Pensja dla pierwszej damy?

Projekt ustawy PiS zwany popularnie „korytem plus” spotkał się z krytyką społeczną tak gwałtowną, że upadł po kilku dniach. Jeden wszakże zapis spotkał się z uznaniem niektórych komentatorów. Myślę tu o propozycji pensji dla pierwszej damy.

Zerowe wynagrodzenie, brak opieki ZUS i do tego zakaz pracy w swoim zawodzie – tak do tej pory wyglądała sytuacja pierwszych dam w Polsce. PiS przygotował ustawę, zgodnie z którą wynagrodzenie pierwszej damy miało być uzależnione od pensji prezydenta i stanowić 55 proc. wysokości wynagrodzenia głowy państwa. W pierwotnym projekcie zakładano, że Agata Kornhauser-Duda mogłaby otrzymywać miesięczną 13 540 zł. Następnego dnia światło dzienne ujrzała nowa wersja podwyżek dla rządzących. Wynagrodzenie dla prezydentowej pozostało, choć nieznacznie je zmniejszono. Według drugiego projektu PiS małżonka prezydenta miałaby otrzymać ok. 13 212 zł. Pieniądze otrzymywać miały też byłe pierwsze damy. Co ciekawe ich wynagrodzenie byłoby wyższe niż tej urzędującej. Anna Komorowska, Jolanta Kwaśniewska i Danuta Wałęsa dostałyby 13 513 zł brutto miesięcznie. Kilka godzin później nowy projekt o wynagrodzeniach najwyższych został jednak wycofany, a jako że był w nim zapis o uposażeniu pierwszych dam, to i ta sprawa umarła.

Mimo to warto prześledzić jakie wynagrodzenia przewidziane są dla pierwszych dam na świecie.

W większości krajów europejskich małżonki głów państwa rezygnują z dotychczasowej pracy, żeby poświęcić się działalności charytatywnej. U boku męża budują wizerunek państwa. Nie otrzymują za to żadnych pieniędzy, bowiem ich status nie jest specjalnie regulowany. We Francji pierwsze damy także nie mają pensji. Prezydentową, która miała własne zarobki, była Carla Bruni. Pierwsza dama nie otrzymywała jednak wynagrodzenia za bycie żoną prezydenta. Bruni kontynuowała dotychczasową karierę, śpiewała i grała w filmach, m.in. w „O północy w Paryżu” Woodego Allena. Żona austriackiego prezydenta Thomas Klestila również nie przestała pracować, gdy jej mąż objął stanowisko głowy państwa. Margot Klestil-Löffler nie zrezygnowała z pracy w ministerstwie spraw zagranicznych.

W USA sytuacja wygląda podobnie. Michelle Obama nie ma pensji, podczas gdy jej mąż zarabia 400 tys. dolarów rocznie. Żona Prezydenta Stanów Zjednoczonych uważa jednak, że pierwsze damy powinny dostawać wynagrodzenie za swoją ciężką pracę. Natomiast żonie George’a W. Busha wystarczał zaszczyt pełnienia funkcji pierwszej samy. Nie domagała się dodatkowego wynagrodzenia.

Jak wygląda sprawa w Rosji czy na Białorusi? Oficjalnie kwestie pensji pierwszych dam nie są w żaden sposób uregulowane. Konkretne sumy pojawiły się przy zarobkach żony Aleksandra Łukaszenki. Prezydent Białorusi do swojego oświadczenia majątkowego w 2009 i 2014 roku dołączył informacje o zarobkach żony. Zgodnie z nimi Halina Łukaszenka w 2009 roku zarobiła 447 dolarów a w 2014 roku całe 801 dolarów. W Rosji, na Białorusi i Ukrainie nie mówi się o zarobkach wysoko postawionych urzędników, nie wspominając już o ich żonach.

*

Przychylam się do opinii tych komentatorów, którzy uważają, że pierwsza dama powinna mieć pensję. Ale trzeba być konsekwentnym i wskazać zakres obowiązków prezydentowej. Tylko jakim aktem prawnym? Wyobrażam sobie, że pierwsza dama musiałaby mieć jakiś status w obrębie kancelarii prezydenta. Pensja prezydentowej powinna się mieścić w przedziale tego, co zarabia głowa państwa.

