Wezwanie do „skarbówki”

Tego boi się każdy. Nawet emeryt, za którego PIT wypełnia ZUS. Ale ręce drżą (gdy otwierają koperty z napisem Urząd Skarbowy) przede wszystkim przedsiębiorcom zwłaszcza tym młodym i małym – właścicielom jednoosobowych podmiotów gospodarczych, za którymi nie stoją tabuny prawników.

Ostatnio spotkałem początkującą bizneswoman, która opowiedziała mi o swojej pierwszej wizycie w pilskiej „skarbówce” i związanych z nią traumatycznych przeżyciach.

*

Kilka dni temu pani Agata (imię zmienione na życzenie mojej rozmówczyni) otrzymała pismo skarbówki, w którym po powołaniu się na dwie linijki przepisów tonem nie znoszący sprzeciwy wezwano ją (żeby choć raz poprosili – dopisek mój) do skorygowania deklaracji PIT 36 oraz „wyjaśnienia nieprawidłowości zawartych w deklaracji”. W piśmie zażądano od niej, by w ciągu siedmiu dni przyniosła ową skorygowaną deklarację o określonej godzinie do określonego pokoju w budynku urzędu.

Pani Agata, przewrażliwiona humanistka, przerażona groźnym brzmieniem wezwania pobiegła do znajomej księgowej, której płaci za prowadzenie dokumentacji finansowej, bo na etatową jej nie stać. Ta przyznała, że istotnie popełniła błąd, w którymś z rozliczeń miesięcznych, ale potem go skorygowała i PIT za cały rok jest w porządku. Obie wysmażyły wyjaśniające pismo i pani Agata w terminie zjawiła się w pokoju (numer znam, ale litościwie go przemilczę) urzędu przy ulicy Kossaka.

Był gorące lipcowe południe, więc urzędniczka, którą nazwijmy umownie „pięćdziesiątką plus” nie była w humorze. Rozmowa obu pań przebiegała mniej więcej tak;

– Skorygowany PIT jest? – warknęła „pięćdziesiątka plus”.

– Nie mam, ale…

– Jak to „nie mam”. Nie umie pani czytać? Miała pani przynieść skorygowany PIT.

– Nie mam, bo…

– Czy pani nie rozumie, że jest sezon urlopowy. Ja tu zastępuję koleżankę i… tu nastąpiła cała seria narzekań na ciężki los urzędniczki zmuszonej w lipcowy dzień do pracy w biurze, a nie wylegiwania się na plaży nad Bałtykiem lub innym morzem.

– Ja to rozumiem, ale … usiłowała przerwać słowotok urzędniczki pani Agata, ale na próżno.

Wreszcie po kolejnej serii narzekań „pięćdziesiątka plus” zmęczona biadoleniem usiadła, by odsapnąć. Wtedy pani Agacie udało się wreszcie wyjaśnić, o co chodzi.

„Pięćdziesiątka plus” przyjęła wyjaśnienie ze zbolałą miną, ale tonu nie zmieniła. Kazała dopisać w piśmie jakieś nieistotne zdanie, pouczyła panią Agatę, jak należy skreślać błędy w piśmie (zdenerwowana pomyliła datę) i kazała opuścić biuro. W kolejce bowiem czekała kolejna jej ofiara.

*

Oto cała historia. Napisałem o niej z przekory. Zarówno pani Agata, jak i moja żona usilnie namawiały mnie, bym tego nie czynił, bo (tu cytuję) „tylko głupek zadziera ze skarbówką”. Ale ja lubię ryzyko. Taki zawód.

Na marginesie „zjednoczenia na prawicy”.

Mieszane uczucia budzą we mnie popularne ostatnio rozważania na temat skutków porozumienia Kaczyńskiego z Ziobro i Gowinem. Irytuje mnie nazywanie tego wydarzenia zjednoczeniem prawicy. Każdy, kto choć odrobinę liznął cokolwiek z nauk społecznych, dobrze wie, że nazywanie PiS prawicą jest nieporozumieniem. Pisałem o tym wielokrotnie (po uważnej lekturze programu tej partii), że PiS to partia socjalistyczna w kwestiach ekonomicznych oraz konserwatywna w sprawach światopoglądowych. Podobnie jest z ziobrystami, którzy przez te kilka lat na wygnaniu nie potrafili programowo odpępowić się od swej matki. Jedynie Gowin zasługuje na miano polityka prawicy. Jest zwolennikiem twardego, wolnorynkowego liberalizmu w gospodarce i klasycznym konserwatystą w sferze ideowej.

