Gdy Bóg chce kogoś ukarać…

„To mógł być rząd sukcesu Beaty Szydło, Mateusza Morawieckiego, Anny Streżyńskiej albo Elżbiety Rafalskiej – napisał na moim blogu jeden z Internautów – I mógł spokojnie przy stabilnej większości realizować swoje kluczowe (i sensowne) przedwyborcze zapowiedzi. Nikt by mu na przykład nie przeszkodził w realizacji programu 500+ oraz wprowadzeniu podatków bankowego i od sklepów wielkopowierzchniowych” gdyby (dodaję od siebie) nie awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Podobnie jak autor tej opinii, przez moment miałem nadzieję, że gospodarką z ramienia PiS będą zarządzać profesjonaliści. Zawiodłem się. Wprowadzane przez rząd ustawy gospodarcze, o których piszę już chyba po raz trzeci, są prawnymi bublami, które szkodzą polskiej gospodarce, uderzają po kieszeni nas – konsumentów i…dają się bardzo łatwo ominąć.

*

Podatkiem, który miał być głównym źródłem finansowania programu 500 plus, jest obowiązująca już od lutego ustawa o podatku od niektórych instytucji finansowych nakładająca na nie daninę wynoszącą rocznie 0,44 proc. wartości ich aktywów. Spodziewane wpływy z tytułu tego podatku na poziomie 5 mld zł rocznie już okazały się znacznie przeszacowane, ponieważ banki wykorzystują lukę w ustawie.

Jak dowodzą eksperci portalu money.pl uniknięcie podatku bankowego jest dziecinnie proste. Wystarczy, że bank pod koniec miesiąca, nawet na bardzo krótko, kupi obligacje skarbu państwa o odpowiedniej wartości, a podatek nie zostanie naliczony. Powodem jest przepis ustawy, który stanowi, że „podstawą opodatkowania jest nadwyżka sumy wartości aktywów podatnika, wynikająca z zestawienia obrotów i sald, ustalonego na ostatni dzień miesiąca”. Jeden z kolejnych zapisów mówi jednak, że „podstawę opodatkowania obniża się o wartość aktywów w postaci skarbowych papierów wartościowych”.

To już nie furtka a brama przez którą banki uciekają fiskusowi, a tymczasem Ministerstwo Finansów przekonuje, że wszystko odbywa się zgodnie z wolą ustawodawcy.

*

Drugim źródłem finansowania programu 500 plus miał być podatek, od zagranicznych sieci supermarketów. Rządzące ugrupowanie stworzyło aż siedem wersji tych przepisów, a wciąż nie widać końca procesu legislacyjnego. Każda bowiem wersja okazała się mieć tak poważne skutki uboczne, że każdorazowo podejmowano decyzję o opracowaniu nowego projektu ustawy. Oprócz dwóch wersji projektu wyborczego mieliśmy już trzy propozycje rządowe, a także dwie poselskie. Ostatnia wersja, nad którą obecnie się pracuje, wciąż budzi spore kontrowersje.

Najpierw okazało się, że wbrew intencjom pomysłodawców pierwotne przepisy nakładające podatek obrotowy na placówki o powierzchni ponad 250 mkw. uderzyłyby głównie w polskie sieci sklepów spożywczych skupionych w sieciach franczyzowych.

Inna wersja projektu ustawy miałaby taki skutek, że podatek uderzyłby w polskie sklepy internetowe, które znalazłyby się na straconej pozycji wobec ich zagranicznych konkurentów. Gdy z kolei okazało się, że podatkiem objęte zostaną stacje benzynowe, eksperci wyliczyli, że odbije się to na cenach paliw. Wśród potencjalnych ofiar podatku handlowego znalazły się nawet… sklepy medyczne sprzedające np. refundowane wózki inwalidzkie. Jednym słowem totalny brak profesjonalizmu.