Generalnie sadzę, że politycy nie powinni mieć wysokich dochodów. Może jestem naiwny, ale uważam, że to powinny być osoby, które poświęcają się dla idei, a nie robią finansową karierę.

Na koniec warto przypomnieć, że pensja prezydenta jest dożywotnia. Prezydenci nie mają więc takiego problemu jak niektórzy posłowie, którzy po zakończeniu kadencji mają kłopoty z powrotem do zawodowego życia. Prezydent więc ani jego żona nigdy nie popadną w nędzę.

Zbigniew Noska

Kierunek „urawniłowka”

Mam dobrą wiadomość dla tych, którzy lubią zaglądać do cudzych kieszeni. Oto bowiem parlament przyjął nową ustawę o zasadach wynagrodzeń w państwowych spółkach. Informacja o niej utonęła w zgiełku awantur wokół Trybunału Konstytucyjnego oraz gorączce przygotowań do spotkania członków NATO w Warszawie.

Warto o niej jednak wiedzieć, bo w sposób istotny obniża ona płace członków zarządu spółek z udziałem Skarbu Państwa i likwiduje fikcję obowiązującej dotąd tzw. ustawy kominowej.

Według PAP zgodnie z intencjami projektodawców ustawa „ma ustalić właściwą proporcję pomiędzy potrzebą zapewnienia elastycznego mechanizmu określania wynagrodzeń i zbliżania go w maksymalnym stopniu do zasad obowiązujących na rynku, a potrzebą realizacji zasady sprawiedliwości społecznej”

Ustawa wprowadza widełki dla wynagrodzenia podstawowego członków zarządu, które będzie zależało od wielkości spółki. W przypadku mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniającego do 10 osób) ma to być 1-3-krotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, a spółki małej (zatrudniającej od 11 do 50 osób), średniej (51-250 osób), dużej (251-1250 osób), „dużej plus” (co najmniej 1251 osób, obrót roczny netto wyższy niż 250 mln euro) odpowiednio: 2-4-krotność; 3-5-krotność; 4-8-krotność, 7-15-krotność.

Wynagrodzenie ma być podzielone na część stałą i zmienną. W myśl zapisów ustawy „część zmienna wynagrodzenia w spółce nie będzie mogła przekroczyć 50 proc., a w największych spółkach 100 proc. wynagrodzenia podstawowego członka organu zarządzającego w poprzednim roku obrotowym”. Ponadto ma ona zależeć od osiągniętych celów inwestycyjnych spółki.

Ustawa przewiduje dziewięć takich celów: wzrost zysku netto; wzrost wielkości produkcji czy sprzedaży; wartość przychodów, w szczególności ze sprzedaży, z działalności operacyjnej; zmniejszenie strat, obniżenie kosztów zarządu lub kosztów prowadzonej działalności; realizacja strategii lub planu restrukturyzacji; osiągnięcie wskaźników, w szczególności rentowności, płynności finansowej, efektywności zarządzania lub wypłacalności; realizacja inwestycji, z uwzględnieniem skali, stopy zwrotu, innowacyjności, terminowości realizacji.

Ustawa zakłada zarazem, że „w wyjątkowych okolicznościach” część stała wynagrodzenia będzie mogła być podniesiona. Wówczas jednak trzeba będzie opublikować uzasadnienie tej decyzji w Biuletynie Informacji Publicznej.

Dokument zakazuje prezesom spółek Skarbu Państwa czerpania dodatkowego wynagrodzenia z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek zależnych, czyli w spółkach córkach i wnuczkach. Ponadto, w myśl ustawy, maksymalny okres wypowiedzenia ma wynosić trzy miesiące, prawo do odprawy ma przysługiwać dopiero po roku, a tzw. zakaz konkurencji ma być wypłacany maksymalnie do 6 miesięcy. Dotąd w tym zakresie dochodziło do znaczących nadużyć w spółkach.

W trakcie dyskusji nad projektem w parlamencie przeszła poprawka rozszerzająca zapisane w ustawie zasady wynagradzania w spółkach na „podmioty posiadające istotne znaczenie dla wskazanych w tej ustawie polityk państwa”. Chodzi o instytucje związane z takimi obszarami jak: zdrowie, nauka, transport, energetyka, obronność, polityka rolna, regionalna i zagraniczna. Listę takich „podmiotów” będzie wskazywał premier.

