Polityczna rura

Kiedy czytałem relacje z ostatniego posiedzenia Rady Miasta i dowiedziałem się o sporach, jakie toczą z sobą jej członkowie, przypomniał mi się sienkiewiczowski Rzędzian, którego rodzina spierała się z sąsiadami Jaworskimi, o gruszę wyrosłą przy granicy gruntów obu szlachciurów.

Grusza ta – tłumaczył Rzędzian panu Skrzetuskiemu  „w połowie nad naszymi gruntami ma gałęzie. Owóż jak ją Jaworscy trzęsą, to i nasze gruszki opadają, a dużo idzie na miedzę. Oni tedy powiadają, że te, co na miedzy to ich…”.

Bezsensowność i jałowość sporu Rzędzinów z Jaworskimi przypomina jako żywo awanturę wokół dwu czy jednokierunkowości ulicy Kossaka w Pile. Szczegóły i przebieg sporu znajdzie czytelnik na jednej z kolumn dzisiejszego Tygodnika Nowego, dlatego nie będę wgłębiał się w jego szczegóły.

Prawdę powiedziawszy mało mnie one obchodzą, bo nie o ulicę w sporze tym chodzi, a o politykę. Jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, za kilka miesięcy czekają nas wybory samorządowe, radni więc podobnie jak ich partie prężą muskuły, by popisać się swoją troską o interesy elektoratu, a że bywają one często sprzeczne, dochodzi do mało eleganckich słownych potyczek, wzajemnego oskarżania się, manipulowania opinią publiczną i mediami – wszystko to w jak najgorszym, choć dobrze znanym nam z krajowego podwórka stylu.

W takiej sytuacji nawet rura – jak twierdzi prezydent Głowski – może być polityczna. I ma rację, o czym przekonałem się na własnej skórze.

Mój poprzedni felieton o pilskiej „coolturze” – dotyczący zachwaszczania języka polskiego makaronizmami o anglosaskiej proweniencji doczekał się (co mnie cieszy, bo lubię jak władza się denerwuje) riposty ze strony Pani Rzecznik. Zamiast jednak odnieść się do meritum mojego tekstu i puknąć w głowę jakiegoś urzędnika lub uderzyć się w swoje „kształtne piersi” (cytuję klasyka), uznała ona, że to ja jestem winny (bo nie chodzę na wyspę, a napis jest już tam od pięciu lat) oraz … były prezydent Kosmatka, za którego „panowania” ów niefortunny napis na frontonie sceny umieszczono. A że Kosmatka nie jest z PO, lecz z lewicy sprawa też jest polityczna.

Zacząłem ten felietonik od Sienkiewicza a skończę znanym cytatem z „Rewizora” Gogola. „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!”

W Pile podobnie jak u Gogola śmiejąc się z władzy, śmiejemy się z siebie, bo takich radnych sami sobie wybraliśmy – co konstatuję ze smutkiem, bijąc się we własne piersi.

W obawie przed kurduplem

Na pozór świat wygląda jak co dzień. Zmienia się pogoda, ludzie są dla siebie mniej lub bardziej mili, a jutro będzie weekend. Tymczasem wystarczy zajrzeć do Internetu, by zmienić zdanie. W wirtualnej rzeczywistości królują obsesje, fobie, spiski, stereotypy i – co mnie szczególnie irytuje – oparte na nieuctwie kłamstwo.

Kilka dni temu odpaliłem sobie z rana mój blog i znalazłem tam taki oto wpis.

„A ja się z Noską nie zgadzam, gdy pisze on o anschlussie Krymu z góry zakładając jakieś niegodne posunięcia prezydenta Putina. Komunista Chruszczow podarował Krym Ukrainie zupełnie tak jak dyktator Stalin podarował np. Lwów. Oba te podarunki były oczywistą nieprawością. Prezydent Putin po prostu działając zgodnie z poczuciem „Krymczan” tylko zatwierdził wolę większości mieszkańców Krymu, czyli poparł prawo narodów do samostanowienia.”

Nie przejąłbym się specjalnie tym postem, gdyby nie fakt, że tego samego dnia znalazłem się na pewnym spotkaniu, podczas którego usłyszałem podobne argumenty. A gdy próbowałem oponować, okrzyknięto mnie rusofobem, który zapomniał o ukraińskich zbrodniach na Wołyniu i popiera spadkobierców SS „Galizien”.