Błędy legislacyjne rządzących irytują nawet zwolenników PiS. Dla nich supermarkety to obok banków najbardziej krwiożercze kapitalistyczne instytucje. Domagają się więc ukrócenia ich „finansowego rozpasania”, ale codziennie biegają po zakupy do supermarketów i po pieniądze do bankomatów. Nie potrafią lub nie chcą zrozumieć, że w rzeczywistości podatki, które na banki i handel nakładają rządzący, zapłacą konsumenci w cenach produktów i usług. Jest to podatek nałożony na nich, ale – nawiązując do przysłowia, którego początek zacytowałem w tytule – jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu najpierw rozum odbiera.

I dlatego wierzą, że wszystkiemu winne są banki i supermarkety, które należy ukarać podatkami. Wierzą i … płacą

Zbigniew Noska

„Dobra zmiana” w gospodarce

Trwa proces nacjonalizacji polskiej gospodarki. W 1946 roku komuniści uczynili to w sposób rewolucyjny. Jednym dekretem pozbawili polskich przedsiębiorców ich własności. PiS postępuje sprytniej. Stara się upaństwowić polską gospodarkę przy pomocy ustaw dotyczących poszczególnych jej dziedzin, okłamując przy tym społeczeństwo, co do swoich intencji.

Pod chwytliwym hasłem obrony polskiej ziemi przed groźbą przejęcia jej przez obcych wprowadzono prawo, które znacznie ograniczyło wolność obrotu ziemią i oddało ją w ręce urzędników państwowej agencji. Podobnie jest z lasami. Celem nowej ustawy jest likwidacja lasów prywatnych i scentralizowanie ich pod szyldem lasów państwowych.

Proces ten dotyczy nie tylko rolnictwa. PiS jako partia ukrywająca pod ideologicznym parawanem nacjonalizmu swój socjalistyczny charakter nie lubi polskich przedsiębiorców. Pod pozorem uszczelnienia systemu podatkowego chce doprowadzić do bankructwa zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw.

Ostatnio przez parlament jak burza przeszły przepisy podatkowe wprowadzające tak zwaną klauzulę przeciw unikaniu opodatkowania. Ma ona przeciwdziałać unikaniu przez firmy opodatkowania – uniemożliwić im dokonywanie sztucznych i nie mających uzasadnienia gospodarczego czynności, za pomocą których próbowałyby ominąć przepisy i osiągnąć korzyści podatkowe. Fiskus będzie mógł uznać, że dana czynność podatnika, np. transakcja została podjęta przede wszystkim lub tylko i wyłącznie w celu obniżenia podatku. W takim wypadku podatek zostanie określony we właściwej wysokości.

Ustawa ta wprowadza pewne ograniczenia dla fiskusa, ale nie likwiduje największego niebezpieczeństwa dla przedsiębiorcy – uzależnienia od urzędniczego widzimisię, czyli uznaniowości, która prawie zawsze prowadzi do korupcji.

Jest to w polityce państwa wobec przedsiębiorców zwrot o 180 stopni w stosunku do poprzednich rządów, które (nieudolnie i zbyt wolno) dążyły jednak do likwidacji biurokratycznego gorsetu hamującego rozwój przedsiębiorczości Polaków.

*

Na negatywne efekty takiej legislacji gospodarczej nie trzeba było długo czekać. Świadczą o tym nie tylko spadki notowań Polski w agencjach raitingowych, o czym głośno było w minionym tygodniu, ale przede wszystkim zaobserwowane w I kwartale tego roku wyhamowanie polskiej gospodarki GUS podał, że w I kwartale 2016 r. PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2010) zmniejszył się realnie o 0,1 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 2,5 proc. Tymczasem rynek oczekiwał wzrostu na poziomie 3,4 – 3,5 procent.

Główny ekonomista banku Societe Generale Jarosław Janecki wskazuje, że opublikowane dane są gorsze od prognoz. Przypomina też, że w czwartym kwartale ubiegłego roku wzrost PKB wyniósł 4,3 procent rok do roku. Jarosław Janecki uważa, że na spowolnienie wzrostu gospodarczego wpłynęło kilka elementów. To między innymi mniejsza sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa oraz niższa dynamika inwestycji.

Jeszcze bardziej alarmujące informacje dochodzą z rynków finansowych. Pogarsza się sytuacja finansów publicznych, rośnie ryzyko zwiększenia długu w stosunku do PKB, wzrasta i to znacznie oprocentowanie naszych zadłużeń, a dodatkowo widać poważne zmiany na scenie politycznej.