Obecna obowiązująca tzw. ustawa kominowa dotyczy tylko spółek, w których Skarb Państwa ma powyżej 50 proc. akcji; nie obejmuje większości największych podmiotów, w tym m.in. PZU, Orlen czy KGHM. Nowa ustawa ma temu zaradzić. Wynika z niej bowiem, że wynagrodzenia mają być ustalane przez walne zgromadzenia, na których przedstawiciele Skarbu Państwa będą zobligowani do głosowania zgodnie z nową ustawą. Dzięki temu przepisami zostaną objęte spółki, w których udział Skarbu Państwa wynosi poniżej 50 proc.

W ocenie autorów projektu ustawy wynagrodzenia członków zarządu będą niższe od dotychczasowych średnio o 50 proc. Oszczędności w wyniku wejścia jej w życie mają wynieść 60 mln zł w skali roku.

Mój komentarz: W myśl socjalistycznych zasad, którymi PiS kieruje się w polityce gospodarczej, jest to kolejny krok w kierunku ograniczenia praw rynkowych, ingerencji państwa w gospodarkę oraz dążenia do „urawniłowki” w płacach. Czyni też zadość polskiej zawiści w wankowiczowskim ujęciu, jaka charakteryzuje elektorat tej partii. I nie tylko on.

Zbigniew Noska

Prezesa prezent dla społeczeństwa

Tuż przed zakończeniem obrad V kongresu PiS-u, Jarosław Kaczyński przedstawił delegatom pomysł na wykorzystanie 140 miliardów złotych, które jeszcze zostały w OFE. Nazwał to prezentem dla społeczeństwa. Jego zdaniem pieniądze te „w gruncie rzeczy tracą na wartości, a mogą być podstawą nowych ważnych przedsięwzięć, które będą budowały siłę naszej polityki gospodarczej, ale będą też wspierały milion polskich gospodarstw domowych”.

Ta jak zawsze mało precyzyjna wypowiedź Prezesa wywołała falę spekulacji wśród komentatorów gospodarczych. Pojawiły się pogłoski o ewentualnym scaleniu OFE i oddaniu ich aktywów pod bezpośrednią kontrolę rządu. Oznaczałoby to istotne zmiany w strukturze akcjonariatu wielu spółek notowanych na warszawskim parkiecie i w konsekwencji ich nacjonalizację. Spekulowano także o ewentualnym wychodzeniu z rynku akcyjnego nowego zarządzającego aktywami OFE i sporej podaży akcji.

Obie wspomniane zmiany mogły wystraszyć inwestorów zagranicznych i doprowadzić do wyprzedawania przez nich akcji. Dlatego tuż przed poniedziałkowym otwarciem warszawskiej giełdy odbyła się konferencja prasowa wicepremiera Morawieckiego, który wyjaśnił, na czym miałyby polegać proponowane przez PiS zmiany i rozwiać obawy inwestorów, co tylko częściowo mu się powiodło.

Według projektu Morawieckiego aktywa OFE podzielone zostaną na dwie grupy. Gotówka, obligacje i akcje zagraniczne o wartości około 34 miliardów, stanowiące 25% aktywów OFE, trafić mają do Funduszu Rezerwy Demograficznej a więc pod bezpośrednią kontrolę rządu. Natomiast akcje polskie o wartości 103 mld, stanowiące 75% aktywów OFE przekazane zostaną na Indywidualne Konta Emerytalne uczestników systemu OFE, a więc trafią do III filaru. Miałoby to się stać już 1 stycznia 2018 roku. Pieniądze te miałyby zostać rozdzielone pomiędzy wszystkich uczestników OFE, których jest w tej chwili ok. 16,3 mln. To oznacza, że każdy uczestnik dostanie średnio 6,3 tys. zł na swoje indywidualne konto. Nie jest natomiast jasne, czy to oznacza „każdemu po równo”, bo i takie głosy pojawiały się w mediach

Warto podkreślić, że są to wstępne założenia koncepcji zmian w OFE. Teoretycznie i praktycznie wiele może się więc jeszcze zmienić. Pakiet zmian ustawowych ma być gotowy na przełomie 2016 i 2017 roku. Jeśli jednak wstępne założenia zostaną utrzymane, to demontaż OFE będzie polegać na przekazaniu 25% aktywów pod bezpośrednią kontrolę rządu i 75% pod bezpośrednią kontrolę oszczędzających.

