Podatkowa klapa

Stało się tak jak przewidywali eksperci. PiS zafundowało Polsce kolejny kłopot. Komisja Europejska nakazała wyrzucić podatek handlowy do kosza. Ma bowiem zastrzeżenia do zróżnicowanych stawek podatku i kwoty wolnej od podatku. Ustawa stawia w uprzywilejowanej pozycji mniejsze sklepy, a większe i supermarkety muszą płacić wyższe podatki, co jest niezgodne z unijnymi traktatami.

Rząd skulił ogon pod siebie i zawiesił podatek handlowy. Od 1 stycznia 2017 roku ma zacząć obowiązywać nowy, już zgodny z unijnymi przepisami. Były już minister finansów przyznał, że rząd spodziewał się takiej decyzji i miał już odpowiedź. Pozostaje zatem pytanie: Po co ta cała awantura?

Moim zdaniem chodziło o kolejny pretekst, by zaatakować UE. I rzeczywiście politycy PiS zaczęli wygrażać KE za to, że posłuchała lobbystów supermarketów i że rząd zaskarży decyzję do Trybunału w Luksemburgu. Taka retoryka na pewno trafi do wyborców PiS i jeszcze bardziej zwiększy ich eurosceptycyzm, ale na decyzję KE wpływu mieć nie będzie.

Co zatem zrobi rząd Beaty Szydło? Po klęsce „godnościowej” polityki zagranicznej PiS, politycy tej partii ostatnio co innego mówią w kraju a co innego na unijnych salonach. Zrozumieli wreszcie, że obrażanie unijnych urzędników prowadzi prostą drogą do „przykręcanie Polsce śruby” i spokornieli.

*

Nie tylko brak pieniędzy z podatku od sieci handlowych będzie dla rządu problemem. Resort finansów przeliczył się także w kwestii podatku bankowego. Z jego tytułu instytucje finansowe zapłacą w tym roku o około 1,5 mld zł mniej niż zakładano. Przynajmniej trzy czynniki miały na to wpływ. Po pierwsze, trzy duże instytucje finansowe (BPH, BOŚ, Getin Noble Bank) są obecnie w trakcie programów naprawczych, a to oznacza, że podatku bankowego płacić nie muszą. Po drugie, rząd nie docenił kłopotów banków z kredytami frankowymi. Z tego powodu aktywa banków nie rosną w przewidywanym tempie, a to od ich poziomu jest liczony podatek bankowy. Po trzecie wreszcie banki wykorzystały furtkę, którą stworzył im rząd. Zmniejszają należny podatek, kupując obligacje Skarbu Państwa. Jak podaje Komisja Nadzoru Finansowego, od grudnia ubiegłego roku do końca maja 2016 roku wartość obligacji skarbowych, zgromadzonych przez banki, skoczyła aż o jedną trzecią.

*

Pomimo niespodzianek z podatkami handlowym i bankowym nie ma obaw o to, że w tegorocznym budżecie zabraknie pieniędzy na realizację rządowych wydatków, wśród których kluczowy jest program „Rodzina 500+. Prawdziwym sprawdzianem dla ministra finansów będzie dopiero 2017 rok, gdy w budżecie nie będzie pieniędzy pozostawionych przez poprzedni rząd – dużych jednorazowych wpływów z aukcji LTE (9,2 mld zł) i wypłaty zysku NBP (7,86 mld zł).

Zbigniew Noska

Program10+

Najmłodszym (choć nie wszystkim) Polakom rząd zafundował program 500+. Najstarszych usiłuje przekupić podwyżkami, które na zasadzie analogii nazwałem 10+.

Kilka dni temu Minister Rafalska zapowiedziała zmiany w wysokości rent i emerytur. Za dwa lata waloryzacja mieszana ma zastąpić procentową. Chodzi o to, by skończyć ze śmiesznymi, kilkuzłotowymi podwyżkami. Od 2018 roku świadczenia miałyby rosnąć według obecnego wzoru – zakłada on wzrost o wskaźnik inflacji plus 20 proc. realnego zwiększenia płac – ale podwyżka ta nie mogłaby być mniejsza niż 10 zł miesięcznie. Co roku wysokość takiej minimalnej kwoty miałaby być negocjowana w Radzie Dialogu Społecznego.