*

Głównym argumentem moich adwersarzy w tym autora internetowego postu jest prawo narodów do samostanowienia. Jest to argument nietrafny, bowiem nie bierze pod uwagę warunków, w jakich odbywało się referendum na Krymie oraz postanowień prawa międzynarodowego i wewnątrz ukraińskiego, które łamało.

Czy to samo napisałby „emeryt” który podpisał się pod cytowanym na wstępie postem, gdyby Czeczeni zażądali referendum z pytaniem: czy chcesz niepodległości?

Czy prawo do obrony Rosjan poza granicami obecnej Rosji nie nosi w sobie zaczynu wielu konfliktów w prawie każdym kraju poradzieckim? Czy to oznacza, że Niemcy mają prawo interweniować na Śląsku opolskim, jeśli według. nich Niemców tam mieszkających spotyka krzywda? Czy w takim razie, my nie powinniśmy chwycić za karabiny, bo Polacy na Litwie są prześladowani przez władze? A co z Węgrami i ich pobratymcami w Słowacji, na Ukrainie i Rumunii?

Usprawiedliwianie agresji prawem do samostanowienia narodów prowadzi do niebezpiecznej paranoi nacjonalistycznej, w której prawo międzynarodowe schodzi na drugi plan, bo ważniejsze są więzy krwi.

Moi adwersarze nawet nie wspomnieli o memorandum budapeszteńskim, którego podpisanie przez Rosję, USA i Wielką Brytanię gwarantowało integralność terytorialną Ukrainy w zamian za jej rezygnację z broni atomowej. Reperkusje światowe ich niedotrzymania mogą być groźne. Czy Iran, Północna Korea, a w przyszłości pewnie Arabia Saudyjska, Turcja i inni uwierzą w jakieś międzynarodowe „gwarancje” dawane w zamian za rezygnację lub odstąpienie od broni nuklearnej? Przecież jest oczywiste, że nikt by nie śmiał tknąć Ukrainy, gdyby pozostała krajem atomowym.

*

Nie jestem rusofobem, ale boję się. Nie Rosji i Rosjan, których kulturę, a zwłaszcza literaturę cenię sobie wysoko i szanuję, ale boję się Putina. Boję się kurdupla o przerośniętym ego, który potrafi Robertowi Kraftowi zwinąć do kieszeni 124-karatowy pierścień Super Bowl tylko dlatego, że brylancik mu się spodobał. Boję się polityka, który otacza się ludźmi pokroju Aleksandra Gielewicza Dugina, marzących o imperium rosyjskim od Władywostoku po Lizbonę. Boję się wreszcie byłego szpiega, któremu, po ukończeniu szkolenia w Moskwie, w połowie lat siedemdziesiątych, wykładowcy w charakterystyce wpisali, że absolwent ma obniżony próg poczucia zagrożenia.

To nie jest rusofobia. To jest putinofobia. I tej się nie wyzbędę, dopóki kolejny z historycznych kurdupli będzie miał wpływ na świat oraz dostęp do atomowych guziczków.

Granica politycznej obrzydliwości

Spoważnieliśmy. Gdy prezydent Rosji dokonał anschlussu Krymu, gdy widmo wojny zapukało do naszych drzwi, ucichły, choć tylko na chwilę, wewnętrzne spory i kłótnie. Dziś z perspektywy rzeczywistych zagrożeń bezpieczeństwa kraju jakże małe i śmieszne wydają się wielogodzinne debaty wokół zegarka ministra Nowaka, pijackiej burdy eurodeputowanego Protasiewicza, drogowego piractwa Kurskiego czy… seksualnych podbojów posła – agenta Tomka.

Realne zagrożenie sprawiło, że Polacy skupili się wokół swych przywódców, którzy imponują spokojem, rozwagą i polityczną mądrością. Nawet nieprzychylny Polsce prokremlowski dziennik „Kommiersant”, cytując brukselskich urzędników, pisze: „gdy na porządku dziennym są poważne kwestie, autorytet Warszawy w Europie jest wysoki jak nigdy dotąd. Polska ma silną gospodarkę, aktywną dyplomację i skuteczny rząd I zajmuje wobec Rosji twarde stanowisko”.

W kontekście zbliżających się wyborów rosną notowania prezydenta i premiera, podnosi się z kolan Platforma Obywatelska. To niepokoi opozycję, która nie potrafi poradzić sobie w tych nowych warunkach.