*

Podczas konferencji prasowej na GPW Mateusz Morawiecki zaprezentował także rządowe plany na oszczędzanie, których głównym celem jest – jego zdaniem – bezpieczeństwo finansowe Polaków i rozwój gospodarczy.

Plany te zakładają utworzenie „Programu Budowy Kapitału”, którego podstawą mają być Pracownicze Plany Kapitałowe. Rząd chce, żeby pracodawcy zapisywali zatrudnionych do pracowniczych programów, dzięki którym będą się składać na dodatkową emeryturę. Ma to wyglądać następująco: 2 proc. wynagrodzenia ma na PPK przekazywać pracodawca, tyle samo – pracownik (będzie to de facto nowa składka emerytalna). Obie strony mogą oszczędzać więcej – pracodawca może dać dodatkowo do 1 proc., a pracownik – do 2 proc. Dodatkowo oszczędzający otrzyma również 250 zł tzw. „składki powitalnej”.

Plan Ministerstwa Rozwoju zakłada, że przyszli emeryci będą mieli możliwość inwestowania tych pieniędzy w różne fundusze czy obligacje.

*

Plan Morawieckiego w konsekwencji oznacza więc nowy podatek dla pracowników i nową daninę dla pracodawców. Według resortu rozwoju, program ten oznacza dodatkowe 22 miliardy złotych przy założeniu, że comiesięczna wpłata do niego będzie wynosić 7 proc. Natomiast przy 4-proc. składce ma to być 12 miliardów złotych.

Czy zostaną one racjonalnie wykorzystane i w konsekwencji zwiększą w przyszłości emerytury Polaków? Wątpię. Sytuacja finansów państwa nie napawa optymizmem zwłaszcza w kontekście realizacji kolejnych obietnic wyborczych PiS, z giełdy wyparowują pieniądze, tegoroczne zadłużenie zbliża się do granicy 50 miliardów. A to ledwie 8 miesięcy rządów „dobrej zmiany”. Za bankructwo zapłacimy my, a nie PiS.

Zbigniew Noska

Brexit – same niewiadome

Polska jest największym beneficjentem funduszy unijnych w Europie. Ministerstwo Finansów co miesiąc informuje o naszych rozliczeniach z Unią. W kwietniu – ostatni miesiąc, za który podano dane – z budżetu UE do Polski wpłynęło 604 mln euro. W tym samym czasie przekazaliśmy do Brukseli składkę do unijnego budżetu wysokości 215 mln euro. Nieźle. Ale podobne korzystne relacje pomiędzy pieniędzmi otrzymanymi i wpłaconymi do budżetu Unii przez Polskę utrzymują się od lat.

Od wstąpienia do Unii Europejskiej otrzymaliśmy z Brukseli 126,9 mld euro. W tym samym czasie zapłaciliśmy składki do unijnego budżetu wysokości 40,8 mld euro. Po przeliczeniu walut okazuje się, że Bruksela podarowała nam ponad 370 mld zł, a więc niemal dokładnie tyle, ile wynosi tegoroczny budżet Polski (zaplanowane wydatki – 368,5 mld zł). Pieniądze z Unii trafiły do tysięcy polskich samorządów, instytucji i firm.

Przypominam o tym dlatego, że dziś po Brexicie uzasadniony jest niepokój wielu Polaków o to, czy ów napływ gotówki do naszego kraju nie zmniejszy się. Wszak Wielka Brytania jest jednym z poważniejszych płatników Unii Europejskiej. Jak podaje brytyjska Izba Gmin, w tym roku Wielka Brytania wpłaci do budżetu UE 15,7 miliarda funtów, a sama dostanie 4,5 miliarda funtów. Oznacza to, że nadpłaci do unijnej kasy aż 11,2 miliarda funtów.

Na razie nie ma powodu do niepokoju. Do czasu wynegocjowania przez Wielką Brytanię warunków wyjścia z Unii Europejskiej obowiązują aktualne traktaty i unijne prawo. Pieniądze unijne dla Polski nie są więc zagrożone. Mamy do wykorzystania w latach 2014-2020 około 82,5 mld euro.