Rosną wydatki Polski (program 500 plus, obniżka wieku emerytalnego, ulgi dla frankowiczów i inne obietnice socjalne nowego rządu), a więc pogarsza się kondycja budżetu. Już teraz ekonomiści z Komisji Europejskiej prognozują, że poziom deficytu dojdzie do 3 procent PKB w 2017 roku.

Z Polski ucieka kapitał zagraniczny. Giełda w ciągu ostatnich miesięcy zubożała o 50 milionów złotych. Osłabiła się złotówka. Pesymiści twierdzą, że w najbliższym czasie w przypadku euro realna jest graniczna kwota 4,50 złotego za euro. W negatywnym scenariuszu za franka będzie trzeba zapłacić tyle co w styczniu – 4,12 złotego. Inaczej wygląda sytuacja z dolarem, który będzie mocno uzależniony od decyzji banku centralnego USA w sprawie stóp procentowych. A ta zapadnie w czerwcu. Jeżeli Fed podniesie stopy procentowe, wówczas dolar może kosztować nawet ponad 4 zł.

Takie są gospodarcze efekty polityki „dobrej zmiany”.

Zbigniew Noska

PiS-u walka z wiatrakami

Kiedy w 1845 roku wybudowano pierwszy odcinek kolei warszawsko – wiedeńskiej po wsiach, obok których owa droga żelazna przechodziła, baby gadały, że krowom mleko odjęło, a kury jaja przestały znosić. Ta anegdota, którą powtarzam za Reymontem, przypomina mi się, ilekroć czytam lub słyszę o tych wszystkich, którzy straszą ludzi technicznymi nowinkami i namawiają do protestowania przeciwko ich budowaniu. Nie dziwi mnie to, bo ciemnota i zabobon jest dość powszechny zwłaszcza wśród Polaków, w głowach których bezkarnie sobie hula tak zwany kaczyzm – ideologia (a może metodologia?) polegająca głównie na praniu mózgów i odbierająca jej zwolennikom zdolność do samodzielnego myślenia.

Nie specjalnie więc zaskoczyła mnie reakcja niektórych Internautów na mój ubiegło tygodniowy felieton gospodarczy dotyczący między innymi pozbawionej jakiejkolwiek racjonalności niechęci PiS do budowania wiatraków jako jednej z metod korzystania z tak zwanych odnawialnych źródeł energii nazywanych w skrócie OZE.

Jeden z „moich” kaczystów skomentował to tak: „Energetyka wiatrowa jest nieefektywna, szkodzi zdrowiu mieszkających w pobliżu i z niej Polska powinna zrezygnować. Niemcy chcą pozbyć się starych technologii, więc Polsce chcą sprzedać zużyte wiatraki.”

Dwa zdania i kilka kłamstw, ale nic to. Najważniejsze, że opinia ta zgodna jest z tak zwaną linią polityczną rządzącej dziś partii.

*

Prawo i Sprawiedliwość jest przeciwko elektrowniom wiatrowym głównie ze strachu przed górnikami. Rozwój OZE oznacza bowiem wypieranie z rynku energetyki opartej na węglu. Wymyśla się więc bajki o rzekomej szkodliwości wiatraków dla ludzkiego zdrowia. W tym kontekście wymienia się „migotanie cieni, szumy, infradźwięki, których negatywne skutki często ujawniają się po latach w postaci różnych schorzeń”. Jakoś nikt nie wspomina o tym, że alternatywne dla OZE elektrownie węglowe emitują do atmosfery tysiące ton trujących gazów, które są nie tylko szkodliwe dla klimatu, ale przede wszystkim dla ludzkiego zdrowia.