Celem nowego rozwiązania jest zagwarantowanie, by nie było już kilkuzłotowych podwyżek najniższych świadczeń. Pojawiły się one w ostatnich latach, gdy inflacja zamieniła się w deflację. Minimalną kwotą 10 zł zostaną objęci tylko ci emeryci i renciści, których świadczenia nie przewyższają kwoty 1369 zł.

Ile renciści i emeryci skorzystają na tym w praktyce? Jak wynika z prognoz waloryzacja wyniesie w przyszłym roku 0,88 proc. A to oznacza, że najniższa emerytura wzrośnie o 7 zł. Gdyby program 10+ działał już za rok, wówczas podwyżka najniższej emerytury wyniosłaby 10 zł. A więc 3 złotych więcej. To kpina.

Natomiast rząd nie żałuje pieniędzy dla pracujących najgorzej i najkrócej. Minister Rafalska zapowiedziała, że od marca przyszłego roku, „wysokość najniższej emerytury z obecnej kwoty 882,56 zostanie podniesiona do 1000 zł. Renta socjalna z 741,35 zł do kwoty 840 zł, a renty z tytułu częściowej niezdolności pracy z 676,75 do kwoty 750 zł”.

Zmiany te obejmą także rolników – co uznać należy za trafną decyzję. Również w KRUS wysokość najniższej emerytury i renty wyniesie 1000 złotych. Zgodnie z założeniami rządu w KRUS zostanie wprowadzony mechanizm waloryzacji analogiczny jak obowiązuje w systemie powszechnym.

*

Nowy pomysł będzie dotkliwy dla finansów publicznych. W ZUS, KRUS i systemie służb mundurowych jest łącznie prawie 9 mln emerytów i rencistów. Podwyżki dla nich wyliczane według nowego wzoru podbijają roczne wydatki budżetu o co najmniej miliard złotych. Natomiast wydatki na 2017 głównie z tytułu kosztów podwyżek najniższych rent i emerytur wyniosą 2 mld 600 mln zł.

Za dobre serce rządu zapłacą więc podatnicy ciężko pracujący i w miarę dobrze zarabiający. Jak każdy populistyczno – socjalny rząd ekipa Beaty Szydło bawi się w Janosika. Ciekawe jak wobec kolejnych obciążeń budżetu zrealizowana zostanie obietnica PiS o powrocie do „starego” wieku emerytalnego.( 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn). Decyzja taka oznaczałaby odejście z czynnego życia zawodowego blisko półtora miliona ludzi (ok. 10 proc zatrudnionych). Polski podatnik juz temu nie podoła, więc kto za to zapłaci?

Zbigniew Noska

Smoleńskie odszkodowania

Do 10 kwietnia 2013 roku Skarb Państwa wypłacił rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej odszkodowania, których łączna wysokość osiągnęła poziom 67,5 mln złotych.

Skarb Państwa reprezentowany wtedy przez Piotra Rodkiewicza, pełniącego obowiązki prezesa Prokuratorii Generalnej podpisał ugody z 270 członkami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Każdy z uprawnionych do otrzymania świadczenia (wyłącznie rodzice, współmałżonek oraz dzieci) otrzymał tyle samo – po 250 tys. zł. Na wypłatę pieniędzy państwo miało 30 dni od podpisania ugody. Bliscy mieli trzy lata na zgłoszenie się po zadośćuczynienie licząc od dnia, w którym dowiedzieli się o katastrofie. Państwo uznało, że stało się to w dniu tragedii, a okres trzech lat był wystarczający i powszechnie znany.

- Co jeśli ktoś zgłosi się po 10 kwietnia 2013 roku? zapytała na kilka dni przed upływem terminu Anna Dąbrowska dziennikarka Polityki

- Ministerstwo Obrony odpowiedzialne za podejmowanie decyzji w tej sprawie nie będzie miało podstaw do uznania tego roszczenia, ale poszkodowani będą mogli jeszcze pozwać Skarb Państwa do sądu. Roszczenie stanie się jednak moim zdaniem przedawnione i sąd w przypadku zgłoszenia takiego zarzutu będzie musiał go uwzględnić i powództwo oddalić – odpowiedział jej wspomniany już tu Piotr Rodkiewicz.

