Pogrzeb generała

– Pogrzeb generała Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Czy pozostaniemy wierni ewangelicznemu przesłaniu? – pytał biskup polowy Guzek.

Zebrani przed katedrą a potem na cmentarzu przy grobie płk. Kuklińskiego katolicy tego egzaminu nie zdali. Jeden z internautów skomentował to tak: „Niepojęte jest zachowanie się tej dziczy przed Katedrą oraz hołoty na Powązkach. Już chociażby ze względu na obecność rodziny Generała mogliby zamknąć swoje parszywe ryje. Założę się, że za PRL manifestowali poparcie dla władz, uczestniczyli w wiecach, pochodach 1-majowych. Wtedy siedzieli cicho jak myszy pod miotłą. Teraz mordy prują, bo odwaga potaniała. Zachowania typowe dla śmierdzących tchórzy. Profesor Bartoszewski miał rację… bydło. Przed kościołem i na Powązkach polski katolicyzm pokazał swoje prawdziwe oblicze. Dzień pogrzebu Jaruzelskiego, to dzień wielkiego wstydu. Podziękować należy w szczególności J. Kaczyńskiemu i portalom „prawicowym” za to, że namieszali w głowach ludziom z zerowym intelektem i zerową moralnością. Powinniście być szczęśliwi. Wasze lekcje prania mózgów nie poszły na marne. Żonę, córkę i rodzinę Generała przepraszam za tę swołocz. Dzisiaj też jestem czerwoną świnią … bo tak trzeba.”

Nie podoba mi się ta wypowiedź, choć rozumiem emocje jej autora. Ale ja nie lubię tak skrajnie wyrażanych uczuć. Wolę argumenty lub zgrabny bon mot. Dlatego skomentuję to jednym zdaniem. Jeśli ta hałastra pod kościołem i na cmentarzu to są katolicy, strach spotkać ich w niebie.

*

Zastanawiać musi każdego, kto wysłuchał medialnych kłótni przed i po pogrzebie jeden fakt. Oto działacze tak zwanej pierwszej „Solidarności” ostrożnie oceniają okres stanu wojennego i transformacji w Polsce oraz roli w tych przemianach Jaruzelskiego. Zupełnie inaczej podchodzą do tych wydarzeń ci, którzy wtedy siusiali w pieluchy lub kulili się ze strachu po kątach. Ilustruje to spór między prezesem IPN Łukaszem Kamińskim, a Andrzejem Celińskim.

Szef Instytutu Pamięci Narodowej zaprotestował przeciw pochówkowi gen. Wojciecha Jaruzelskiego na Wojskowych Powązkach w Warszawie. Jego zdaniem ten cmentarz „to miejsce dla narodowych bohaterów, a nie komunistycznych dyktatorów”.

Wkurzył się na to Andrzej Celiński i napisał tak: „Plecie Pan Prezesie jak Grzelakowa spod Grójca. Przykre, kiedy Prezes konstytucyjnego urzędu pisze, jak, za przeproszeniem, IDIOTA. Gotów jestem stawić się przed każdym sądem, by bronić tego mojego wpisu. Niech mnie, kurcze sądzą za to, że Polska mianuje idiotę na ważne państwowe, konstytucyjne stanowisko. Chcę tego. Panie Łukaszu? Do boju!”

Mój komentarz tym razem brzmi mniej delikatnie. Gen. Jaruzelski zasłużył sobie na Powązki jak najbardziej, był oficerem z honorem. Do dziś prawica mu nie podarowała, że ocalił Polskę przed rozlewem krwi. Oni chcieli cały naród w bratniej krwi skąpać. Ponadto godnie pełnił urząd Prezydenta, nie sapał, nie marudził, nie obrażał się, a szedł wyprostowany jak przedwojenny oficer i szlachcic.

*

Pogrzeb generała pokazał także, kto jest moralnym przywódcą polskiej lewicy. Leszek Miller – zdruzgotany porażką – w wyborczy wieczór zamiast uderzyć się we własne piersi, zaczął coś bełkotać o generale i narodowej żałobie. Ochłonąwszy uznał, że SLD odniósł sukces po jest trzecią, a nie piątą siłą polityczną w Polsce. W końcu policzył głosy i … na cały tydzień zamilkł. Struktury SLD odrętwiałe po klęsce wyborczej nie potrafiły zmobilizować zwolenników generała do udziału w pogrzebie. Przykładem niech będzie pomysł wyjazdu autobusu z Poznania (za 60 zł od łepka). Tymczasem PiS wsadził w autobusy swych działaczy i zawiózł pod katedrę i na Powązki. Wystarczyło poczytać transparenty, by się o tym przekonać.

