „przedsiębiorstwa”, które nie jest stosowane ani w prawie karnym, ani karnym skarbowym. Problem jest też z użytym pojęciem „właściciel przedsiębiorstwa”, ponieważ może nim być nie tylko osoba fizyczna, ale także np. spółka czy inna jednostka organizacyjna bez osobowości prawnej. Prokuratura Okręgowa w Szczecinie wytyka autorom projektu także niewłaściwe posługiwanie się pojęciem „posiadania rzeczy pochodzącej z czynu zabronionego”, przypominając, że obejmuje to także takie przypadki, które zgodnie z definicją tego terminu są legalne. Jeszcze innym błędem jest wrzucanie do jednego przepisu przestępstwa umyślnego i nieumyślnego

*

Przedsiębiorcy są przerażeni proponowaną przez Ziobrę nowelizacją. Ich zdaniem konfiskata rozszerzona najprawdopodobniej nie dotknie większości organizatorów wyłudzeń podatku VAT, za to może bardzo utrudnić prowadzenie działalności gospodarczej normalnym przedsiębiorcom, którzy będą musieli tłumaczyć się z każdej złotówki, zamiast prowadzić swój biznes. Państwo jest nieskuteczne, jeśli chodzi o zatrzymanie organizatorów karuzel VAT, za to jego służby fiskalne bez problemu odnajdą tych przedsiębiorców, którzy stali się nieumyślnie uczestnikami tego procesu. Ich majątek jest zagrożony, wobec nich są stosowane środki, a powinno to dotyczyć tych, którzy są świadomymi uczestnikami takiego procederu.

Przedsiębiorcy zwracają też uwagę na fakt, że państwo nakłada na nich obowiązek sprawdzenia, czy ktoś nie jest uczestnikiem karuzeli VAT, choć nie mają do tego odpowiednich narzędzi i wiedzy prawniczej.

*

Obawiać się należy, że konfiskata uderzy w tych, którzy z niewiedzy, nieumiejętności czy głupoty dali się wciągnąć w karuzele VAT. Natomiast ci, którzy naprawdę wyłudzają podatek, będą nadal bawić się za ukradzione pieniądze i śmiać z głupoty polskiego fiskusa.

Państwo jest kompletnie bezradne wobec karuzel VAT, dlatego rozpoczęcie skutecznej walki z tą przestępczością jest ze wszech miar słuszne, ale to nie może oznaczać akceptacji dla zasady cel uświęca środki.

Zbigniew Noska

Dobra zmiana podatkowa

W pisowskich kręgach gospodarczych zapadła decyzja: Będzie jednolity podatek. To oznacza, że zniknie PIT, składki na ZUS i NFZ- zamiast tego każdy Polak zapłaci jednolitą daninę. Jest to pomysł Platformy Obywatelskiej z kampanii wyborczej. PiS popełnia plagiat, do czego – co oczywiste – się nie przyznaje, ale nie mam o to pretensji, bo jednolita dla wszystkich danina podatkowa to dobry pomysł.

Jak dokładnie będzie ona wyglądała, dowiemy się najpóźniej wczesną jesienią, wtedy powstaną założenia do projektu. Do końca roku mają się zakończyć prace legislacyjne. Wtedy też okaże się, jak wysokie będziemy płacić obciążenia. Potem rząd daje sobie rok na wprowadzenie zmian, wdrożenie nowego systemu, co może być największym wyzwaniem. Sam ZUS potrzebuje na to dziewięć miesięcy, a zmiana systemu dotknie przecież również urzędy skarbowe i Narodowy Fundusz Zdrowia. Ostatecznie zmiany w podatkach zaczną wchodzić w życie 1 stycznia 2018

Korzyści, jakie dzięki rewolucji w systemie podatkowym chce osiągnąć rząd, to przede wszystkim uproszczenie systemu, co spowoduje większą efektywność w ściągalności podatku. Autorzy pomysłu spodziewają się też dodatkowych profitów: zwiększenia zatrudnienia, likwidacji umów śmieciowych i większej sprawiedliwości społecznej. Nowy podatek ma też skonsumować obietnicę PiS o podniesieniu progu podatkowego do 8 tysięcy złotych

Rząd zapewnia, że nie chce zarobić na nowym systemie. Nastąpi natomiast przeniesienie obciążeń z grup słabo zarabiających w stronę bogatszych.