*

Sytuacja zmieniła się po dojściu do władzy PiS i objęciu resortu przez Antoniego Macierewicza. Od kilku miesięcy do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście wpływają pisma krewnych ofiar katastrofy smoleńskiej. Rodziny wzywają w nich Ministerstwo Obrony Narodowej do zawarcia nowych ugód. Niektórzy z nich swe roszczenia uzasadniają pojawieniem się „nowych okoliczności w sprawie”. A tą nową okolicznością – jak twierdzi część rodzin – jest powołanie przez Antoniego Macierewicza podkomisji, która bada przebieg i przyczyny tragedii w Smoleńsku.

O sprawie napisał portal OKO.press, który wymienia nazwiska i kwoty. Z informacji zebranych przez ten portal wynika, że Magdalena Merta – wdowa po wiceministrze kultury Tomaszu Mercie – wnioskuje o 2 mln zł odszkodowania. Tłumaczy, że jej mąż w chwili katastrofy „był w pełni zdrowy i aktywny”, miał 44 lata. Mógł pracować więc jeszcze co najmniej dwie dekady. Rocznie zarabiał 190 tys. zł.

Z kolei Zuzanna Kurtyka domaga się pół miliona złotych – z odsetkami od 10 kwietnia 2010 r. Wdowa po Januszu Kurtyce – byłym szefie IPN – tłumaczy m.in., iż po śmierci męża „znacznie pogorszyła się jej sytuacja życiowa”. Oprócz Zuzanny Kurtyki osobne wnioski o odszkodowanie wnieśli jej synowie – Krzysztof (chce 450 tys. zł) i Paweł (350 tys.)

Katarzyna Mikke, córka Stanisława Mikke, wiceprzewodniczącego Rady Pamięci Walk i Męczeństwa, ubiega się o pół miliona odszkodowania. Tomasz Komorowski – syn dyplomaty i wiceszefa MON Stanisława Komorowskiego – wystąpił o 1 mln zł rekompensaty.

OKO.press pisze, że „zadośćuczynienie wypłacono już bratu Bożeny Momontowicz-Łojek, przewodniczącej Federacji Rodzin Katyńskich, który uzasadniał, że „bardzo silnie odczuł śmierć siostry” z którą „wspólnie omawiali i rozważali sprawy rodzinne” i „która tworzyła rodzinną atmosferę”. Ubiegał się o 500 tys. zł. Wypłacono mu 150 tys. zł.”

Antoni Macierewicz rodzin smoleńskich w potrzebie opuszczać nie zamierza. Pełnomocnik resortu obrony podpisał kilkanaście dni temu ugody z dwoma kolejnymi osobami, które domagały się zadośćuczynienia za śmierć bliskich. Mąż zmarłej senator PiS Joanny Fetlińskiej-Włodzimierz i jej syn żądali od resortu po 750 tys. zł (państwo wypłaci im po 200 tys.).

Jak informuje portal Fakt24 MON zamierza zawrzeć porozumienia z krewnymi ofiar, którzy wcześniej nie otrzymali zadośćuczynień – rodzeństwem i wnukami zmarłych w Smoleńsku.

*

Jak skomentować tę kolejną falę roszczeń smoleńskich? Jeden z Internautów ujął to tak: „Śmierć czeka na każdego z nas, ale na niektórych czeka w bardziej sprzyjających okolicznościach.”

Zbigniew Noska

Cena za wojnę z Unią

Rząd PiS, który ma wyczulony słuch na pomruki społecznego niezadowolenia, tym razem ogłuchł. Nie reaguje na głosy niezadowolenia dochodzące ze wsi – swego partyjnego bastionu. Czyżby liczył na to, że jego niezawodni pomocnicy – proboszczowie potrafią spacyfikować niezadowolenie chłopów?

Wskaźniki ekonomiczne pokazują, że polską wieś czekają trudne czasy. Niektórzy eksperci wieszczą nawet, że rolnictwo polskie stoi w obliczu kryzysu.

Oto kilka faktów, które zapowiadają „dobrą zmianę” w polskim rolnictwie. 46 mln euro kary muszą zapłacić Brukseli polscy producenci mleka za nadprodukcję. Za pięć miesięcy nasi plantatorzy stracą dopłaty do uprawy malin. Unia radykalnie ograniczy też dofinansowanie do produkcji pomidorów, a hodowcy dostaną wsparcie jedynie na 20 sztuk bydła. Są małe szanse aby Unia odstąpiła od tych decyzji tym bardziej, że PiS miast negocjować obraża publicznie z byle okazji brukselskich urzędników.