Jeden Kwaśniewski zachował się przyzwoicie. Gdy liderzy „lewicowych” partii pochowali się po kątach, on jeden stanął naprzeciw wrzeszczącej hałastry.

Dlatego tę część felietonu zakończę nie swoimi, lecz jego słowami: „Żegnamy cię, żołnierzu, i dziękujemy za wszystko. Dobrze zasłużyłeś się ojczyźnie. Wojciechu, żołnierzu, spocznij. Twoja służba skończona, a my – baczność! Walka o dobre imię Wojciecha Jaruzelskiego trwa. Cześć twojej pamięci”.

Codzienne Polaków rozmowy

Gdy piszę ten felieton, panuje cisza wyborcza, więc o polityce ani mru mru. Mogę natomiast ponarzekać sobie – jak większość moich rodaków. Narzekanie bowiem to cecha narodowa Polaków, a ponieważ utożsamiam się w pełni z moimi rodakami, ponarzekam dziś sobie na temat … narzekania. Brzmi to cokolwiek zawile, ale zaraz wyjaśnię.

Każdy z nas wie doskonale, jak wyglądają codzienne rozmowy Polaków. Dominuje w nich biadolenie. Na podatki, na rząd, na opozycję, na Smoleńsk i Macierewicza, na UE, na ZUS, na Tuska, na służbę zdrowia, na komuchów i solidaruchów etc. Temu coś nie wyszło, tamten ma jakiś problem, a inny to już naprawdę nie wie, co ma zrobić, zostaje mu jedynie tylko strzelić sobie w łeb.

Oto scenka, którą zaobserwowałem ostatnio w niezbyt odległym od mojego domu supermarkecie, do którego wysłała mnie żona po chleb, bo nic innego – jej zdaniem – porządnie kupić nie umiem. Chodziło zresztą o gatunek pieczywa, który ja lubię, a ona nie. Miałem więc rzadką okazję poobserwować sobie nieco kupujących, których w owym markecie nie brakowało. Dominowały wśród nich korpulentne, dobrze, choć nie zawsze z gustem, ubrane panie oraz pewni siebie w różnym wieku i różnej postury panowie z licznymi kartami kredytowymi w portfelach. Stanąłem przed kasą w długiej kolejce tuż za panią w średnim wieku, która prowadziła ożywioną rozmowę z – jak przypuszczam – stojącą przed nią sąsiadką. Nie bardzo wsłuchiwałem się w ich treść, gdy nagle dotarły do mniej jej słowa „no takie to niestety ciężkie czasy przyszły”. Powiedziała to wyciągając z koszyka dwukilogramową wołową ligawę i butelkę markowego czerwonego wina.

Zatkało mnie. Czy ta kobieta wie, co to są ciężkie czasy? Skoro one do niej dopiero teraz dotarły, to znaczy, że wcześniej było jej lepiej. Czyli, że zamiast ligawy i drogiego wina, jaki był jadłospis tej „cierpiącej na biedę” persony w tych lepszych czasach? Szczyt obłudy przystrojonej w patologiczne narzekanie na wszystkich i wszystko.

Moje oburzenie rychło ustąpiło, gdy po powrocie do domu zadzwonił do mnie mój znajomy, którego znam od dawna, a który przed wielu laty zaczynał od zera, w starej owczarni, mając przeciwko sobie wszystkich i wszystko, a dziś ma jedną z najprężniej działających firm w Polsce. Jest to człowiek, któremu pozazdrościć można konsekwencji, uporu, determinacji i profesjonalizmu. Kiedy się go spotyka, to nigdy nie słyszy się wyrzekań i biadolenia. Raczej chłodną sympatię wobec własnego kraju.

Obie te sytuacje, które dość przypadkowo nastąpiły po sobie, skłoniły mnie do refleksji na temat polskiej skłonności do narzekania.

