Jak Tusk ograł opozycję

Piłkarskie umiejętności pomagają premierowi w uprawianiu polityki. W minionym tygodniu, będąc w trudnej sytuacji po ujawnieniu taśm z nagraniami jego urzędników, nie tylko ograł opozycję, lecz ośmieszył ją, prowokując do kompromitujących zachowań. Niewiele go to zresztą kosztowało, bo opozycja w trakcie debaty sejmowej strzelała sobie samobója za samobójem.

Wystąpienie premiera w sejmie było majstersztykiem. Najpierw przeprosił Polaków za zachowanie swoich ministrów, po czym zadał opozycji oczywiste w tej sytuacji pytanie: Czyj scenariusz panowie i panie realizujecie? Kelnerów? Obrażonego na państwo polskie biznesmena? Czy też Moskwy?

Opozycja bezradna wobec tych pytań usiłowała je zbagatelizować. I to był jej pierwszy samobójczy gol. Wszak żadne państwo nie może nie reagować na wewnętrzne ani zewnętrzne próby jego destabilizacji, nie może dawać się szantażować. Jego głównym zadaniem w takiej sytuacji jest sprawdzenie, kto jest autorem pomysłu z podsłuchami i jakie cele chciał osiągnąć? I co najważniejsze, czy nie są one sprzeczne z racją stanu?

Po zadaniu tych pytań premier zaskoczył wszystkich prosząc o wotum zaufania. Był to – wracając do terminologii piłkarskiej – strzał nie do obrony. Wszak w czasie kryzysu rząd musi wiedzieć, czy ma prawo rządzić, a zgodnie z konstytucją ma wtedy, gdy dysponuje większością w sejmie.

Reakcja kompletnie zaskoczonej tą propozycją opozycji była kompromitująca. Dowiodło tego zwłaszcza wystąpienie klubowe posła PiS Krzysztofa Szczerskiego. Rozemocjonowany, operujący krótkimi zdaniami zawierającymi same inwektywy pod adresem rządu, dobrał je w sposób tak nieporadny, że odnosiły się one bardziej do stylu uprawiania polityki jego własnej partii niż rządu, co rozbawiło salę. Po tym wystąpieniu posłowie PiS opuścili demonstracyjnie obrady, czym narazili się głównie swym kolegom z innych ugrupowań opozycyjnych. A szkoda, bo ich potencjalni sojusznicy znacznie celniej od Szczerskiego punktowali rząd. Dotyczyło to głównie Janusza Palikota, który słusznie zwrócił uwagę, iż urzędnikom Tuska woda sodowa uderzyła do głowy i pozostawiają państwo całkowicie bezbronne wobec populistycznych następców, bez służby cywilnej i bez procedur pociągania do materialnej odpowiedzialności urzędników za popełnione błędy.

Lider SLD Leszek Miller wyglądał na mocno zaskoczonego faktem, iż premier zrealizował jego postulat i poddał się osądowi sejmu. Stracił przy tym zimną krew, co natychmiast wykorzystali nieprzychylni lewicy komentatorzy. Agnieszka Kublik na łamach „Gazety Wyborczej” ujęła to tak: „Miller od kilku dni trąbi wszędzie gdzie może, że według niego najlepszym sposobem sprawdzenia, czy rząd Tuska ma większość, jest głosowanie nad wotum zaufania dla premiera. Premier właśnie poprosił o wotum zaufania. I co na to Miller? Wyraźnie wyprowadzony z równowagi perspektywą takiego głosowania oświadczył dziennikarzom, że musi zebrać klub i z nim wypracować stanowisko. Czyżby Miller nie znał stanowiska wobec własnego pomysłu? Czyżby go z własnym klubem nie przedyskutował?”

Po wystąpieniach klubowych do ataku ruszył sejmowy plankton. I znowu zamiast argumentów i punktowania błędów rządu, które ujawniła afera taśmowa, posłowie przede wszystkim dawali upust swoim emocjom, podniecając się doniesieniami o kubańskich cygarach i francuskich alkoholach, których sprowadzanie do Polski uznawali za gorszące. Kilku z nich zrobiło premierowi polityczny prezent używając słów wulgarnych, mówiąc do premiera, że jest palantem. Tym samym dowiedli, że używają języka rynsztoku nie tylko w rozmowach prywatnych (jak urzędnicy premiera) lecz także publicznie w sejmie.