Potwierdzają to eksperci wielu krajów. Między innymi ekspertyza hamburskiego Instytutu Ekologii i Polityki wykonana na zlecenie klubu parlamentarnego partii Zielonych, stwierdza, że w skali rocznej niemieckie elektrownie węglowe emitują do atmosfery 7 ton rtęci. Niemcy stoją w Europie w szeregu razem z Polską i Grecją – czołówką niechlubnej listy najwyższych emisji rtęci – obliczyli naukowcy. Ból i zawroty głowy oraz nudności – tak ich zdaniem – objawia się toksyczne działanie rtęci na organizm ludzki, które w najgorszym przypadku może prowadzić nawet do zgonu. Rtęć wywołuje ogromne szkody w procesie dojrzewania mózgu płodu i małych dzieci. U dorosłych występuje niebezpieczeństwo uszkodzenia układu nerwowego. Eksperci nie są jeszcze zgodni co do tego, czy ten trujący metal ciężki jest także rakotwórczy.

Kolejny powód niechęci PiS do wiatraków wynika z pobudek politycznych. Lokalizacja siłowni wiatrowych spowodowała podziały społeczne. Na tych działkach, na których turbiny są zlokalizowane, ich właściciele otrzymują dochód w granicach 20 tys. zł. To dla rodziny rolniczej znaczący zastrzyk finansowy, a dla sąsiadów powód do zawiści. A ponieważ tych drugich jest więcej, więc stanowią łakomy kąsek dla PiS, który wszelkimi sposobami ciuła swój elektorat.

Jeden z wójtów, którego ostatnio spotkałem podczas moich dziennikarskich wędrówek po dawnym województwie pilskim, a który ma w swojej gminie dużą farmę wiatrową, zwrócił mi uwagę na finansowe korzyści decyzji, którą przed laty z trudem przeforsował w swojej gminie. Budowa farmy wiatrowej spowodowała wzrost dochodów jego gminy.

- Jednorazowo – wyliczył mi – za służebność przesyłu, firma zapłaciła 2,2 mln zł. Rokrocznie mamy 1,7 mln zł podatku od nieruchomości. To dla gminy olbrzymie pieniądze. W ten sposób zapewniliśmy sobie środki na wkład własny w fundusze unijne, na montaż kolektorów słonecznych. Nie musimy szkół zamykać ani nikogo zwalniać. Żeby ulżyć mieszkańcom, obniżyliśmy ceny wody i ścieków. Przymierzamy się do obniżenia podatków.

Wójt ten nie należy do PiS, nie jest członkiem żadnej partii. Zamiast jak Don Kichot walczyć z wiatrakami, potrafi je dobrze wykorzystać. Dla wspólnego dobra. Kieruje się bowiem rozumem i zdrowym rozsądkiem, a to dziś (zwłaszcza w rządzącej formacji) towar deficytowy.

Zbigniew Noska

Bat na chłopa

Tydzień temu pisałem o bublach legislacyjnych, które rząd Beaty Szydło przepchnął przez parlament i które w ten sposób stały się obowiązującym prawem. Ponieważ temat ten zainteresował moich czytelników, w tym – jak zawsze – również hejterów traktujących każdą decyzję PiS jak prawdę objawioną, dziś kilka słów o projektach ustaw „dobrej zmiany”, które wejdą w życie wkrótce, a także o pomysłach legislacyjnych, które przybierają coraz bardziej realne kształty.

W poprzednim felietonie pisałem o ustawie o obrocie ziemią rolną, która nie tylko sprzeczna jest z traktatem akcesyjnym, ale ma także lukę prawną pozwalającą łatwo ją obejść. Bardzo podobna do niej jest nowelizacja przepisów o lasach, która wprowadza podobne restrykcje, a co za tym idzie, także naraża Polskę na sankcje ze strony Brukseli. Proponowane w niej przepisy nie tylko dają Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych prawo pierwokupu prywatnych lasów, ale też możliwość zakwestionowania ustalonej przez prywatnych właścicieli kwoty transakcji. Gdy nadleśniczy uzna, że cena sprzedaży „rażąco odbiega od wartości rynkowej”, może wystąpić do sądu z wnioskiem o określenie ceny. Projekt nowelizacji pozwala łatwo te restrykcje obejść. W ogóle bowiem nie ogranicza obrotu udziałami lub akcjami w spółkach będących właścicielami gruntów leśnych.