Ilu z nas może powiedzieć o sobie, że w życiu zrobiło wszystko, by dziś żyć bez narzekania? Ilu może powiedzieć: nie zmarnowałem żadnej szansy, by dziś żyć lepiej? Każdy jest kowalem swojego losu – to banał, ale naprawdę myślę, że w każdym istniały lub istnieją potężne rezerwy, których nie wykorzystał. I to najczęściej z własnej winy, do której trudno się przyznać nawet przed sobą samym. Stad narzekania na Tuska lub na Kaczyńskiego (w zależności od poglądów politycznych), na Niemców i Ruskich, którzy nas skrzywdzili, na niesprawiedliwy ustrój i złych ludzi. Nigdy na siebie, choć kiedyś nie chciało nam się uczyć, potem doskonalić zawodowo, a potem pracować ciężko i wydajnie. Brakowało nam też poweru by starać się o awans

I druga refleksja. Jako dziennikarz często spotykam ludzi naprawdę pokiereszowanych przez los. Oni mają prawo narzekać, a przecież tego nie robią. Z godnością znoszą swój los. Narzekają natomiast ci, którzy, jak owa paniusia w markecie, mają cieplutko. To oni najczęściej wierzą w to, że przyjdzie jakiś polityk – zbawca, który wciśnie jakiś guziczek i wszystko się poprawi. Będzie im jeszcze cieplej i jeszcze wygodniej. Tak z niczego. Bez własnego wysiłku.

Niektórzy politycy dobrze znają tę polską ułomność i świadomie ją wykorzystują? Którzy? Na to odpowiedzieć nie mogę, wszak jest cisza wyborcza. Ale podejrzewam, ze moi czytelnicy dobrze wiedzą, o kim myślę.

Starosta na cenzurowanym

Losy starosty pilskiego wydają się być przesądzone, a jego szanse na reelekcję znikome. Wszystko wskazuje na to, że ma tego świadomość, bo jak wieść gminna niesie (a od czasów Mickiewicza Polacy traktują ją poważnie) ma zamiar spróbować swych sił w wyborach na burmistrza Wysokiej.

Dla mnie, osoby spoglądającej na naszą powiatową rzeczywistość z pilskiego zaułka, pozostaje zagadką, dlaczego tak się dzieje, że mieliśmy dotąd (i mamy nadal) wielu bardzo dobrych wójtów, burmistrzów i prezydentów, a starostów poza Tomaszem Bugajskim raczej dość kiepskich?

Pewien stary urzędnik obeznany z samorządami od lat, z którym wykłócałem się na ten temat, tłumaczył to systemowym usytuowaniem starosty, a ja upierałem się (porównując dwóch ostatnich starostów pochodzących z tego samego układu politycznego) przy cechach charakterologicznych, profesjonalizmie i charyzmie osoby pełniącej tę funkcję. W końcu pogodziliśmy się uznając, że oba te czynniki decydują o powodzeniu lub porażce starosty.

Nie ulega wątpliwości, że być starostą jest znacznie trudniej niż prezydentem, burmistrzem czy wójtem. Wynika to ze sposobu jego wyboru. Mandat starosty jest słaby, bo jest wypadkową układu sił politycznych w radzie, a ten prawie zawsze bywa niestabilny. Starosta z charakterem stara się rozbrykanych radnych trzymać, że się tak wyrażę „silną ręką za mordę”, starosta bez charakteru podlizuje się im. Obaj niestety mogą w każdej chwili przegrać i odejść w polityczny a często także zawodowy niebyt. Lekarstwo na ten stan rzeczy wydaje się być jedno. Bezpośrednie wybory starostów, co uniezależniłoby ich od rozpolitykowanych radnych. Sądzę, że kiedyś to nastąpi, ale jeszcze nie teraz.

Obecny starosta pilski przegrywa swą reelekcję nie dlatego, że mu brykają radni, ale przede wszystkim ze względu na styl pracy kierowanego przez niego urzędu. Nie potrafię zrozumieć mentalności urzędników pilskiego starostwa. Zwlekają z decyzjami nawet w najprostszych i najbardziej oczywistych sprawach. Czekają na łapówkę, czy chcą w ten sposób dodać sobie powagi? W to pierwsze nie wierzę. Urzędnicy samorządowi to w zdecydowanej większości ludzie uczciwi i świadomi konsekwencji, jakie czekają skorumpowanego pracownika, ale niestety wielu z nich opacznie rozumie autorytet swego zawodu. By podkreślić swoje znaczenie, czekają z decyzjami do ostatniej chwili przekonani, że w ten sposób uzasadniają sens istnienia stanowiska, które piastują. Obecny starosta – o czym świadczą narzekania pilskich przedsiębiorców – nie potrafi poradzić sobie z tą manierą urzędników. Dlatego przegrywa.