To, co w tej chwili powstaje wokół Kaczyńskiego jest dziwaczną mieszanką socjalizmu, konserwatyzmu i liberalizmu mocno podlaną nacjonalistycznym sosem. Słowa o Polsce i jej świetlanych perspektywach pod rządami „prawicy” nie schodzą bowiem z ust liderów Solidarnej Polski i Polski Razem. Tymczasem nie o to tu chodzi. Dla obu tych polityków nie są istotne żadne programy, czy szczytne deklaracje. Im zależy przede wszystkim na pozostaniu w polityce, czyli o wejściu do parlamentu. Dlatego też jedynymi ważnymi zapisami umowy między trzema partiami są te, w których precyzyjnie określono, kto i ile dostanie tzw. „biorących” miejsc do sejmu i do senatu.

Taka jest polityka. Nie widzę w tym nic zdrożnego, ale nie ulegam – jak wielu naiwnych wyborców – bajdurzeniu obu tych polityków ( i nie tylko ich) o potrzebie przebudowania Polski, o wzniosłych moralnych i patriotycznych motywach działania, o imponderabiliach narodowych. Tak naprawdę chodzi wyłącznie o pozostanie w politycznej grze, a w dalszej perspektywie o objęcie władzy. I jeżeli to porozumienie nie wytrzyma próby czasu, winne będą konflikty personalne, a nie różnice programowe.

*

Mimo wspólnoty interesów perspektywy obu liderów prawicowych partyjek, które właśnie zostały wchłonięte przez PiS, są odmienne.

Zbigniew Ziobro podwinął ogon pod siebie i wrócił niepyszny pod skrzydła „tatusia” Kaczyńskiego. Delfinem już nie zostanie, będzie tułał się w dalszych ławach. Może tylko liczyć na szybkie zejście „tatusia”. To jest jego jedyna szansa. Tymczasem musi lizać kuper prezesowi. Zanim „tatuś” na zawsze odejdzie, byłego delfina tyle razy upokorzy, że Ziobro może zapomnieć o czymś takim, jak honor.

Sytuacja Gowina jest inna. PiS ma tak mało osobowości, iż Gowin swą posturą, pewną niezależnością poglądów oraz odbiegającym od pisowskich standardów wyważonym językiem przesłania cały dwór Kaczyńskiego. Ba, może nawet przesłonić samego prezesa, który przejadł się wszystkim.

Prezes PiS jest przewidywalny, a Gowin jest nowy. Można z nim próbować różnych roszad. Jedna aż prosi się sama. Gowin może zluzować Piotra Glińskiego, zwłaszcza że odesłanie na emeryturę kandydata technicznego do wszystkiego, to tylko pstryknięcie palcami.

Gowin potrzebny jest Kaczyńskiemu przede wszystkim do gry z prezydentem Bronisławem Komorowskim PiS przoduje bowiem w sondażach, nie przoduje jednak w konfrontacji z Bronisławem Komorowskim. A wybory prezydenckie będą przed parlamentarnymi. Gowin przegrywający z Komorowskim nie będzie obciążeniem dla prezesa, bo do PiS został dokooptowany. Kaczyński zawsze będzie mógł powiedzieć: gdybym startował, to bym wygrał. Dla Polski jednak nie startuję, bo przygotowuję się do wyborów parlamentarnych.

Prezes po „zjednoczeniu prawicy” raz pierwszy od lat może liczyć na czterdziestoprocentowe poparcie. Od ćwierćwiecza miota się w psychodelicznym tańcu na polskiej scenie politycznej, co i raz przewracając się o własne nogi. Czy tym razem na nich ustanie? Chroń nas Panie Boże!

