Wódz i jego doradcy

Jarosław Kaczyński polityk – jak twierdzi prof. Staniszkis – o wyjątkowej inteligencji ma fatalnych doradców. Dotąd wiadomo było, że nie bardzo zna się na gospodarce. W ostatnich dniach okazało się, że zawiedli również jego specjaliści od spraw międzynarodowych, zmuszając swego pryncypała do ośmieszającej go politycznej ekwilibrystyki w związku z wyborem premiera Tuska na prezydenta Unii Europejskiej.

Najpierw wmawiano prezesowi, że Tusk nie ma żadnych szans na europejski awans, a dyskusja wokół jego kandydatury to wymysł Michnika i jego zagranicznych przyjaciół robiących Tuskowi pijar na użytek platformerskiej polityki wewnatrzkrajowej. Potem podsunięto mu pomysł, który zaowocował wystąpieniami w stylu „Niech sobie go zabierają. Przestanie Polsce szkodzić jako premier”. Wreszcie, gdy decyzje już zapadły i Tusk został prezydentem UE, Kaczyński w imieniu opozycji przedstawił mu rejestr spraw, które dla Polski powinien w Unii załatwić.

To wystąpienie ośmieszyło go (co przyznają nawet przychylni prezesowi komentatorzy), ponieważ część z wymienionych przez niego zadań nie wchodzi w zakres kompetencji prezydenta UE, a część (jak dopłaty, dla rolników) będzie mogła być zrealizowana dopiero po odejściu Tuska z funkcji czyli po 2019 roku. Doradcy prezesa zapomnieli, że w Unii budżet na lata 2013 – 2020 został już uchwalony, a prezydenta wybiera się na 2,5 letnią kadencję z możliwością jednorazowej reelekcji.

*

O kiepskiej orientacji prezesa w sprawach międzynarodowych świadczy styl jego politycznych wypowiedzi a zwłaszcza – tak lubiane przez niego – porównywanie źle rządzonej przez Tuska Polski do innych krajów. Ostatnio uraczył nas kolejnym tropem stylistycznym z tego arsenału. Oświadczył mianowicie, że wzorem dla polskiego wojska powinna być armia… Pakistanu.

Doprawdy prezes ma osobliwy gust. Najpierw miał być w Polsce Budapeszt, później Turcja a teraz Pakistan. Węgry pod wodzą Orbana są jednym z głównych stronników Rosji w Unii Europejskiej. Ich gospodarka ledwo zipie, a poziom życia dawno już jest niższy niż w Polsce. Turcją rządzi aktualnie islamska prawica. Kraj wstrząsany jest wewnętrznymi konfliktami i trwającą od dziesięcioleci wojną z Kurdami. Armia Pakistanu jest wprawdzie liczniejsza od naszej, ale ma opinię jednej z najbardziej nieudolnych. Nie potrafi zapanować nad znaczną częścią terytorium własnego kraju, przegrała jak dotąd wszystkie wojny, w jakich brała udział, a jej kadra dowódcza w walce z talibami nie zawsze wie, po której jest stronie.

*

W moim długim życiorysie dziennikarskim „robiłem wywiady” z praktycznie wszystkimi politykami z tak zwanych pierwszych stron gazet, ale z Jarosławem Kaczyńskim nigdy dziennikarski los mnie nie zetknął. Nie wiem więc nic o jego inteligencji. Wiem natomiast, ze doradców dobierać sobie nie potrafi.

Wyborcze przedbiegi

Moja ulubiona rzeczniczka prasowa pani Dorota Strugała nadesłała kilka dni temu do redakcji e -mail, który nawet mnie – starego wyjadacza zaskoczył. Wynikało z niego, że jej pryncypał, Prezydent Głowski, ma zamiar oblać się wodą i udzielić na ten temat wywiadu przed, a nie po tym fakcie. Wszystko to dlatego, że Pan Prezydent postanowił wziąć udział w Ice Bucket Challenge – nowej, nieco głupawej zabawie wymyślonej przez internautów.

Mniej zorientowanych informuję, że Ice Bucket Challenge to nowy splash, który podbija Internet, a którego zasady są proste: Musisz oblać się wiadrem lodowatej wody i nominować do tego zadania innych. Nominowani mają wybór – albo też się obleją, albo przeleją 100 dolarów na walkę z SLA – stwardnieniem zanikowym bocznym. Jak wynika z informacji Pani Rzecznik naszego prezydenta do udziału w zabawie nominował znany strongman Grzegorz Peksa.

Prezydent Głowski przyjął wezwanie (inaczej nie mógł, wszak wybory za pasem) i publicznie oblał się wodą, z czego wywieść można dwa wnioski. Albo jest skąpy i żal mu 100 dolarów, którymi mógł się wykupić, albo sam uznał, że władzy przydaje się czasem wylać kubeł zimnej wody na głowę. W sumie gratuluję mu poczucia humoru.

