Już zapomniałem

Epatowanie śmiercią to dziś ulubiona metoda mediów walczących z sobą o czytelnika i …. kasę. Dotyczy to niestety także mediów regionalnych i lokalnych, co dowodzi – delikatnie rzecz nazywając – braku empatii wobec rodziny zmarłego.

W minionym tygodniu takim pilskim „newsem” stał się dramat w Ujściu, gdzie podczas Forum Rolniczego Powiatu dostał ataku serca jeden z jego uczestników. Wszyscy potracili głowę. Na szczęście na sali znalazł się były oficer policji, z którym udało mi się skontaktować, a który tak opisał całą sytuację.

– Gdy człowiek ten upadł na scenie, wtedy podbiegły do niego 2-3 kobiety, które próbowały go cucić. Ja natychmiast podszedłem do leżącego, który oddychał z trudem, – leżał na plecach, po kilku sekundach przestał oddychać, sprawdziłem mu puls, którego nie mogłem wyczuć, w związku z czym rozpocząłem masaż serca. Osoby, które obserwowały moje zabiegi „doradzały mi”, żeby podnieść nogi, to krew spłynie do mózgu i go ocuci” Po około 15-20 uciśnięciach zaczął oddychać. W tym momencie podbiegł do mnie mężczyzna, jak się potem okazało – sadownik z Pobórki Wielkiej i pomógł mi zająć się tym mężczyzną. Udrożnił drogi oddechowe. Leżący znowu odzyskał oddech, ale brak było z nim kontaktu, był nieprzytomny. Położyliśmy go w pozycji bocznej, ale po kilku chwilach znów przestał oddychać. Rozpoczęliśmy masaż serca, Po kilkunastu uciskach znów zaczął oddychać i wówczas przybyli ratownicy medyczni. Na sali znajdowali się ponoć wykształceni i światli obywatele naszego powiatu, ale nikt z nich nie podszedł, by pomóc, tylko stali jak sparaliżowani.

To ostatnie zdanie sprawiło, że wbrew zastrzeżeniom, od których rozpocząłem mój komentarz, przytoczyłem słowa policjanta. Nie było w nich pretensji wobec innych świadków wydarzenia, lecz gorzka refleksja na temat niewiedzy i braku umiejętności zachowania się w krytycznej sytuacji.

Zapytałem kilkunastu młodych ludzi – uczniów naszych podstawówek, czy potrafiliby udzielić pierwszej pomocy, czy mieli jakieś zajęcia praktyczne na ten temat. Tylko jeden z nich odpowiedział mi, że na wf nauczyciel wyświetlił im film na ten temat.

– Czy ćwiczyliście sztuczne oddychanie na manekinach? – indagowałem dalej.

– Nie, ale mieliśmy sprawdzian z tego tematu.

– To pokaż mi, jak to się robi?

– To było kilka tygodni temu. Już zapomniałem.

A na polskim podwórku…

Dramat Ukrainy na krótką chwile uciszył polskie swary. Prezes Kaczyński nie poszedł wprawdzie na spotkanie do premiera, podczas którego omawiano polską politykę wobec kryzysu na Ukrainie, ale poparł jego wystąpienie w sejmie, a nawet klaskał Tuskowi, co wywołało zachwyt mediów. Nie trwało to jednak długo. Ledwo Sikorski wrócił z Ukrainy natychmiast został zaatakowany przez prezesa. „Chciałbym wiedzieć w czyim imieniu Radosław Sikorski formułował dzisiejsze groźby wobec przedstawicieli Majdanu? – skomentował kijowskie negocjacje z charakterystycznym dla siebie wdziękiem w TV Republika. A na sugestie, że Sikorskiemu należy się Nobel za dyplomatyczne wynegocjowanie porozumienia, Kaczyński z rozbrajającą szczerością stwierdził: „Nie wszyscy są za Pokojową Nagrodą Nobla dla Radosława Sikorskiego”.

Ta zmiana kursu prezesa, stała się sygnałem dla pisowskich kundelków, które powyłaziły z dziur by judzić i opowiadać głupstwa.