*

W związku z „klęską urodzaju” dramatycznie spadają ceny płodów rolnych. Przykładem cena żyta – w skupie to dziś jedynie 400 zł za tonę. Dla porównania za sam pokos rolnik musi zapłacić 300 zł za hektar. Zboża już jest za dużo, a magazyny są pełne ubiegłorocznych zbiorów. Szacowane zbiory zbóż w Polsce w tym roku to 30 mln ton.

Ceny spadają nie tylko przez prognozy wysokich zbiorów w kraju, ale także w regionie Basenu Morza Czarnego. Na polskim rynku pojawia się więc dużo taniego ziarna z Ukrainy dostarczanego w ramach bezcłowego kontyngentu do Unii Europejskiej.

„Klęska urodzaju” dotknęła także rynku warzyw i owoców. Ich ceny spadły miesiąc do miesiąca o prawie 12 proc. Wiśnie już teraz kosztują 1 zł za kg przy kosztach produkcji sięgających około 2 zł. Podobne problemy mają również plantatorzy malin czy jagód. Nie inaczej jest z jabłkami. Wciąż nie udało się zrównoważyć eksportu jabłek. Pomimo reeksportu przez Białoruś, zagospodarowaliśmy ledwie 20 proc. utraconego rynku w wyniku rosyjskiego embarga.

*

Sytuacja rolników jest coraz gorsza, a rząd nie robi nic. Przedstawiciele PiS – gdy byli w opozycji – wielokrotnie mówili o potrzebie wprowadzenia cen minimalnych, krytykowali ówczesny rząd za brak interwencyjnego skupu. Dlaczego teraz, kiedy rządzą, tego nie robią?

Bo nie pozwalają na to przepisy unijne. Jak się było w opozycji, można było okłamywać rolników – teraz trzeba ponosić konsekwencje tych kłamstw.

Pisowskie ministerstwo rolnictwa ma wyjątkowo złe notowania w Brukseli (podobnie było dziesięć lat temu, gdy kierował nim Krzysztof Jurgiel – ten sam co dziś minister rolnictwa) Jego przedstawiciele nie potrafili w Brukseli uzasadnić konieczności dalszego prowadzenia dopłat na obecnym poziomie, dlatego, jak informuje PSL, ministerstwo rolnictwa musiało przyznać się do porażki i 1 sierpnia zgłosić do Komisji Europejskiej zmiany w systemie płatności związane z produkcją na lata 2017-2020.

- To, co PSL wywalczyło z tak wielkim trudem, rząd PiS, przez swój brak kompetencji niszczy. To katastrofa dla całych sektorów w rolnictwie, tragedia dla tysięcy rolników. Jeszcze nikt, nigdy w tak krótkim czasie nie zniszczył tak wiele. Na jakie ustępstwa wobec Brukseli pójdzie jeszcze rząd? – grzmi prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

*

Trudno nie przyznać mu racji. Dopłaty do produkcji stosowane są w Polsce od 2015 r. i przysługują one do bydła, krów, owiec, kóz, roślin wysokobiałkowych, chmielu, ziemniaków skrobiowych, buraków cukrowych, pomidorów, owoców miękkich, lnu oraz konopi włóknistych.

Obecnie Bruksela przy biernej postawie Warszawy sukcesywnie się z nich wycofuje. Zdaniem lidera PSL w ten sposób polscy rolnicy drogo płacą za wojnę PiS z UE.

Zbigniew Noska

Tego nikt się nie spodziewał

Drugie półrocze rozpoczęło się zapaścią w budownictwie i spadkowymi tendencjami w przemyśle. „Dobra zmiana” tych gałęzi gospodarczych nie oczarowała, a program 500+, poza sklepami monopolowymi, nie okazał się zbyt widoczny w zakupach Polaków.

Ocena ta jest całkowitym zaprzeczeniem niedawnych jeszcze optymistycznych prognoz rządowych, które, mówiły o silnym przyspieszeniu w trzecim kwartale br. Rząd zapowiadał wzrost rocznego PKB na poziomie 3,8 proc, obecnie skorygował go do 3,5 proc, choć większość ekspertów uważa i tę liczbę za znacznie przesadzoną.

Nie za bardzo spełniły się też nadzieje związane z realizacją programu 500+. Zwiększony ruch w supermarketach nie miał większego odbicia we wskaźnikach. Wypłacone w lipcu pieniądze z programu 500+ spowodowały ledwo 2-procentowy wzrost sprzedaży detalicznej.