Reasumując, opozycja zareagowała na aferę taśmową nienawiścią, pogardą i absurdalnymi obiekcjami. W rezultacie przegrała z kretesem, a Tusk znowu triumfował, choć miejmy nadzieję na krótko.

Bo afera taśmowa ujawniła szereg patologii, których nie można zamieść pod dywan. Trzeba uzdrowić państwo polskie, choćby tylko po to, by nie opanowali go populiści i faszyzujący politycy, którzy chętniej widzieliby Polskę w ramionach Putina niż w Unii Europejskiej.

O atmosferze w „Atmosferze”

Wrzesień 1919 roku. W salce piwiarni „Sterneckerbrau” w Monachium. siedzą nad kuflami piwa sfrustrowani faceci. Narzekają, piją, znowu narzekają. Na traktat wersalski, na powojenną inflację, na wszystkiemu winnych żydów i innych cudzoziemców. Kilka miesięcy wczesniej założyli maleńką partyjkę o nazwie Deutsche Arbeiterpartei. Politykują więc zawzięcie. Są karykaturalni i niegroźni. Polityczny folklor. Aż zjawił się ON Mały pokurcz z zabawnym wąsikiem, ale niezwykłym talentem oratorskim i … szaleństwem w oczach. Dziś wiemy, czym to się skończyło. Przypominają nam o tym cmentarze, pomniki i karty szkolnych podręczników. A mimo to…..

Z pilskiego 25*

Kilka dni temu w pilskim pubie „Atmosfera” spotkała się grupa młodych ludzi w „wieku przedpoborowym”. Przy wejściu zawiesiła plakat z napisem Konwent Nowej Prawicy. O 18 zasiadła przy barze, o 20 było już po wszystkim. Wybrano władze oddziału pilskiego KNP, przekazano mediom krótki komunikat i foto, które publikujemy obok. Na nim bokiem do obiektywu siedzi grupa młodych ludzi przy barze. Twarzy prawie nie widać. Zdjęcie natomiast eksponuje ów plakat i … pewne części ciała wybranego właśnie (jak przypuszczamy) zarządu partii. Fotka ta w zamiarze jego autora, a może wbrew jego intencjom demonstruje stosunek powstałego właśnie oddziału partii do rzeczywistości, który można by najkrócej ująć w zdaniu: „Mamy was w d…e”

Lakoniczny komunikat załączony do owej fotki podaje nazwiska i mailowe adresy członków nowego zarządu, którego poziom intelektualny i zakres zainteresowań oddaje najbarwniej nick prezesa (piwa0@vp.pl). Jest też kilka zdań o charakterze programowym, z których wynika, że pilski oddział KNP ma zamiar wziąć udział w wyborach samorządowych i jest za wolnością. Wszystko, na więcej autorom owego komunikatu fantazji nie stało.

*

Gówniarzeria bawi się w politykę – powie ktoś. I pewnie ma rację. Ja jednak byłbym ostrożniejszy. Wprawdzie nie widać wśród nich pokurcza z wąsikiem, ale gdzieś tam z Brukseli patronuje im starszy, nobliwy pan z muszką I choć oratorem nie jest, a nawet trochę się jąka, to młodych omotać potrafi. Proste recepty, chwytliwe hasła, ekstrawaganckie zachowania – to wszystko zjednuje mu zbuntowanych i sfrustrowanych. Ostatnio zagłosowało na niego pół miliona młodych Polaków. Ile będzie ich za rok? I dokąd ów wróg demokracji i wielbiciel furera ich zaprowadzi?

*

Wśród członków zarządu znalazłem nazwisko młodej, jak sądzę, dziewczyny. Agata Ostaszewska z Piły (agata@ostaszewska.eu) została sekretarzem zarządu partii czyli osobą od czarnej roboty. Wybór trafny, zgodny ze wskazaniami wodza, który niezbyt przychylnie wypowiada się o kobiecym intelekcie. Tylko to „eu” przy mailowym adresie pani Agaty. Czyżby nie doczytała do końca programu partii?

Włączyć myślenie

Wstyd mi za moich kolegów dziennikarzy. Hasło „biją naszych” zaślepiło ich i zatkało im mózgi, a źle pojęta korporacyjna solidarność przysłoniła zdrowy rozsądek. Taka jest moja ocena incydentu w redakcji „Wprost” czyli – jak twierdzą niektórzy – zamachu na wolność słowa w Polsce.