Choć w referendum ponad połowa głosujących Brytyjczyków poparła wyjście z Unii Europejskiej, to do samego Brexitu droga jeszcze daleka. Brytyjski rząd musi oficjalnie powiadomić Brukselę o zamiarze opuszczenia wspólnoty. Tym samym rozpocznie się procedura, która może potrwać dwa lata. Dopiero wówczas „zaczną się schody” i Polska może na tym stracić. Ale nie musi. Wszystko bowiem zależy od tego, na jakich warunkach Brytania opuści UE oraz jaki będzie nowy kształt jej udziału w Unii. Jeśli będzie chciała – tak jak obecnie Norwegia – korzystać z dobrodziejstw unijnej wspólnoty gospodarczej, będzie nadal musiała płacić.

*

O wiele bardziej powinien nas niepokoić wpływ Brexitu na polsko – brytyjską wymianę handlową. Wielka Brytania to drugi największy odbiorca produkowanych w Polsce towarów, więcej sprzedajemy tylko Niemcom. W 2015 roku polski eksport do Zjednoczonego Królestwa był warty 50,5 mld zł. Wielka Brytania okazała się ważniejszym rynkiem dla polskich towarów niż leżące o wiele bliżej Czechy czy Węgry. Co sprzedajemy Brytyjczykom? Przede wszystkim wyroby przemysłu elektromaszynowego, ale także urządzenia mechaniczne i elektryczne, żywność, samochody, samoloty i statki oraz meble.

Polska ma też sporą nadwyżkę w handlu z Wyspami, ponieważ wartość naszego importu w 2015 r. została oszacowana przez GUS na 19,7 mld zł. Sprowadzamy wyroby przemysłu elektromaszynowego i przemysłu chemicznego oraz urządzenia mechaniczne.

*

W Wielkiej Brytanii mieszka około 800 tysięcy Polaków, działa tam także około 40 tysięcy założonych przez naszych rodaków firm. (dane www.money.pl) Dla nich wszystkich Brexit może być sporym problemem.

Wśród firm są zarówno założone przez rodaków mieszkających i pracujących na Wyspach, jak i takie, które założyli Polacy pracujący w kraju. Robią to ze względu na korzystniejsze dla przedsiębiorców warunki prowadzenia tam biznesu. Wielka Brytania bowiem znajduje się na 15. miejscu w rankingu „Paying Taxes” wskazującym stopień skomplikowania systemu podatkowego. Dla porównania, Polska jest w tym rankingu na 58 pozycji. Ponadto brytyjski fiskus pobiera mniejszą część dochodu firmy niż polski. Czy Brexit zmieni warunki prowadzenia firm przez Polaków – jeszcze nie wiadomo.

*

W Wielkiej Brytanii, jak podaje ministerstwo rozwoju, 82 proc. Polaków ma pracę. Co czwarty zatrudniony jest w przemyśle, co piąty w hotelarstwie. Popularnymi branżami są także: budownictwo, ochrona zdrowia i pomoc społeczna oraz edukacja i administracja. Około 150 tys. Polaków pracuje na samozatrudnieniu. Co się z nimi stanie? Rząd angielski zapewnia, że nic im nie grozi, ale doniesienia prasowe temu przeczą.

Na razie więc Brexit dla polskiej gospodarki oznacza same niewiadome.

Zbigniew Noska

Pusta kasa

„Nie słuchajcie tego, co opowiadają, że się nie da w Polsce obniżyć wieku emerytalnego, że nie da się podnieść kwoty wolnej od podatku, bo się budżet zawali. To bzdury” – mówił Andrzej Duda podczas swojej inauguracji. Tymczasem bzdurami okazały się zapewnienia, że na wszystko wystarczy pieniędzy. Nie wystarczy i przyznaje to już nawet PiS.

Już tegoroczny budżet jest mocno napięty. Pod koniec 2015 roku rząd Beaty Szydło zwiększył deficyt do 54,6 mld zł. Przesunął też część wpływów na 2016 rok (na przykład dochody z aukcji LTE). To miało ułatwić sfinansowanie programu 500+, ale i tak sytuacja wygląda źle. Właśnie się okazało, że w pierwszej połowie roku zadłużenie państwa wzrosło o 47 mld złotych, bijąc rekord nie tylko rządu Ewy Kopacz, ale i rządu Tuska z czasów najostrzejszego kryzysu.