Kolcem w radnego G

Z pilskiego zaułka do sypialni jest zaledwie 6 kilometrów. Taka bowiem odległość dzieli nasze miasto od Kaczor, które przed laty nazywano sypialnią Piły. Zajrzyjmy tam zatem, by – jak to bywa w tym felietonie – uszczypnąć tego, kto na to zasłużył.

Dziś Kaczory to gmina z ambicjami i sukcesami. Ma opinie jednej z najlepszych w kraju, o czym świadczą różne rankingi i liczne wyróżnienia. Ale, jak to mówią, nie ma róży bez kolców. Kaczory też mają swoje kolce, a ściślej rzecz ujmując, jeden kolec. Jest nim Radny G, człowiek młody, energiczny, przedsiębiorczy i … wyjątkowo upierdliwy.

Radny G nie lubi wójta i dokucza mu, ile wlezie zwłaszcza podczas sesji, która z jego inicjatywy jest nagrywana na wideo i publikowania w serwisie youtube, a ostatnio w niedawno powstałej gazecie internetowej www.naszekaczory.pl. Właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem radnego G, w jego ulubionej roli – osoby zadającej władzy niezbyt mądre pytania.

Na ostatniej sesji, którą pilnie obejrzałem, radny G z pretensją w głosie zapytał wójta, dlaczego nie nakłonił senatora Henryka Stokłosy, by swoją nową fabrykę pasz wybudował na terenie gminy Kaczory (tu podał konkretne lokalizacje) a nie w tak zwanej strefie ekonomicznej w Pile. Przy okazji skrzętnie wyliczył, ile na tym zaniechaniu straciła kasa gminy.

Pytanie to zmartwiło mnie podwójnie. Wynika bowiem z niego, że Radny G nie ma zielonego pojęcia o tym, co się w jego gminie dzieje, a po drugie … nie czyta moich felietonów.

Gdyby zajrzał do mojego „zaułka” kilka tygodni temu, dowiedziałby się, że na przeszkodzie ulokowaniu tej i innych inwestycji senatora ze Śmiłowa w gminie, w której mieszka, stoi pewne stowarzyszenie mieniące się ekologicznym, a które głównie zajmuje się przekształceniem gminy w średniowieczną puszczę, do której tylko za specjalnym zezwoleniem owych ekologów będzie mógł przyjeżdżać pan Morzewski z Morzewa, by nad jeziorem Kopcze postrzelać sobie do kaczek.

Owi ekolodzy ostatnio wprawdzie mocno się skompromitowali, ale wpływy zwłaszcza u niektórych urzędników powiatu zachowali. Ugryźć już nie potrafią, bo zęby nie te, ale zaszkodzić, zablokować, spowolnić inwestycję, sprokurować kontrolę itp. zawsze mogą. Nic więc dziwnego, że przedsiębiorca ze Śmiłowa zrezygnował z zamiaru budowy fabryki w gminie Kaczory i ulokował swą inwestycję tam, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami.

Wracając do pytania Radnego G. Słuchając go, pomyślałem przez moment, że dobrze o tym wie, dlaczego Stokłosa buduje fabrykę w Pile, a przed radą – jak to mówią – rżnie głupa. Ale potem pomyślałem, że mogę nie mieć racji.

Komu oddać swój głos?

Dyskurs polityczny zszedł na psy. Do wyborów europarlamentarnych zostało zaledwie kilka dni, a media i politycy zajmują się babą z brodą – austriacką piosenkarką, która wygrała konkurs Eurowizji oraz kasą Aleksandra Kwaśniewskiego. Ten ostatni fakt budzi szczególne emocje, bo my Polacy mamy tę przywarę, że lubimy zaglądać do cudzych kieszeni i zazdrościć innym materialnych sukcesów.