Z kolei szykowana przez Ministerstwo Środowiska nowelizacja prawa wodnego może doprowadzić do bankructwa hodowli ryb w Polsce, Wszystko przez planowaną radykalną podwyżkę opłat za wodę, która ma nie tylko zmusić Polaków do oszczędzania wody, ale także przynieść budżetowi dodatkowe 4 mld zł wpływów. Autorzy projektu ustawy nie przewidzieli jednak skutków pobierania wysokich opłat za wodę od hodowców ryb.

Ziemowit Pirtań właściciel Gospodarstwa Rybackiego PSTRĄG TARNOWO koło Piły, a równocześnie członek zarządu Stowarzyszenie Producentów Ryb Łososiowatych ostrzega:

- Przeprowadziłem analizy ośmiu gospodarstw rybackich. Z moich wyliczeń wynika, że opłaty za wodę przekroczyłyby ich roczne przychody. Podkreślę: przychody, nie zyski. Kwoty opłat proponowane przez Ministerstwo Środowiska są absurdalne. (…) Rozumiemy, że rząd chce zacząć oszczędzać wodę. Tylko że gospodarstwa rybackie jej nie zużywają. Ona jest dla nas tylko miejscem bytowania. To mniej więcej tak, jakby od hodowcy bydła albo trzody chlewnej zacząć pobierać opłaty za powietrze, w którym zwierzęta się poruszają.(cytuję za portalem money.pl)

Posłom PiS nie podobają się obowiązujące w Polsce przepisy regulujące zasady budowy farm wiatrowych. Uznali je za zbyt liberalne i postanowili napisać ustawę, która jest tak restrykcyjna, że zagraża istnieniu całej branży energetyki wiatrowej w Polsce.

Autorzy projektu ustawy postanowili bowiem, że odległość pomiędzy elektrownią wiatrową a najbliższymi zabudowaniami mieszkalnymi (oraz obszarami cennymi przyrodniczo) ma wynosić co najmniej dziesięciokrotność całkowitej wysokości wiatraka. W praktyce oznacza to, że turbiny wiatrowe będzie można stawiać nie bliżej niż 1,5-2 km od domów.

Co istotne, zasada ta działałaby także w drugą stronę – domów mieszkalnych nie wolno byłoby budować w mniej niż 1,5 km od istniejących wiatraków. W przypadku wielu miejscowości ustawa zarówno zablokowałaby możliwość rozwoju energetyki wiatrowej, jak i poważnie ograniczyłaby możliwości budowy nowych domów mieszkalnych. Jeśli projekt ten wejdzie w życie, to z możliwości lokalizowania elektrowni wiatrowych wykluczone zostanie ponad 99 proc. powierzchni Polski.

*

Wszystkie te niezbyt mądre pomysły legislacyjne PiS dziwnym zbiegiem okoliczności uderzają w polską wieś zwłaszcza tę nowocześniejszą. Czyżby miały one być swoistym batem na światłych rolników z zachodniej Polski, którzy w przeciwieństwie do podkarpackich i tych z tzw. ściany wschodniej są mniej entuzjastycznie nastawieni do rządów PiS?

Zbigniew Noska

Buble prawne rządu PiS

Podczas kampanii wyborczej PiS obiecywało wprowadzenie nowej jakości rządzenia, a premier Beata Szydło w expose zapowiedziała „zmiany odnoszące się do procesu legislacyjnego, który trzeba zabezpieczyć przed błędami”. Od wyborów minęło kilka miesięcy, które szybko zweryfikowały te obiecanki. Znaczna część uchwalonych w tym czasie aktów prawnych ma wady Są – nazywając rzecz po imieniu – zwykłymi bublami. Dziennikarze portalu money.pl znaleźli aż jedenaście takich ustaw, ja w swoim felietonie, ze względu na jego ograniczoną objętość, powołam się na dwa przykłady.

Zacznę od ustawy, którą politycy PiS uważają za największy swój sukces – chodzi o program 500 plus.

Gdy państwo rozdaje obywatelom pieniądze, bardzo trudno jest tak skonstruować przepisy, by skutecznie wyeliminować różnego rodzaju nadużycia. Nic dziwnego więc, że program 500+, który ledwo ruszył, już rodzi różnego rodzaju patologie. Jak się okazuje w pewnych sytuacjach jednemu z rodziców opłaca się rzucić pracę, ponieważ więcej zyska, nabywając w ten sposób nie tylko prawo do świadczenia 500+, ale również prawo do świadczeń rodzinnych. Przy odrobinie szczęścia i dobrej znajomości przepisów, wybierający bezrobocie rodzic może także „załapać się” na zasiłek dla bezrobotnych.