 *

Palma pierwszeństwa w tym względzie należy się Pawłowi Kukizowi, który portalowi Fronda udzielił takiej oto wypowiedzi:

„Mówiąc w wielkim skrócie to, co teraz dzieje się na Ukrainie, jest konsekwencją oszukania Ukrainy, Ukraińców przez Niemców. Sprawa polega na tym, że od 10 lat Niemcy, czyli Unia, bo właściwie wiodącą rolę sprawują w niej Niemcy, wzbudzała na Ukrainie nadzieję na przyłączenie jej do Unii Europejskiej, wyrwanie spod wpływów moskiewskich. Potem zorganizowano Euro. Już większej nadziei dać nie można. Po czym kiedy Niemcy ugrały gaz z Rosją oddały, najnormalniej w świecie, Rosji Ukrainę. Za chwileczkę, kiedy skończy się wyż demograficzny, który zapewnia Niemcom spokojny byt, dostarczając im tanią siłę roboczą z Polski, Niemcy zrobią z Polską to samo. Proszę nie brać tego jako teorii spiskowej, tylko proszę spojrzeć na fakty. Niemcy przyjęły nas do Unii Europejskiej przede wszystkim z tego względu, że oddalamy ich od Moskwy terytorialnie. A po drugie z tego względu, że dysponowaliśmy dużym wyżem demograficznym. Dzięki temu teraz Merkel może obniżać wiek emerytalny w Niemczech (u nas jest podwyższany), bo ma tanią siłę roboczą z Polski. W tej chwili my jesteśmy w niżu demograficznym, w związku z czym nie będziemy już Niemcom dostarczać taniej siły roboczej. Tania siła robocza skończy się za 15 lat. Za 15 lat sprzedadzą nas Ruskim, jak dziś sprzedali Ukrainę. Kiedyś Niemcy zagazowywali ludzi, a w tej chwili Niemcy za gaz pozwalają mordować ludzi.”

Efektowne zakończenie chorej intelektualnie teorii, którą nawet skomentować trudno. Zamiast więc dalej rozwodzić się nad nią spuentuję ją przysłowiem osmańskiego anonimowego autora „Bezmyślne usta otwierają się bez klucza.”

 *

Wydawałoby się, że nikt głupotą Kukiza w tym tygodniu nie przebije. A jednak? Niejaki Jakub Kowalski publicysta „Rzeczpospolitej” swój artykuł na temat Kamila Stocha, (w którym zachwyca się patriotyzmem religijnością oraz rzekomo antyrosyjskimi fobiami naszego mistrza olimpijskiego) kończy w ten sposób

„I jakaż to miła odmiana po Adamie Małyszu, luteraninie bez charyzmy, którego wiara nigdy nie pchała do zwierzeń. O polityce też raczej nie mówił, aż do czasu, gdy niedawno wypalił, że jest już zmęczony ciągłymi wyjaśnieniami przyczyn katastrofy w Smoleńsku i szukaniem winnych; to dla niego śmieszne, że Jarosław Kaczyński kwiaty składa w Warszawie pod Pałacem Prezydenckim, a nie w Krakowie, bo przecież jego brat i bratowa leżą na Wawelu; ale najbardziej niezrozumiałe jest zachowanie Marty Kaczyńskiej, która nie chciała pochować rodziców bliżej siebie, no i jak ma teraz odwiedzać ich grób?”

Jak można skomentować tak niemądre i krzywdzące opinie o Małyszu, którym do niedawna jeszcze zachwycała się cała Polska? Tym razem, jak autor tego artykułu, uderzę w tony religijne, cytując epigramat Marka Monikowskiego

„Jak na spowiedzi mówię, mówię prawdę świętą,
Odkryłem największą pomyłkę ludzkości
Wszystkie mądrości w księgach zamknięto
Głupota pozostała na wolności.”

Matrix po pilsku

Piła błyszczy jak paw strojna w nowe obwodnice, ronda, chodniki z kolorowego polbruku oraz apartamentowce dla nowobogackich Uwodzi krzykliwymi reklamami i pełnymi półkami supermarketów. Odurza muzyką dochodzącą z licznych w mieście pubów, gdzie piwo leje się strumieniami.

Wystarczy jednak trochę poskrobać, zajrzeć do statystyki aby spod cienkiej powłoki blichtru wylazła rzeczywistość.

Liczby mają tę zaletę, że są bezpartyjne i nie kłamią. Przyjrzyjmy się zatem kilku z nich

 Liczba mieszkańców Piły w 1975 roku w momencie podniesienia jej do rangi województwa wynosiła 47 549 mieszkańców, by do końca 1998 roku wzrosnąć o 29 tysięcy (do 76 849 mieszkańców w 1998 roku). Potem, po likwidacji województwa, nastąpił regres, pierwszy w powojennej historii miasta. Z Piły uciekło do innych miast lub wyemigrowało kilka tysięcy głównie młodych ludzi. Dziś pilan jest już tylko 73 242 (według danych z ubiegłego roku), a więc o 3,6 tysiąca mniej niż przed kilkunastu laty. A i tak nie starcza dla nich pracy, chleba i mieszkań.