Zapłacą też rolnicy. Co prawda przy okazji wielkiej reformy systemu podatkowego nie zniknie KRUS, ale rolnicy mają być częściowo włączeni do nowego systemu. PiS chce uporządkować pozarolnicze źródła przychodów rolników. W tym zakresie zostaną oni objęci nową jednolitą daniną. Natomiast nic się nie zmieni w kwestii podatku rolniczego i składek na KRUS.

*

Zapowiedź zmian w systemie podatkowym dowodzi, że PiS w sferze gospodarczej z partii populistycznej zaczyna przeistaczać się w partię socjalistyczną, czyli – używając języka narodowców – lewacką. Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź można znaleźć w ostatnim komunikacie GUS. Wynika z niego, że w I kwartale 2016 r. nasza gospodarka niespodziewanie wyhamowała. PKB w stosunku do IV kwartału 2015 roku spadł o 0,1 proc., co jest najgorszym wynikiem w ujęciu kwartalnym od IV kwartału 2012 r.

Po dojściu do władzy PiS zdemontował mechanizmy, które miały zabezpieczać finanse państwa. Do kosza wyrzucił politykę zaciskania pasa i gwałtownie zwiększył wydatki. Sztandarowy projekt „500 plus” do granic wytrzymałości napiął finanse państwa. Kluczowa dla jego sfinansowania miała być poprawa ściągalności podatków. Rząd wymyślił sobie, że do kasy państwa dzięki temu wpływać będzie dodatkowo nawet kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.

Na razie sukcesów w uszczelnianiu podatków nie widać. Dochody kasy państwa na koniec kwietnia były niższe od planu (107,4 mld zł) i wyniosły 105,4 mld zł. Z podatku od banków po dwóch miesiącach funkcjonowania tej daniny budżet dostał 725,4 mln zł. To zaledwie 13 proc. planu na cały rok. Podatku od handlu ciągle nie ma. I nie wiadomo, kiedy będzie. A miał dać budżetowi w tym roku 2 mld zł.

Sytuację budżetu i realizację programu „500 plus” wspierają na razie przesunięte z zeszłego roku pieniądze z aukcji LTE. Budżet miał mieć z niej ponad 9 mld zł. Część tych pieniędzy jest jednak zagrożona, bo jeden ze zwycięzców się wycofał i nie wpłacił blisko 2 mld zł. Innym zastrzykiem gotówki będzie wpłata z zysku NBP. Tu rząd może liczyć na przeszło 8 mld zł, w budżecie zapisał sobie z tej kwoty nieco ponad 3 mld zł. Ten jedyny sukces finansowy rząd PiS zawdzięcza prof. Belce, którego właśnie odsyła na emeryturę.

Jeszcze gorzej wygląda przyszły rok. Program „500 plus” będzie kosztować 23 mld zł. Skąd rząd weźmie na to pieniądze? Są dwie możliwości: nowe długi albo nowe podatki.

Takie są skutki, gdy doraźne korzyści polityczne wpływają na decyzje gospodarcze. Tak już kiedyś było. W PRL -u.

Zbigniew Noska

Drenaż

Obietnice wyborcze PiS zaczynają boleć. Na razie cierpi budżet państwa, ale za chwile poczujemy ból wszyscy. Mimo że w życie – jak dotąd – wszedł tylko projekt 500 plus rząd Beaty Szydło już teraz zapożycza się w zastraszającym tempie. Szacunkowa wielkość długu publicznego ma wzrosnąć z 923,3 mld zł na koniec 2015 roku do 1004,5 mld zł na koniec 2016 roku. Czyli o prawie 222 mln zł na dobę, 9,3 mln zł na godzinę i 2568 zł na sekundę. Rząd się zadłuża, a zapłacą za to obywatele. Dziś noworodek nie otrzymuje od rządu 500 zł, tylko 20 tys. zł długu do zapłacenia.

Skąd biorą się te astronomiczne sumy?