Młodsi Czytelnicy pewnie nie pamiętają, ale przed wielu laty mieliśmy już do czynienia z podobną histeryczną reakcją dziennikarskiego środowiska. Jakiś regionalny dziennikarz spod Szczecina oczernił na łamach swego pisemka pewnego urzędnika (szczegółów już nie pamiętam) i w efekcie wylądował w więzieniu. Na znak solidarności do klatki umiejscowionej przed którąś z warszawskich redakcji zamykali się rotacyjnie na kilka godzin dziennie na znak solidarności z nim warszawscy dziennikarze. Dziś nikt już o tym nie wspomina, bo ów dziennikarz okazał się postacią o dość wątpliwej reputacji, a zaatakowany urzędnik osobą niewinną.

Podejrzewam, że za kilka miesięcy podobnie odniesie się moje środowisko do sytuacji we „Wproście”, ale na razie histeria trwa i tylko nieliczni – natychmiast wyklęci przez kolegów – na ogół starsi wiekiem dziennikarze (Bratkowski, Szostkiewicz i Milewicz) ostrzegają, żebyśmy znowu nie musieli się wstydzić za swoje zachowanie.

Nie mam zamiaru wdawać się w prawne spory dotyczące przeszukania w redakcji „Wprost” Warto było posłuchać konferencji prasowej Prokuratora Generalnego. Wyłożył wszystko tak, że i przeciętny gimnazjalista by zrozumiał.

Nie mam też zamiaru grzebać w życiorysie red. Latkowskiego. Zrobili to za mnie prawicowi specjaliści od tej roboty – dziennikarze „W Sieci”, którzy na kilka dni przed aferą oskarżyli naczelnego „Wprost” o nadużycia finansowe potwierdzone wyrokami, kontakty z mafią rosyjską i litewską, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą a nawet morderstwo. Dziś zapewne żałują owego tekstu, bo kryminalna przeszłość naczelnego „Wprost” nie bardzo pasuje do wizerunku bohaterskiego obrońcy dziennikarskiej niezależności.

Mnie w całej tej aferze interesuje jedno. Konflikt między wolnością słowa, a polską racją stanu. Mówił o tym Donald Tusk na swojej konferencji prasowej, a nestor polskich dziennikarzy Stefan Bratkowski ujął go tak: Dziennikarz ma prawo nie ujawniać, a nawet ma obowiązek chronić swe źródła informacji. Nie wolno mu jednak posługiwać się źródłami informacji, opartymi na przestępstwie, a takim jest nielegalny i nieuprawniony podsłuch (…) Publikacja informacji, choćby najatrakcyjniejszych, jeśli pochodzą z przestępstwa, jest sprzeczna z zasadami kodeksu Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy, nie mówiąc już o kodeksie karnym. Dziennikarz powinien sprawdzić źródło informacji i nie może go nie znać – musi ustalić kto, co, kiedy, gdzie i po co, pamiętając zawsze o starej rzymskiej wskazówce: is fecit cui prodest – zrobił ten, kto skorzysta. Jeśli tego wszystkiego się nie wie, wówczas to, co się publikuje, jest niczym więcej niż plotką, często szkodliwą – niewiarygodną z założenia. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że publikując uczestniczy się w realizacji czyichś niecnych zamiarów łącznie z chybotaniem strukturami państwa.”

Upadek rządu, do czego dążą dziennikarze „Wprost” i solidaryzujące się z nimi media, to nie jest rozrywka dla gawiedzi i okazja do popisów dziennikarskich. Upadek tego rządu zmiecie z wielkim trudem, ale i z powodzeniem zbudowaną pozycję Polski w Europie i na świecie.

Wielu politykom w Europie nie jest na rękę silna politycznie i ekonomicznie Polska. Cieszą się z naszych wewnętrznych awantur i słabości. Najchętniej machnęliby ręką na wschód Europy. Chętniej wróciliby do obliczalnej dla nich sytuacji, gdy świat był podzielony na strefy wpływów. Pogrążona w wewnętrznych swarach Polska, w czasie gdy Putin zabiera się za jednoczenie ziem słowiańskich, to dla nich nie lada gratka. W końcu przyłączenie części Polski do Rosji miało miejsce w tym samym czasie, kiedy przyłączenie Krymu do Rosji.