Nawet patologiczny przeciwnik PRL-u musi przyznać, że w 500 – letniej historii miasta wojewódzka Piła a zwłaszcza jej pierwsze pięciolecie (tak zwane lata gierkowskie) były okresem niebywałego rozwoju. W mieście zrealizowano wtedy inwestycje, które zaowocowały tysiącami nowych miejsc pracy. Dokładnie było ich 20 tysięcy, co dla dzisiejszych pilan jest liczbą niewyobrażalną. Ciągle brakowało wtedy mieszkań, choć wybudowano ich aż 11 tysięcy. Pilskie tempo było powszechnie znane w Polsce. Budziło wielkie zainteresowanie oraz … sporo zazdrości.

 Po 1989 roku wraz z kapitalizmem zawitała do Piły bieda i bezrobocie. Z mapy miasta zniknęły liczne zakłady pracy, praktycznie zlikwidowano szkolnictwo zawodowe i wyprowadzono jednostki wojskowe. Miasto opuściło blisko dwa tysiące żołnierskich rodzin.

Dzisiejsza Piła żyje w Matriksie. Z pozoru ładna i nowoczesna trawiona jest poważnymi chorobami, na które władza nie może znaleźć lekarstwa. Najważniejszymi z nich są bezrobocie, kiepska opieka lekarska i olbrzymie rozwarstwienie społeczne.

Kapitalizm ma tę zaletę – opowiadał mi kiedyś pewien znajomy ekonomista entuzjasta tego ustroju – że pozwala się ludziom bogacić. Zapomniał dodać, że co dziesiątemu.

Parytety i suwaki

Mąż i żona postanowili sprawdzić solidarność swych przyjaciół. Najpierw mąż zadzwonił do dziesięciu najlepszych przyjaciółek swojej żony z pytaniem:

-Wczoraj wieczorem moja żona gdzieś wyszła, nie mówiąc dokąd. Czy była u Ciebie? Wszystkie przyjaciółki żony odpowiedziały w ten sam sposób. – Nie, u nas jej nie było.

Następnie żona zadzwoniła z podobnym pytaniem do dziesięciu najlepszych kumpli męża: – Wczoraj mój mąż gdzieś się zawieruszył wieczorem. Czy był u Ciebie? Ośmiu na dziesięciu kolegów męża zapewniło ją, że był, a dwóch stwierdziło, że jeszcze nie wyszedł i ogląda z nim mecz w TV.

 Tę anegdotę trącącą nieco myszką usłyszałem kilka dni temu na pewnym spotkaniu politycznym, podczas którego omawiano parytety i tak zwane „suwaki” związane z listami wyborczymi. Mniej zorientowanym w polityce wyjaśniam, że mają one służyć zwiększeniu udziału kobiet w życiu politycznym naszego kraju.

 Wszystkie badania dość zgodnie wskazują na to, że kobiety na ogół głosują na mężczyzn. Nie kierują się solidarnością płci zawłaszcza wtedy, gdy kandydatki z list wyborczych są młode i ładne. Boleśnie przekonały się o tym „pisowskie” aniołki, pokazywane ochoczo w czasie ostatniej kampanii wyborczej do parlamentu, a potem pozostawione na lodzie, kiedy już minął czas ocieplania wizerunku partii. Żadna z nich nie zdobyła mandatu – nawet ta podobna do Angeliki Joli.

 Tak więc przekonanie o tym, że poprzez umieszczenie kobiet na „biorących” miejscach list wyborczych pozyska się tak zwany „elektorat kobiecy” jest mitem, w który nikt nie wierzy. Mimo to politycy – zwłaszcza lewicowi i liberalni – publicznie tym się chełpią. Dlaczego? Bo tego chcą wpływowe feministki, bo tego wymaga pusta demonstracja postępowości i liberalizmu czyli tak zwana poprawność polityczna,

W twierdzeniu jakoby Polki nie marzyły o niczym innym, niż o uczestniczeniu w polityce jest tyle samo prawdy, co w popularnych przesądach, wedle których „Niemcy są sztywni i przy jedzeniu zdarza im się nie trzymać wiatrów, Rosjanie i Polacy – wiadomo – piją i nie stronią od kradzieży. Piją też (na smutno) Finowie i w ogóle cała Skandynawia. Węgrzy to naród pogryzających smętnie paprykę samobójców. Francuzi są lekkomyślnymi tchórzami, upaleni Holendrzy kopulują w parkach z okazji dnia urodzin królowej, a Włosi jeżdżą na północną stronę Alp na podryw, bo u siebie są nieudacznikami i mieszkają u swych wąsatych mam”. (Ten zabawny tekst znalazłem w Internecie, a jego autorem jest Ziemowit Szczerek.)