W tej sytuacji w przyszłym roku zabraknie pieniędzy na odstąpienia od wydłużania wieku emerytalnego do 67 lat. Ministerstwo Finansów (według Gazety Wyborczej) stwierdziło, że Polski nie stać na obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiety i 65 lat dla mężczyzn. Dowodem ma być wysłany do Brukseli wieloletni plan finansowy, w którym rząd podaje, że obniżka wieku emerytalnego kosztowałaby państwo w 2017 roku 8,6 mld zł, w 2018 r. – 10,2 mld zł, a w 2019 – 11,9 mld złotych. Takich pieniędzy w kasie państwa nie ma.

Rząd planuje więc wprowadzenie kryterium stażu pracy. W przypadku kobiet wynosić miałby on 35 lat, a mężczyzn – 40 lat. Ktoś, kto takiego stażu nie udowodni, będzie musiał pracować dłużej.

*

Wobec pustki w kasie rząd szuka każdego grosza. Wydłużono obowiązywanie podwyższonej stawki VAT. O większą kwotę, niż planowano podniesiono też płacę minimalną. Z podwyżki płacy minimalnej o każde 150 złotych brutto państwo dostaje 75 złotych. Ten ciężar poniosą pracodawcy. Poza tym przez podwyżkę część osób straci prawo do 500+ na pierwsze dziecko.

Planowane są też nowe podatki dla rolników. Płacić trzeba będzie za zużycie wody ze studni, stawu czy zbiornika retencyjnego. To nie żart. Zużywający powyżej 5 m3 wody na dobę będą musieli płacić 1,64 zł za 1 m3 wody podziemnej i 0,82 zł za 1 m3 wody powierzchniowej. Rząd tłumaczy swoje zamiary tym, czym często lubią tłumaczyć się urzędy: „bo tak chce Unia Europejska”. Opłaty zostaną więc wprowadzone za wodę z retencji. Jeśli rolnik wykopie sobie np. staw, do którego odprowadzi wodę z melioracji, by potem nią podlewać uprawy, zapłaci.

Faktem jest, że w niektórych krajach opłaty od używania deszczówki istnieją. Ale nie aż tak drastyczne! Dwa razy niższe są u naszego czeskiego sąsiada, mniej płacą także niemieccy rolnicy. W Holandii, w zależności od strefy, płaci się od hektara ryczałtem. Nowy podatek może zgnieść wiele firm z branży rolno-spożywczej. Dramatycznie bowiem wzrosną koszty produkcji rolnej, uderzając w producentów żywności – w rolników indywidualnych oraz firmy przetwórcze.

Dostanie się też hodowcom drzew owocowych, którzy do dziś odczuwają skutki rosyjskiego embarga. Sady wymagają dużych ilości wody, która jest potrzebna do zabiegów przeciwko chorobom i szkodnikom oraz do nawadniania. Wielu plantatorów nie będzie stać na nowe opłaty, bo mogą one sięgnąć nawet kilku tysięcy złotych na hektar.

Rolnicy, którzy zagłosowali na PiS, mogą poczuć się nieco oszukani…

*

Na koniec kilka słów o jeszcze jednym pomyśle podatkowym rządu. Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić akcyzę na elektroniczne papierosy. Wysokość nowego podatku nie jest jeszcze znana. Branża producentów elektronicznych papierosów ostrzega, że wprowadzenie akcyzy nie musi przynieść pożądanych efektów. Włosi, którzy opodatkowali e-papierosy, liczyli na 100 mln euro wpływów rocznie, jednak skończyło się na 3 mln euro, bo e-palacze zaczęli zamawiać tańsze produkty przez Internet.

*

Okazuje się nie po raz pierwszy, że populizm ma krótkie nóżki. Obietnice wyborcze PiS w konfrontacji z realiami gospodarczymi zamieniają się jedna po drugiej w przysłowiowe gruszki na wierzbie. Z pustego i Salomon nie naleje. A co dopiero Kaczyński.

Zbigniew Noska