Szmal i serce

Urzędnicza reakcja na moje miejskie felietoniki stała się swoistą regułą, co mnie cieszy, bo dowodzi, iż trafiam w czułe punkty. Tak było i tym razem. Na mój felieton o Parku Wodnym redakcja otrzymała od szefa tej firmy list następującej treści: W pilskim Aquaparku emeryci nie mają wyznaczonych odrębnych godzin do korzystania z usług atrakcji wodnych. I korzystają w godzinach różnych nie tylko o 7 rano. Zakup karnetu wiąże się na ogół jedynie z niższą ceną jednostkową, niż w przypadku biletu jednorazowego – i nie oznacza nieograniczonego dostępu do usługi. Dostęp do usługi jest taki sam przez cały okres ważności karnetu, jak w dniu jego zakupu. Ewentualny problem mógłby być wtedy, gdybyśmy po zakupieniu przez Pana karnetu drastycznie ograniczyli ilość godzin i dni, w których można by z niego korzystać – ale taka sytuacja nie ma miejsca. Każda osoba kupująca bilet/karnet po cenach normalnych i ulgowych może korzystać z usług w godzinach od 7:00 do 22:00 od poniedziałku do niedzieli (oczywiście poza godzinami objętymi pełną rezerwacją). Pilski Aquapark emerytom i rencistom oraz osobom niepełnosprawnym proponuje swoje usługi w cenach biletów ulgowych (w cenach takich samych jak dla dzieci i młodzieży szkolnej). Przebywanie na obiekcie dzieci i osób dorosłych wpływa z pewnością korzystnie na obie wymienione grupy mieszkańców. Również każda osoba czy grupa zorganizowana bez względu na wiek ma prawo do rezerwacji toru lub torów basenowych na wyłączność ponosząc za to dodatkowe opłaty. Tak właśnie jest w przypadku zajęć zorganizowanych półkolonii, gdzie w godzinach od 7:00 do 9:00 uczestnicy od pn. do pt. odbywają zajęcia nauki pływania, co jest zgodne z programem zajęć półkolonii. Poprawne i przede wszystkim bezpieczne prowadzenie zajęć nauki pływania wymaga wyodrębnienia torów na wyłączność. Letnie półkolonie w pilskim Aquaparku w okresie od lipca do połowy sierpnia odbywają się już 4 rok z rzędu i cieszą się coraz większą popularnością, o czym świadczy duża liczba uczestników. Rezerwacje poszczególnych niecek basenowych są podawane na bieżąco na naszej stronie internetowej. Dodatkowo w zeszłym tygodniu informację o całkowitej rezerwacji basenu sportowego w godz. 7.00 – 8.00 (pn.-pt.) zamieszczono przy recepcji pływalni. W dniach 7-11.07.2014 odbywały się programowe zajęcia II turnusu półkolonii, gdzie brało w nim udział 40 uczestników o różnym stopniu zaawansowania umiejętności pływackich. Kierownictwo spółki jest otwarte na naukę, rady, spostrzeżenia, wnioski i uwagi wszystkich naszych klientów. Czas wakacji sprzyja licznym rezerwacjom grup zorganizowanych z terenów pilskich i spoza Piły. Z usług atrakcji wodnych korzystają zarówno dzieci, osoby pracujące, emeryci, renciści, inwalidzi. Prowadzone są również zajęcia zorganizowane dla Pilskiego Uniwersytetu III Wieku z zakresu nauki pływania. Wszystkich serdecznie zapraszamy bez względu na wiek. Z uwagi jednak, że wakacje letnie to czas sprzyjający wypoczynkowi dzieci, prosimy o wyrozumiałość.”

*

Precyzyjna, racjonalnie uargumentowana i nawet uprzejma odpowiedź. Merytorycznie w pełni się z nią zgadzam, więcej, wszystko to wiedziałem w momencie, gdy siadałem przed klawiaturą, by napisać swój felieton o tym, jak przeganiają emerytów z Parku Wodnego

Z treści pisma wynika oczywista prawda, że Park Wodny jest firmą nastawioną na zysk. I nie ma w tym nic zdrożnego. Na tym polega kapitalizm. Ja jednak chciałbym, aby w tej pogoni za szmalem nie zapominać o ludziach zwłaszcza tych najstarszych, na których – tak jak na dzieciach – zarobić się aż tyle nie da. Aby emeryta, którym kiedyś będzie także autor tego pisma, nie przepędzać z kąta w kąt i nie traktować jak zło konieczne.

Gdy trzeba wybierać między szmalem a sercem szef firmy, urzędnik, przedsiębiorca – prawie każdy wybiera zawsze to pierwsze. A ja w swoich felietonach nieśmiało sugeruję, że czasem warto by jednak się zastanowić, co jest ważniejsze.

Wina bez kary?

„Czernuchinowcy właśnie samolot strącili. Kozacy, którzy stoją koło Czernuchina na posterunku drogowym. Samolot się rozleciał w powietrzu w rejonie kopalni Piotropawłowskiej. Pierwszy dwusetny (w wojskowym slangu zabitych określa się jako „ładunek 200”), znaleźliśmy pierwszego dwusetnego. Cywil.”