Innym sposobem na otrzymywanie świadczenia na pierwsze dziecko jest obniżenie oficjalnej wysokości pensji. Z doniesień prasowych wynika, że część pracodawców spotkało się już z propozycjami pracowników, by obniżyć im pensje lub obciąć premie (czasem tylko na papierze), bo więcej zyskają dzięki dodatkowym 500 zł od państwa.

Innym skutkiem ubocznym programu 500+ jest wzmożone zainteresowanie rodziców porzuconymi przez siebie dziećmi, które znalazły się w domach dziecka. Teraz „pięćsetka” co miesiąc sprawiała, że osoby, które przez długi okres nawet nie kontaktowały się z dziećmi, chcą je wziąć pod swoje skrzydła. Trudno przypuszczać, że owi patologiczni rodzice zamierzali wykorzystać uzyskane w ten sposób pieniądze na dzieci.

Na kolejny problem z programem 500+ zwrócił uwagę „Dziennik Gazeta Prawna”. Okazało się, że pobieranie świadczenia z tego tytułu może być podstawą odmowy podwyżki alimentów – taki wyrok zapadł właśnie w sądzie w Rzeszowie.

Na szczęście zjawiska te zostały dostrzeżone przez urzędników PiS, a ministerstwo pracy przyznało w minionym tygodniu, że konieczne mogą okazać się zmiany w ustawie.

Lepiej późno niż wcale.

*

Na początku kwietnia Sejm przyjął ustawę o obrocie ziemią rolną, która w życie wejdzie 30 kwietnia. Ideą tych przepisów jest „ochrona polskiej ziemi przed niekontrolowanym wykupem”. O błędach tej ustawy pisałem już kilkakrotnie. teraz okazuje się, że miałem rację.

Ustawa – przypomnę – ingeruje w prywatny obrót ziemią rolną, ograniczając grono potencjalnych nabywców do rolników indywidualnych. Co więcej, taki rolnik musi od przynajmniej 5 lat zamieszkiwać w gminie, gdzie jest położona co najmniej jedna działka jego gospodarstwa. Przepisy odnoszą się do działek o powierzchni przekraczających 0,3 ha, a prawo pierwokupu ziemi będzie mieć Agencja Nieruchomości Rolnych. Spod rygorów ustawy wyłączone są kościoły i związki wyznaniowe.

Główny problem z tą ustawą polega na tym, że jest sprzeczna z prawem unijnym i w sposób ewidentny łamie podpisane przez Polskę ustalenia traktatu akcesyjnego. Wchodząc do Unii, Polska wynegocjowała 12-letnie moratorium na zakup ziemi przez obcokrajowców, które wygasa 1 maja br. Oznacza to, że zgodnie z umową, obywatele innych krajów mieli z tą datą otrzymać równe prawa w kwestii obrotu ziemią rolną. Eksperci ostrzegają, że Polsce za złamanie traktatu akcesyjnego może grozić nawet utrata unijnych dotacji.

Ustawa o obrocie ziemią ma też lukę prawną, która w dużym stopniu podważa jej sens. Jak zauważył prof. Maciej Gutowski z UAM w Poznaniu, przepisy ograniczające obrót ziemią z łatwością będą mogły obchodzić spółki prawa handlowego. Wprawdzie ustawa nakłada ograniczenia na podmioty posiadające ziemię, ale ustawodawca nie przewidział sytuacji, w której większościowe udziały w takiej spółce nabywa inna spółka, przejmując także należącą do niej ziemię rolną. Wtedy nabycie udziałów spółki-matki będzie oznaczało także zakup ziemi rolnej spółki-córki – poza kontrolą Agencji Nieruchomości Rolnych.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni posłowie PiS – demonstrując arogancję wobec prawa – przegłosowali ustawy z oczywistymi błędami i lukami prawnymi.

Zbigniew Noska