Jego najpoważniejszy konkurent do prezydenckiego fotela w zbliżających się wyborach, radny Marcin Porzucek, postanowił publicznie zaistnieć w typowy dla „pisowców” sposób. W związku z tragicznym zgonem triathlonisty podczas pilskiego Tour de Tri złożył do Prokuratury Okręgowej wniosek o objęcie pilskiego śledztwa nadzorem. Jego zdaniem prywatna karetka pogotowia, obsługująca pilską imprezę mogła nie mieć defibrylatora, a przynajmniej go nie użyła, by ratować życie nieprzytomnego triathlonisty. Sprzeciw radnego budzi też to, iż (przynajmniej do ubiegłego wtorku) nie przesłuchano w sprawie naocznego świadka – ratownika z państwowej karetki.

– Tu nie chodzi o polowanie na czarownice – oświadczył radny na konferencji prasowej – Ale w Pile organizuje się sporo dużych imprez, a to kolejna, po zawodach szybowcowych, która zakończyła się tragicznie. Ze strony władz miasta, na którego terenie odbyła się impreza, nie padło słowo wyjaśnień. A można było przynajmniej złożyć rodzinie kondolencje w imieniu mieszkańców.

Wypowiedź ta, którą cytuję za portalem www.dzienniknowy.pl, demaskuje intencje radnego. Chodzi mu nie tylko o dramat sportowca i jego rodziny, lecz głównie o „dołożenie” władzy.

Nie lubię takiego sposobu uprawiania polityki, który ktoś kiedyś nazwał „swoistym rodzajem nekrofilii politycznej”. Wolę poczucie humoru prezydenta Głowskiego.

Wiara czyni cuda

„Czy my czasem, biorąc pod uwagę tzw. całokształt, nie jesteśmy narodem idiotów?” Pytanie to zadał jeden z internautów, komentując salezjańską wycieczkę do Liberii. Temat ten pojawił się w mediach kilkanaście dni temu po czym nagle zgasł, jak zdmuchnięta świeczka.

Ponieważ jako emeryt nie muszę się nikogo ani niczego bać, powrócę do niego, bo nie bardzo mogę zrozumieć, ani rodziców, którzy wysłali swe dzieci do Liberii, ani też organizatorów tego wyjazdu – choć byli nimi księża, osoby obdarzone w Polsce olbrzymim zaufaniem społecznym i praktycznie nietykalne.

Chodzę czasem na wywiadówki moich wnuków, którzy uczą się w szkole prywatnej (choć nie salezjańskiej) i wiem, że w Polsce jest kult dzieci. Dzieciaki, ich przyszłość rodzice stawiają na piedestale swych potrzeb. Dzieciarnia to największa świętość. Zwrócisz uwagę rozwydrzonemu bachorowi, to masz natychmiast wroga w jego rodzicach. Wiem, bo wielokrotnie to przerabiałem. Z tym kultem wiąże się też często nadmierny lęk o dzieci. Nasz kraj cyklicznie przeżywa psychozy na tle jakiś realnych czy wydumanych krzywdzicieli dzieci.

W takiej atmosferze nie bardzo mogę zrozumieć rodziców, którzy pod wodzą księdza dobrodzieja puścili swoje wychuchane latorośle do objętej epidemią Liberii, jakby wyjeżdżały na narty do Szwajcarii. I to rodzice, od których można wymagać odrobinę refleksji, bo przecież jakoś potrafią zarobić kasę na prywatną, zakonną szkołę. Pokończyli też zapewne jakieś szkoły i czytali „Dzumę” Alberta Camusa – lekturę obowiązkową. Każdy z nich o skutkach epidemii musiał więc coś wiedzieć.

Ale okazuje się, że to, co w szkole przeczytali, co pani na lekcjach biologii mówiła, co wylewa się z mediów – realia, koszmarne obrazy kraju objętego epidemią śmiertelnej choroby – do nich nie dotarło. Ani stosy zwłok, ani plastikowe kapsuły, w których chorych się przenosi.

Przyznam, że nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć.

*

Jestem już na tyle stary, że pamiętam ospę, która pojawiła się w latach sześćdziesiątych we Wrocławiu. Jak ktoś o tym nie wie, polecam film „Zaraza”, który oparty jest na tamtych wydarzeniach sprzed lat.