W głębokiej defensywie znalazło się Prawo i Sprawiedliwość. Na nic zdają się ataki Adama Hofmana i Mariusza Błaszczaka, którzy, gdzie tylko mogą, podkreślają, że Donald Tusk jedynie powtarza to, co Jarosław Kaczyński mówił o Rosji przed siedmioma laty. Ich kłopot polega na tym, że dla wyborców to już prehistoria, a Donald Tusk mówi to tu i teraz. Poza tym to on, a nie Jarosław Kaczyński debatuje teraz z wielkimi tego świata o kształcie nowej polityki wobec zagrożeń ze strony Rosji. Prezes PiS co najwyżej może pokazać się na tle rozgrzebanego gazoportu w Świnoujściu i skrytykować premiera za opóźnienia w uniezależnianiu się od rosyjskiej rury z gazem.

*

Każdy mądry Polak i świadomy patriota wie dziś, że wszelkie próby podważania autorytetu demokratycznie wybranych władz Rzeczypospolitej mają znamiona narodowej zdrady, służą bowiem Rosji w jej ekspansji na zachód.

Mimo to w świecie polskiej polityki nadal egzystują ludzie, którzy tego nie rozumieją, podważając wiarygodność rządu. Taki, moim zdaniem, był cel zainspirowanego przez Solidarną Polskę protestu opiekunów dzieci niepełnosprawnych zorganizowany na korytarzach sejmowych.

Mam wiele współczucia dla upośledzonych dzieci, wiem z dziennikarskich doświadczeń, jak trudne jest życie rodzin dotkniętych tym nieszczęściem, ale zrozumieć nie potrafię matki, która wywleka z domu chore dziecko, by położyć je na barłogu w sejmowym korytarzu, narażając na niezdrową ciekawość paparazzich.

Za protestem tym kryją się nie tylko interesy upadającej partii Kurskiego i Ziobry, ale także kłamstwo. Nie jest bowiem prawdą, że premier Tusk obiecał rodzinom upośledzonych dzieci świadczenia w wysokości płacy minimalnej i słowa nie dotrzymał. Rząd, choć przyszło mu gospodarzyć finansami państwa w okresie kryzysu światowego, akurat wobec tej grupy społecznej ze zobowiązań się wywiązał. Łączne wydatki państwa na osobę opiekującą się niepełnosprawnym dzieckiem wzrosły znacznie w ostatnich latach i wynoszą obecnie 1046 zł miesięcznie ( wraz z ZUS), czyli 12,6 tys. rocznie. To jest mniej niż płaca minimalna, ale dojście do jej pułapu zapowiedział premier w ciągu najbliższych pięciu lat, a nie teraz.

*

Politycy Solidarnej Polski od momentu powstania tej partii usiłują z marnym skutkiem konkurować z PiS, odwołując się przede wszystkim do emocji Polaków, bo „głupi naród to kupi”. Po raz pierwszy w tym tygodniu im się to udało – przekroczyli granice politycznej obrzydliwości.

Wciągnięcie do politycznych gierek chorych i upośledzonych dzieci jest niewątpliwie zabiegiem wstrętniejszym niż wywlekanie smoleńskich trumien.

Zbrodnia na wyspie

Na pilskiej wyspie dokonano zbrodni. Okaleczono język polski. Jakiś urzędnik „fabryki emocji” lub innej instytucji „od kultury” umieścił na frontonie znajdującej się tam sceny napis „Piła miasto coolturalne”

z pilskiego zaulka12

Jeśli jest przestępstwo, powinien być odpowiedni paragraf. I taki jest. W całkowicie zapomnianej i niestety często ignorowanej ustawie z dnia 7 października 1999 r. o języku polskim w paragrafie 10 stwierdza się, że: „Napisy i informacje w urzędach i instytucjach użyteczności publicznej, a także przeznaczone do odbioru publicznego oraz w środkach transportu publicznego sporządza się w języku polskim”.

A teraz przyjrzyjmy się dowodowi rzeczowemu świadczącemu o przestępstwie w języku prawniczym określanemu terminem łacińskim „corpus delicti”. Chodzi tu oczywiście o słowo „cooltura”, które w warstwie dźwiękowej zbliżone jest do powszechnie znanego słowa „kultura” a w warstwie semantycznej jest lingwistycznym potworkiem o trudnym do rozszyfrowania znaczeniu. Spróbujmy jednak rozebrać go na czynniki pierwsze. „Cooltura” jest prawdopodobnie zrostem angielskiego słowa „cool” (chłodny, opanowany, spokojny, potocznie także świetny) z polskim „tura”, którego znaczenie jest dwojakie: droga, jazda podróż lub jedna z kolejno powtarzających się czynności.