To nagranie ujawnione przez wywiad ukraiński a potwierdzone doniesieniami amerykańskich służb nie pozostawia żadnych wątpliwości, kto odpowiada za tragedię malezyjskiego boeinga. O ile zestrzelenie dwóch wojskowych jednostek ukraińskich mogło ujść separatystom na sucho, o tyle strącenie z ukraińskiego nieba samolotu cywilnego i śmierć trzystu pasażerów spowodowała, że świat na konflikt we wschodniej Ukrainie będzie musiał spojrzeć szeroko otwartymi oczyma.

Szkoda, że za taką cenę świat uświadomił sobie, że to, co dzieje się na Ukrainie to nie tylko jakieś lokalne, wewnętrzne rozruchy, a regularna wojna. I jak na każdej wojnie – najbardziej cierpią cywile. W ostatnim czasie dochodziły do nas szczątkowe informacje o tym, że na wschodzie Ukrainy giną ludzie, pojawiały się zdjęcia bloków mieszkalnych z wyrwami po pociskach, czasem słyszymy o Ukraińcach uciekających z tamtych terenów. Teraz ta wojna dotknęła także Europę i nie tylko. Swiat wie już także, że wojna ta jest dziełem separatystów, których znaczna część to po prostu zielone ludziki Putina. I że Putin z pewnością nie ma czystych rąk.

Sytuacja ta stawia Rosjan w kłopotliwej sytuacji. Moskwa prawdopodobnie będzie zmuszona odpuścić finansowanie i wsparcie wojskowe dla antyukraińskiej rewolty, co mogłoby konflikt wygasić. Jednak całkiem możliwy jest także inny scenariusz. Zaostrzenie sytuacji, interwencja rosyjskiej armii i aneksja opanowanych przez separatystów terenów w fałszywe imię pokoju międzynarodowego. Szczerze mówiąc, mam coraz więcej wątpliwości, czy ten konflikt może się zakończyć w jakiś cywilizowany sposób.

W tej chwili Kreml prowadzi wojnę propagandową skierowaną głównie do własnego społeczeństwa, które – jak pokazały ostatnie badania – wojny z Ukrainą nie chce. Putin snuje więc swoją narrację winy ukraińskiej, z którą trudno wchodzić w spór na argumenty, bo nie one się liczą, a dowody. Dowody są na miejscu, gdzie spadły szczątki boeinga, i w materiałach wywiadowczych. Dowody znają USA i najważniejsze kraje Unii. Moskwa jednak tym się nie zraża. Najważniejsze dla niej iść w zaparte, które polega na tym, aby inni ustosunkowywali się do głoszonych przez nią absurdów.

Niestety, od rzeczywistego ustalenia okoliczności i ewentualnego sprawcy tragedii dla wielu (zwłaszcza polityków zachodnich) istotniejsze będzie to, kto zdoła przekonać opinię publiczną do swojej wersji. Nie mam wątpliwości, że o ile na Ameryce niewielkie wrażenie robić będzie rosyjska propaganda, już w Europie niektórzy z nadzieją będą czekać na wersje, które oczyszczą Rosję i jej przywódcę od winy. Trudno uwierzyć, że Europa nagle zmieni swoje zapatrywania na prowadzenie interesów z Moskwą tylko dlatego, że gdzieś na wschodzie zabito 300 ludzi, w tym kobiety i dzieci.

Brzmi to i wygląda przerażająco. Z polskiej perspektywy szczególnie, bo dla nas istotne jest, ile czasu będzie potrzebne na reakcję, gdyby kiedyś tam okazało się, że „ludność narodowości rosyjskiej” zagrożona jest także między Bugiem i Odrą.

Czy syty zachód Europy jest w stanie ostro reagować na oczywiste zło? Wątpię. Wina Putina nie zostanie ukarana. Ważniejsze są upusty za ruski gaz.