*

Feministki oraz umizgujące się do nich partie polityczne walczą o wprowadzenie takich zapisów ustawowych i wprowadzenie takich zasad, które w sposób obligatoryjny zabezpieczałyby udział pań na listach wyborczych, w zarządach spółek i .. diabli wiedzą gdzie jeszcze.

Jest to żądanie głupie i na dodatek niedemokratyczne. Wynika z niego absurdalny wniosek, że mężczyźni blokują kobietom dostęp do tego, aby spełniły swe marzenia o karierze, że istnieje jakiś szowinistyczny męski spisek przeciwko nim. Gdyby tak było, to gdzie są przepisy, które rzecz regulują niekorzystnie dla pań? Fakt, że ich nie ma, świadczy o pełnym równouprawnieniu płci w Polsce.

Mam świadomość, że to, co piszę, nie spodoba się niektórym moim czytelniczkom. Dodam więc, iż mój sprzeciw wobec wszelkich parytetów i suwaków łączę z przekonaniem, że uwłaczają one kobiecej inteligencji i profesjonalizmowi, bo stawiają je w pozycji płci gorszej, której przy pomocy przywilejów prawnych trzeba pomóc w robieniu kariery.

Jest to pogląd równie głupi, jak ten o organicznej skłonności Węgrów do popełniania samobójstw, czy oszołomionych narkotykami Holendrów do kopulowania w parkach z okazji dnia urodzin królowej.

Albowiem kariera polityczna powinna być zależna od walorów intelektualnych i wartości moralnych obywatela, a nie od jego płci.

Prezydent i ekociule

Kto z nas nie lubi historii z happy endem? Z pilskiego zaułka nie widać ich zbyt wiele, dlatego tę opowiem chętnie. Z tym większą przyjemnością, że w roli głównej wystąpi w niej sam prezydent naszego miasta.

Był i żył sobie w Wałczu pewien menedżer dużego przedsiębiorstwa, który postanowił zainwestować sporą sumkę w budowę nowego zakładu. Uzyskał na to zgodę właściciela, zgromadził pieniądze i zabrał się za poszukiwanie miejsca na wybudowanie hal produkcyjnych. Ponieważ jego działalność gospodarcza powiązana była z rolnictwem, zaczął rozglądać się za kupnem odpowiednich terenów w wiejskich gminach naszego powiatu. Gdy znalazł takie miejsce i uzyskał przychylność miejscowego wójta, pojawili się miejscowi ekolodzy.

 I zaczęło się wybrzydzanie. A to zakład za duży, a to w nocy jeździć będą samochody i budzić mieszkańców, a to zniszczone zostaną gniazda miejscowych ptaszków, a lisy nocą zamiast buszować po miejscowych kurnikach będą siedzieć w norach i z głodu pewno pozdychają, a to … przeszkód i powodów znalazło się tysiące. Nasz menedżer po ich wysłuchaniu odwrócił się na pięcie, nacisnął czapkę na uszy i wrócił do Wałcza, przeklinając fanaberie ekologów

Wtedy ktoś mu powiedział o pilskiej strefie gospodarczej. Pomny niedawnych smutnych doświadczeń nieśmiało zapytał o możliwość posadowienia swego zakładu w owej strefie.

Reakcja miejscowych była – jak na polskie standardy – zdumiewająca. Prezydent Głowski usłyszawszy o inwestorze, który chce grube miliony zostawić w Pile, natychmiast wezwał podległych sobie urzędników, postawił ich na baczność i nakazał obchodzić się z nowym inwestorem jak z jajkiem. – Jeśli go stracimy, to wam nóżki z pupy powyrywam – zapowiedział, choć słów tych pewien nie jestem, bo tam nie byłem. Na koniec zaprosił owego inwestora do siebie, przyjął go po królewsku i zapewnił, że wszyscy podlegli mu urzędnicy są do jego dyspozycji, czym ostatecznie przekonał wałeckiego menedżera do ulokowania swej inwestycji w naszym mieście.

W ten sposób Piła uzyska niebawem nowe miejsca pracy, sklepy miejscowych kupcy odwiedzą zasobni w gotówkę nowi konsumenci, a pilska strefa gospodarcza pozyskała kolejnego inwestora.

Ja zaś mogę wreszcie napisać coś dobrego o prezydencie Głowskim, który okazał się dobrym gospodarzem. Ekolodzy natomiast pokazali, że w pełni zasługują na miano ekociuli.

Określenie to znalazłem w książce Jeremy’ego Clarksonona znanego zapewne naszym czytelnikom z telewizyjnego programu Top Gear a spodobało mi się dlatego, że jest w nim językowy pierwiastek nawiązujący do poznańskiej gwary, którą pamiętam z dziecięcych lat.