 Czy da się z tego sklecić jakąś sensowną całość? Nie sądzę. Można jedynie zastanowić się nad różnicą między „kulturą” a „coolturą”. Ta pierwsza nie wymaga chyba definiowania, ta druga kojarzy mi się z napakowanymi dresiarzami z ogolonymi łbami i grubymi karkami wydalającymi z siebie teksty, które w zapisać nadają się jedynie do wykropkowania. Czyżby o promocję tego typu „cooltury” chodziło urzędnikom pilskim?

 *

Pewnie niejeden z moich czytelników uzna, że przesadzam, że jestem polonistycznym zgredem, który nie rozumie slangu młodzieżowego. Odpowiem słowami poety, który o języku polskim pisał: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. A czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jako pieśń stepowa, a czasem jako skarga nimfy miętki, a czasem piękny jak aniołów mowa.”

PS. Mam nadzieję, że któryś z czytających ten tekst prokuratorów przemyśli prawne skutki tak ewidentnego kaleczenia języka polskiego, a urzędnicy usuną ten kompromitujący nasze miasto napis.

Zadbajmy o sen Pana Prezydenta

Wyznaję z pokorą. Nie miałem racji dworując sobie w ubiegło tygodniowym „zaułku” z pilskich drogowców, że zapadli w sen zimowy i mimo bardzo wczesnej w tym roku wiosny, nie biorą się do roboty na rozgrzebanym rondzie przy Bydgoskiej i Podchorążych. Uświadomiła mi to pani Dorota Strugała, rzecznik prasowy Urzędu Miasta, która przysłała mi obszerny i – co dodać muszę – bardzo elegancki w formie list, nie pozbawiony szczypty złośliwości, którą sobie cenię, bo jest ona ( na ogół) wyznacznikiem poziomu inteligencji.

W kwestiach merytorycznych Pani Rzecznik wyjaśnia, że „zaniechanie robót drogowych podyktowane było faktem wystąpienia zimowej przerwy technologicznej w produkcji masy bitumicznej(…)Wystąpienie niskiej temperatury uniemożliwiło wykonanie robót o prawidłowych parametrach, stąd też kontynuacja ich nastąpi w okresie wiosennym…”

Dalej odnosząc się do mojej wątpliwości co do usytuowania ronda (pominięcie ul Łowieckiej) wyjaśnia, że „wszystkie większe inwestycje są obecnie poddawane konsultacjom społecznym, z których wielu mieszkańców korzysta. Tak też było w przypadku ul. Bydgoskiej. (…) Nowa droga (ul. Karpacka) wyznaczona została zgodnie z uchwalonym miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego w rejonie ulic Bydgoskiej i Łowieckiej z dnia 27.09.2011r. i będzie połączeniem z ul. Wawelską, a dalej z obwodnicą wschodnią miasta. Efektem tego będzie większe natężenie ruchu – w tym pojazdów ciężkich.(…)Ulica Łowiecka jest i będzie w przyszłości wyłącznie drogą dojazdową”.

To ostatnie zdanie szczególnie mnie ucieszyło, bo jako mieszkaniec bloków przy Łowieckiej i „starszy pan” cenię sobie spokój i ciszę.

*

Mimo wyjaśnień Pani Rzecznik nie mam wyrzutów sumienia, że uszczypnąłem (najdelikatniej jak się dało) w pupę naszych drogowców. Ich reakcja była bowiem błyskawiczna, Najpierw zamknęli dojazd do Bydgoskiej od Podchorążych, potem pojawiła się na rondzie jakaś maszyna, a dzisiaj ( piszę ten tekst w piątek 14 marca w południe) kręci się tam dwóch pracowników, którzy – sądząc z perspektywy mojego okna – nie bardzo wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Ale może znowu się mylę?

W odpowiedzi Pani Rzecznik zmartwiło mnie samo jej zakończenie. „Odnosząc się do snu Pana Prezydenta” – pisze – Pan Prezydent śpi niewiele od 3 lat ze względu na zakres prowadzonych w Pile inwestycji – zatem ta drobna złośliwość jest zupełnie zbędna.”

Nie było intencją mojego felietoniku zakłócanie snu Pana Prezydenta. Tę rolę pozostawiam najbliższej jego sercu kobiecie. Martwi mnie natomiast, że nie ma on czasu na wypoczynek. Bo jeśli nie zadba o swoje zdrowie, to może nie dotrwać do jesiennych wyborów i stracić szansę na reelekcję. Czego nie życzę ani jemu, ani Pile.

PS. Pełny tekst listu Pani Rzecznik w pierwszym komentarzu