Pojedynki

To był tydzień pojedynków. Najwięcej radości sprawił mi ten piłkarski. Mecz Brazylia – Niemcy i jego wynik 7:1 Kibicuję Niemcom od czasu, gdy występują w ich reprezentacji piłkarze o polskich korzeniach, a także dlatego, że niemiecki sposób gry bardzo odpowiada mojej poznańskiej naturze. Świetna organizacja, sukces zespołu jako cel nadrzędny, profesjonalizm każdego zawodnika. Niemcy wykazali się też pewnym szlachetnym umiarem. W przerwie w szatni postanowili nie ośmieszać gospodarzy Mundialu i w drugiej połowie meczu wyraźnie zwolnili tempo gry i strzelania bramek rozbitym Brazylijczykom.

Takich szlachetnych odruchów zabrakło w politycznych pojedynkach minionego tygodnia, jakie rozegrały się na polskiej scenie politycznej. Tusk rozjechał w sejmie Kaczyńskiego nie szczędząc mu, jak to sam określił – „łomotu” Była to kolejna runda wojny między obu panami. Chcąc nie chcąc uczestniczymy w niej od dziewięciu lat, od czasu, gdy polska polityka kręci się i jest nakręcana przez tych nienawidzących się samców alfa. Za nimi stoją partie, które dały się zmarginalizować do roli posłusznych wykonawców strategii wymyślonej przez przewodników stada oraz elektorat tak bardzo nienawidzący się wzajemnie, że zagraża to jedności państwa polskiego.

Kaczyński i Tusk zamienili politykę rozumianą jako walkę idei i argumentów na plemienną wojnę „kaczorów” z „lemingami”, która niszczy wszystko i wszystkich. Zamiast zmagań o rząd dusz wyborców gotowych do włączenia się do dyskusji o losach państwa, mamy ordynarną bójkę i wzajemne okładanie się oskarżeniami o zdradę, kłamstwa, matactwa i oszustwa.

Tak wyglądał ostatni sejmowy pojedynek Tuska z Kaczyńskim.

– Jest źle – grzmiał z sejmowej trybuny Kaczyński – Państwo znajduje się na dnie, grozi mu upadek ekonomiczny i moralny – rysował apokaliptyczny obraz Polski, ale przekonać do tego innych, również w opozycji, od lat nie jest w stanie. Nie jest zresztą w stanie wysunąć kandydata na technicznego premiera z własnych szeregów przetrzebionych przez wieloletnie czystki. Nie mówiąc o wyborcach, którym wmawia, iż fałszerstwa wyborcze są główną przyczyną braku jego skuteczności.

Tusk natomiast, po ujawnieniu podsłuchów swoich współpracowników, próbuje nas przekonać, iż nic się nie stało, a karawana może jechać dalej.

Obaj panowie nie szczędzili sobie inwektyw i wzajemnie zarzucali tchórzostwo, w czym Tusk młodszy, zdolniejszy i inteligentniejszy od swego mocno już wyliniałego przeciwnika okazał się skuteczniejszy.

– Tak jak Niemcy z Brazylią, 7:1 dla Tuska – odtrąbili w Internecie sejmowe zwycięstwo zwolennicy premiera.

Nie ma się z czego cieszyć. Obaj panowie tak skutecznie wyeliminowali zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych przeciwników, że pozbawili nas, Polaków alternatywy. „Tusk i Kaczyński jak koguty walczą i tracą kolorowe piórka – pisze jeden z internautów – a kibice dookoła ringu wpatrzeni są w dzioby zadające ciosy. Koguty coraz bardziej tracą opierzenie i oba padną, zanim następcy z jaj się wylęgnął. A z braku laku wyliniały kocur z muszką czyli pan Korwin-Mikke z KNP ostrzy sobie pazurki na schedę i zdobywa masowo wyborców (…). Jego zwolennicy nie bardzo wiedzą, o co mu naprawdę w polityce chodzi, ale może to jednak lepsze od bezproduktywnych walk obecnych kogutów?”

I w ten sposób dotarliśmy do kolejnego „pojedynku” tygodnia. Janusz Korwin Mikke w salonach MSZ uderzył w twarz Michała Boniego za obraźliwe jego zdaniem słowa sprzed 22 lat. Boni zacisnął pięści i prawie by oddał, ale tego nie zrobił. I dlatego wygrał. Zachował się bowiem jak rasowy polityk. Natomiast Korwin, jak wielokrotnie Tusk i Kaczyński, pokonał kolejną granicę politycznego chamstwa. Widać będzie z nimi rywalizował. A jego młody elektorat się od niego odwróci. Młodzi bowiem (z wyjątkami) jeżdżą na rowerach, kochają zwierzęta i nie lubią przemocy.

Taką przynajmniej mam nadzieję.