Czy tego chcą dziennikarze stający w obronie rzekomo zagrożonej wolności słowa? Czy tego chcą aprobujący ich poczynania czytelnicy? Nie sądzę. Dlatego warto powstrzymać emocje i włączyć myślenie. Natychmiast.

Wokół butów Kwaśniewskiej

Jak mam rozumieć postawę posłów, którzy w znacznej swej części zagłosowali za utrzymaniem ochronnego parasola nad Mariuszem Kamińskim w postaci poselskiego immunitetu? Jeśli jest taki niewinny, to dlaczego nie zrzekł się sam tej ochrony i nie stanął odważnie przed sądem, by udowodnić swoją niewinność i pogrążyć swoich wrogów? Dlaczego fakty, którymi tak zaszokował w sejmie posłów, że zgłupieli do cna, nie przedstawił wcześniej, tylko trzymał w domowym sejfie? Wszak obowiązkiem posła jest zgłaszać każde przestępstwo do prokuratury. Takich „dlaczego” można by mnożyć w nieskończoność.

Faktem jest, że posłowie PO, PSL oraz SLD skompromitowali się w sejmowym głosowaniu nad immunitetem posła Mariusza Kamińskiego. Trudno bowiem wyobrazić sobie ważniejsze politycznie głosowanie. Jeden z twórców IV RP i jej symbol, szef CBA – policji politycznej, która była podstawowym narzędziem walki z mitycznym układem, specjalista od prowokacji staje przed sejmem, a posłowie, nie są w stanie pozbawić go immunitetu. Premier z PO nie przychodzi na głosowanie, wicepremier z PSL nie głosuje, a kilku posłów SLD, kolegów Barbary Blidy, wstrzymuje się od głosu. Jak to rozumieć?

Bardziej krewcy komentatorzy składają to na karb głupoty, niefrasobliwości, beztroski i nieodpowiedzialności posłów wymienionych wyżej partii. Nie chcę i nie mogę wierzyć w takie wyjaśnienia. Osobiście znam wielu posłów, zwłaszcza tych z SLD i wiem, że nie ulegają oni tak łatwo – jak poseł Mężydło – demagogii. Wprawdzie (tych z SLD) jest niewielu, ale ich głos waży w tak istotnych głosowaniach. Są to też niewątpliwie starzy wyjadacze polityczni, którzy – co widać gołym okiem – są głodni władzy. Marzy im się sytuacja, w której ich niewielka partyjka (na większej niespecjalnie im zależy, a przynajmniej nic w tym kierunku nie robią)) w wyniku wyborów stanie się języczkiem uwagi i będzie mogła wybierać: Wesprzeć PO czy PiS?

Z niepokojem obserwuję fakt, że propisowska opcja w SLD coraz odważniej podnosi głowę. PiS bowiem w kwestiach ekonomicznych bliższy jest programowi socjalnemu SLD niż liberalna Platforma, Millerowi natomiast bardziej odpowiada wodzowski sposób trzymania partii w ryzach niż wewnętrzne dyskusje i spory charakterystyczne dla PO. W terenie tu i ówdzie do głosu dochodzą działacze, którym bliższe są zamordystyczne praktyki postpezetpeerowskie niż wewnątrzpartyjna demokracja tym bardziej, że podstawowe komórki partyjne traktują instrumentalnie, jako bezpłatne służby do zbierania podpisów, roznoszenia ulotek i wieszania plakatów.

Wsparcie posłów SLD dla immunitetu Kamińskiego, tak jak niedawno bierność partii podczas przygotowań do pogrzebu Jaruzelskiego, a jeszcze wcześniej głosowanie nad uhonorowaniem tak zwanych „żołnierzy wyklętych”, to nie wypadek przy pracy, jak usiłuje się wmówić lewicowemu elektoratowi, lecz próby kokietowania PiS, które ma przecież ciągle szanse na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych.

Nadzieja na bycie „przystawką” dla PiS czy PO, wizja ministerialnych apanaży oraz poselskich czy tylko samorządowych diet zabija w SLD wszelką ideowość, niszczy potrzebny każdemu żywemu organizmowi społeczno – politycznemu ideowy ferment.