Ekonomiści pocieszają, że na razie nie należy popadać w zwątpienie. Do końca roku szeroka struga kasy popłynie jeszcze do polskich rodzin. Mówią, że konsumpcja nie powinna zwolnić, bo ona jest głównym motorem wzrostu w kolejnych kwartałach.

Bardzo źle natomiast się stało, że załamała się w pierwszym półroczu 2016 produkcja przemysłowa. Spodziewano się 1-procentowego wzrostu, a eksperci mówią o prawie 3,5-procentowym spadku. Nie zachwycają też ekonomistów wyniki eksportowe, co jest bardzo złym sygnałem, gdyż ich część spodziewa się w ogóle gorszej koniunktury w Europie.

Jakby tego było mało, bardzo złe informacje napływają z sektora budownictwa, gdzie produkcja nie tylko spada i to nie tylko w tempie dwucyfrowym, ale ten spadek z miesiąca na miesiąc się pogłębia. W lipcu wyniósł już 18,8 proc. Jest to efekt braku inwestycji i zastój w programach unijnych, finansowanych z nowej perspektywy. Zdaniem wicepremiera Mateusza Morawieckiego jest to wina poprzedników, bo nie przygotowali „płynnego przejścia” do nowej perspektywy. Według opinii profesora Belki jest to efekt obaw działaczy gospodarczych zwłaszcza samorządowych przed represyjnymi działaniami CBA, które wszędzie (a w samorządach niepisowskich przede wszystkim) węszą złodziejstwo. Strach przed represjami ogranicza kreatywność. W efekcie można spodziewać się dalszego spadku inwestycji w Polsce.

*

Zadziwia mnie to, że media uznające za swą misję objaśnianie w przystępny sposób mechanizmów ekonomicznych, milczą na temat przyczyn zapaści w przemyśle i budownictwie. Wobec tego ja spróbuję je wyjaśnić choć niechętnie, bo nie jestem ekonomistą. Dlatego posłużę się konkretnymi przykładami.

Każdy nawet minimalnie zorientowany w polityce Polak słyszał, że minister Macierewicz wstrzymał realizację kontraktu na bojowe śmigłowce transportowe typu Caracal dla naszej armii. Za to już nie każdy wie (bo „media narodowe” o tym nie informowały), że ów minister wstrzymał realizację wszystkich przetargów dla armii. Większość z nich miały realizować polskie firmy.

To jednak nie wszystko. Jedynie pracownicy wysokiego szczebla dużych i uznanych firm zdają sobie sprawę z tego, że przy każdej zmianie władzy następuje lekkie opóźnienie w prowadzonych przetargach – z oczywistego powodu – nikt nie chce brać na swoje barki odpowiedzialności za decyzje poprzedników. Nikt nie wybierze w ciemno zwycięzcy przetargu. W wypadku ostatniej zmiany rządzących zwyczaj ten został jednak rozdęty do paranoicznego zatrzymania wszelkich procedur przetargowych, bowiem ludzie Kaczyńskiego z założenia wszystko, co nie wyszło z ręki PiS traktują jak przestępstwo, w którym nie chcą uczestniczyć.

Na kolejny powód kłopotów polskiej gospodarki otworzył mi oczy mój znajomy, który prowadzi dużą firmę w Niemczech.

- Chciałem – opowiadał mi – zainwestować w Polsce. Wybudować tu filię, ale zrezygnowałem. Dlaczego? Bo chciałbym aby moja firma zaczęła jak najszybciej zarabiać. A w pisowskiej Polsce jest tak, że byle urzędas może odwołać przetarg, bo jakiemuś politykowi się coś przyśniło. Mając do wyboru kilka innych europejskich lokalizacji, zainwestowałem na Słowacji. Tam inwestycje zagraniczne przyjmowane są z pocałowaniem ręki. Polacy natomiast od pewnego czasu kopią po kostkach inwestorów zagranicznych, bo zaślepieni zawiścią, programowo atakują każdego, kto potrafi zarobić pieniądze, a nie ukraść drugiemu.

Z bólem serca wysłuchałem mojego znajomego, bo zrozumiałem, że nawet Polacy nie chcą inwestować w Polsce. I to z naszej winy.

Zbigniew Noska