O sprawach istotnych, a zwłaszcza o przyszłości Unii, która niewątpliwie znalazła się na zakręcie swojej dotychczasowej historii, prawie nie słychać. Lewica wprawdzie przebąkuje coś o tym, że chciałaby większej integracji, a nawet w dalszej perspektywie federalizacji Europy, a prawica, zwłaszcza ta skrajna, zapowiada zniszczenie „brukselskiego potwora” od wewnątrz i powrót do Europy skłóconych z sobą narodów. Ale debata na ten temat z trudem przebija się do opinii publicznej.

Tymczasem tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego są dla Europejczyków a szczególnie dla Polaków niezwykle ważne. Oto bowiem ujawniła swe imperialne oblicze putinowska Rosja, a wydarzenia na Ukrainie (zwłaszcza aneksja Krymu) pokazały, że pokój w Europie jest wyjątkowo kruchy, a umowy międzynarodowe, na których się zasadzał, nic nie są warte wobec brutalnej siły militarnej.

Nie mam zamiaru w swoim felietonie, który, jak sądzę, czytają ludzie o różnych poglądach, nikogo nakłaniać do głosowania na konkretną partię polityczną.

Sprawa jest zbyt poważna, by ulegać wpływom demagogii spotów wyborczych, czy namowom polityków poszczególnych partii, którzy na ogół traktują wyborców jak bezmyślny motłoch kierujący się emocjami, a nie rozumem. Nie polecam też nikomu sugerować się podpowiedziami dziennikarzy Radia Maryja ani Gazety Wyborczej.

Ja sam postanowiłem w tym roku głosować na konkretnych ludzi a nie partie polityczne, dlatego dokładnie przyjrzałem się kandydatom z poszczególnych list i dokonałem swoistej ich selekcji według trzech kryteriów.

Pierwsze ma charakter czysto formalny, ale w moim przekonaniu niezwykle istotny. Jest nim znajomość języków obcych, a ściślej angielskiego, francuskiego lub niemieckiego. Trzykrotnie w swej karierze dziennikarskiej byłem w Brukseli i wiem, że bez znajomości któregoś z tych trzech języków (zwłaszcza francuskiego, którym posługuje się przede wszystkim obsługa techniczna parlamentu) nawet porządnego obiadu się tam nie zje. A są przecież sytuacje, w których trudno ze sobą zabierać tłumacza. Tak więc kandydaci, którzy nie znają (i to dobrze) jednego z owych trzech języków, są z mojej listy skreśleni. Wierzcie mi, bo sprawdzałem, jest ich zdecydowana większość na listach wyborczych.

Po drugie stawiam na polityków doświadczonych, znających mechanizmy i procedury unijne, posiadający określony autorytet i pozycję za granicą. Szkoda mojego głosu na tych, których partie posyłają do Brukseli po naukę lub na zasłużoną polityczną emeryturę. Tacy będą brali pieniądze z Brukseli, by knuć w kraju albo potraktują swój mandat jako intratną synekurkę i zabezpieczenie na przyszłość.

Trzecie moje kryterium ma charakter merytoryczny i …subiektywny. Sam jestem euroentuzjastą i trudno głosować mi na kogoś, kto chce być pójść do PE, by szkodzić Unii Europejskiej. Konradów Wallenrodów Polska w Brukseli nie potrzebuje, natomiast optymiści są tam na wagę złota. Z własnego zawodowego doświadczenia wiem, że najlepiej i najefektywniej pracuje się wtedy, gdy lubi się to, co się robi. I wierzy w sens pracy, którą się wykonuje.

Wierzcie mi, że po przeprowadzeniu (na własny użytek) takiej analizy, pozostanie wam niewielu kandydatów. Dopiero wtedy można „włączyć” partyjne sympatie.

Ja już wiem, na kogo zagłosuję. Oczywiście teraz tego nie zdradzę, choć ci, którzy znają i regularnie czytają moje felietony na pewno się domyślają.

A Wy? Komu oddacie swój głoś?

Godni pożałowania i potępienia są tylko ci, którzy pozostaną w domu. Oni na pewno nie mają racji. Odebrali sobie prawo nie tylko do bycia dobrym Polakiem, ale nawet możliwość dokonania niewłaściwego wyboru.