*

Moja krytyczna ocena postawy posłów nie zwalnia mnie z obowiązku obiektywnego ustosunkowania się do tego, co powiedział Kamiński w sejmie. Po zapoznaniu się z jego „rewelacjami”, które bez trudu znaleźć można w Internecie, uważam, że Kwaśniewscy nie powinni tego zmilczeć. Sadzę także, że uzasadnienie prokuratury nie może pozostać utajnione. Wobec upublicznionego przez Internet wystąpienia Mariusza Kamińskiego konieczny jest głos drugiej strony; Kwaśniewskich i prokuratury.

I na koniec mniej poważnie na ten sam temat. Po upolitycznieniu rozmów Kwaśniewskiej i Jaworskiej o butach i ich cenach zapalił mi się cały żyrandol czerwonych lampek. Moja żona potrafi odbywać długie konferencje telefoniczne, – a to ze swoją siostrą, a to z naszą córką na temat cen sukienek, bluzeczek, halek itp., a także – o zgrozo – butów. O kosmetykach i podobnych „mazidłach” nawet nie wspomnę. Będę musiał przeprowadzić domowe śledztwo, czy te rozmowy to czasem nie kamuflaż poważnych nadużyć finansowo – podatkowych popełnianych przez moją rodzinkę, a o których ja nic nie wiem.

Kwaśniewski ani mi brat, ani swat. Ot, po prostu kpię sobie, aby się nie dać zwariować.

O próżności i nie tylko

Próżność nie jest zaletą. Doskonale to wiem, a jednak jej ulegam. Nic tak nie łechce ego dziennikarza, jak aprobata dla jego tekstów. U mnie poprzeczka próżności wisi nisko, cieszy mnie każda opinia na temat moich tekstów, nawet krytyczna czy prześmiewcza. Irytują się, to znaczy, że czytają, a to najważniejsze.

Dlatego, ulegając ułomności swego charakteru, napiszę dziś w „moim zaułku” o reakcji, z jaką spotkał się mój ubiegło tygodniowy felieton poświęcony panom starostom.

„Z wielką uwagą – pisze pan Henryk Marciniak – przeczytałem Pana felieton i wywiad z Hanną Gapińską kierownikiem WTZ w Pile. W całej rozciągłości podzielam opinie wyrażona w Pana felietonie. Pragnę również potwierdzić fakty przedstawione w opublikowanym wywiadzie. Byłem zaproszony na uroczystości 16 maja na Powiatowy Dzień Godności Osób Niepełnosprawnych. (…)Po płomiennych przemówieniach i deklaracjach (kiedy zgasły jupitery kamer TV) nastąpił żenujący fakt, powiem dobitniej, arogancja i pogarda dla najważniejszego podmiotu, jakim były osoby niepełnosprawne, (…) które z dużym wysiłkiem przygotowywały swoje występy artystyczne. (Z autopsji wiem, jaki wysiłek włożyli w przygotowanie swojej prezentacji, ponieważ regularnie jako sponsor ich odwiedzam) I co się okazało? Ta tak długo oczekiwana prezentacja napotkała na pogardę gości. Na komendę pan v-ce starosta poderwał po przemówieniach wszystkich oficjeli z widowni i zaprowadził na przysłowiowy „bigos”. Autorytet władzy uratowali generał Zenon Kułaga, Hanna Gapińska oraz celebranci mszy św. ks Dziekan Oracz i ks proboszcz parafii Kaczory.”

W podobnym tonie wypowiedział się w liście do redakcji pan Tomasz Nowak

„Ze względu na moją sytuację życiową dość często jestem świadkiem imprez organizowanych przez WTZ itp. placówki w regionie. I to, co widzę, często napawa mnie złością. Oficjele nagminnie „olewają” występy osób chorych. Wszystko jest ładnie i pięknie do czasu wyjazdu dziennikarzy. Wiadomo że to nie niepełnosprawni są głównymi gośćmi na takich imprezach (…) tylko VIP-y, którym należy się nisko kłaniać i dziękować cały czas za wszystko. Chociaż słowa uznania należą się darczyńcom oraz pracownikom WTZ za ich pracę!(..) Denerwuje mnie, kiedy oficjele „odgradzają” się od niepełnosprawnych. Dlaczego jedzą przy osobnych stołach? Coś jest tu chyba nie tak?”

Obu panom dziękuję za listy i przepraszam za konieczne (ze względu na ich objętość) skróty. Równocześnie informuję, że nie tylko ja zasłużyłem na pochwały, ale także dziennikarz, który przeprowadził wywiad z Hanną Gapińską.