PiS, szukając pieniędzy na swe obietnice wyborcze. zwiększył deficyt państwa, co powoduje wzrost zadłużenia. Ale to nie wszystko. Zawirowania polityczne w Polsce, a zwłaszcza konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego obniżyły zaufanie naszych wierzycieli, co spowodowało wzrost kosztów obsługi długu. Ujmując rzecz najprościej: rośnie nie tylko kwota długu, ale także koszt spłaty każdej złotówki.

Jak rząd Beaty Szydło zamierza sobie poradzić z tym problemem?

- Szukamy oszczędności w każdym resorcie, ale nie kosztem podstawowych potrzeb społeczeństwa. Pracujemy także nad uszczelnieniem systemu podatkowego. Przy większych wpływach do budżetu nie będziemy zmuszeni zaciągać zobowiązań na rynku wewnętrznym czy międzynarodowym – mówi Gabriela Masłowska posłanka PiS z Komisji Finansów Publicznych.

Nie mówi prawdy. Za populistyczną politykę gospodarczą zapłacą wszyscy Polacy. PiS już rozpoczął drenaż naszych kieszeni. Podatki bankowy i handlowy to mały pryszcz w porównaniu z tym, co nas czeka. Aby zrealizować wszystkie obietnice wyborcze, rząd musi zdecydowanie głębiej sięgnąć do kieszeni podatników.

Jednym z pomysłów na podreperowanie budżetu ma być nowy jednolity podatek od wynagrodzeń, który miałby zastąpić PIT oraz składki na ZUS i NFZ. Jego wprowadzenie oznaczałoby prawdopodobnie także podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz niższe obciążenia dla mniej zarabiających. Taki ruch wiązałby – co oczywiste – ze zwiększeniem danin od osób o średnich dochodach. O ile? Szacuje się, że dochody do budżetu wzrosłyby o ok. 10 mld zł.

Rząd rozważa także wprowadzenie powszechnego oskładkowania. Pierwszym krokiem ku temu ma być utworzenie Centralnej Ewidencji Umów Cywilnoprawnych, nad którą już pracują urzędnicy. Według przygotowanych w tej sprawie raportów Państwowej Inspekcji Pracy i ZUS-u da to kolejne 10 miliardów złotych, które powędrują z naszych kieszeni do budżetu państwa.

Nowe opłaty pojawią się również na naszych fakturach za energię elektryczną – już od lipca rachunki zostaną zwiększone o daninę na dofinansowanie odnawialnych źródeł energii w wysokości 2,51 zł/MWh. To jednak nie koniec – planowany jest także wzrost tzw. opłaty przejściowej, z której finansowane są inwestycje w obszarze bezpieczeństwa energetycznego. Wzrośnie ona ponad dwukrotnie – z obecnych 3,87 do 8 zł miesięcznie.

Najbardziej perfidnym pomysłem rządu jest jednak tak zwana opłata audiowizualna. Ma ona wejść w życie od 1 lipca w miejsce abonamentu RTV i będzie doliczana do rachunku za prąd. Od każdego punktu poboru prądu energii ma być pobierane 15 zł miesięcznie. Oznacza to, że zapłacimy ją nie tylko za licznik w domu, ale także na przykład na działce rodzinnej lub (rolnicy) w budynkach gospodarczych. Jeszcze większe koszty poniosą firmy. Nawet te, które nie mają radia ani telewizora, a najbardziej będą dotknięci ci przedsiębiorcy, którzy mają jakąkolwiek infrastrukturę zasilaną energią elektryczną. Będzie to dla nich po prostu nowy podatek. I to bardzo wysoki.

Takich pomysłów ma rząd znacznie więcej. Głównie uderzą one w przedsiębiorców poszczególnych branż, co rykoszetem odbije się na konsumentach, czyli na każdym z nas. Zacznie się od małych kilkugroszowych, niezauważalnych podwyżek, a potem wraz z inflacją, (której symptomy są juz widoczne) ceny poszybują w górę.

Tylko naiwni uwierzyli w obietnice PiS. Wszak z pustego nawet Salomon nie naleje. a cóż dopiero Kaczyński, który go w niczym go nie przypomina.

Zbigniew Noska