Ospa „przyleciała” na wrocławskie lotnisko w dniu 22 maja 1963 roku. Przywiózł ją w swoich węzłach chłonnych podpułkownik służb specjalnych przebywający służbowo w Indiach. 2 czerwca trafił do szpitala MSW, a następnie do Zakładu Medycyny Tropikalnej w Gdańsku. Stwierdzono wstępnie malarię. W szpitalu MSW został jednak wirus, który z czasem zaatakował miasto. Pierwsza zachorowała salowa. W kolejności do szpitala trafiły jej córka i pielęgniarka Stwierdzono wstępnie wiatrówkę. Na ślad ospy naprowadził wrocławskich lekarzy 4 letni chłopczyk, u którego pojawiły się wykwity na skórze, a który już przebył wiatrówkę. Wszystkie te niespotykane dotąd przypadki w logiczny epidemiczny łańcuch połączył dr Bogumił Arendzikowski z Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu. Oficjalne pismo z tym wystosował do swojego szefa 15 lipca 1963 roku. Natychmiast zamknięto i odizolowano trzy szpitale, w których stwierdzono ogniska choroby. Wprowadzono ograniczenia i rygory stanu wyjątkowego. Obowiązkowe stały się szczepienia i izolacja osób podejrzanych o zarażenie. Ten stan trwał do 19 września, kiedy go odwołano. W sumie zachorowało 99 osób. Zmarło 7. Akcja dotknęła całą Polskę, izolowano 5 tysięcy osób, 8 milionów Polaków zaszczepiono w tym 2 miliony na terenie Dolnego Śląska i pół miliona w samym Wrocławiu.

*

Ówczesne władze sprawnie i konsekwentnie wtedy zadziałały. Były to bowiem władze reżimowe, bezwzględne, zupełnie nie szanowały wolności obywateli, godność osobistą tępiły w zarodku, bez litości i nie bały się księży.

Obecne władze, po zawierzeniu opiece boskiej losu swych poddanych, czują się komfortowo. Wiara czyni cuda.

No i co. Jesteśmy krajem idiotów czy nie?

Winni pazerni lekarze?

W pilskim zaułku zrobiło się gwarno i tłoczno, a to z powodu ubiegło tygodniowego felietonu poświęconego pilskiej służbie zdrowia. Otrzymałem kilkanaście e – maili, a na moim blogu pojawiło się kilka wpisów, których autorzy – potwierdzając moje obserwacje – przedstawili szereg wydarzeń ilustrujących ich krytyczne opinie na temat pilskiej ( i nie tylko) służby zdrowia.

W tej bogatej choć nieco jednostronnej poczcie moją uwagę zwrócił list internauty (jak można się domyśleć lekarza z zawodu), który próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego – jego zdaniem – nasza służba zdrowa tak źle funkcjonuje.

Odpowiedź bardzo mnie zaskoczyła. Samokrytycznie bowiem przyznał, ze cała odpowiedzialność spada na jego środowisko – na – jak to nazwał – pazerność lekarzy. Pisze tak:

„Lekarz pracuje w szpitalu publicznym, a jednocześnie prowadzi swoją praktykę prywatną. Prowadzi ciężarną prywatnie, ale wszystkie niezbędne badania zleca do przeprowadzenia w swoim szpitalu. Pytanie: okrada w ten sposób NFZ czy nie?

Lekarz pracuje w szpitalu publicznym i wydaje swojej prywatnej pacjentce skierowanie do swojego szpitala na dokonanie cesarskiego cięcia. W określonym dniu bierze nocny dyżur, wykonuje operację w publicznym szpitalu i inkasuje od pacjentki pieniądze za zabieg. To około 2000 zł. Nocny dyżur w szpitalu o którym myślę – około 1500 zł. Okrada NFZ czy nie?

Na dyżur dzienny lekarze stawiają się w szpitalu o godzinie 7.00. Między godziną 12 a 13 większość jest już poza szpitalem, w prywatnych przychodniach i klinikach. Okrada NFZ czy nie?

Ordynator oddziału w publicznym szpitalu jest często jednocześnie współwłaścicielem prywatnej kliniki. Swoje pacjentki z tejże kliniki kieruje na badania do szpitala publicznego, gdzie jest ordynatorem. Okrada NFZ czy nie?”

Trzeba przyznać, że lekarskie „przekręty” które ujawnił autor listu, muszą każdego bulwersować..

Mnie dodatkowo zasmuciło pesymistyczne zakończenie jego listu.

„Nie wierzę w samooczyszczenie się środowiska zorganizowanego w system korporacyjny. Tak jak naiwnością było u początków III RP przekonanie, że samooczyszczenia dokona środowisko sędziowskie czy prokuratorskie System korporacyjny z samej istoty rzeczy, będzie bronił do końca swoich, nawet tych skompromitowanych w sposób oczywisty”.

Tak pisze lekarz o własnym środowisku. Czy nie ma sposobu, aby zaradzić tej sytuacji? Co Państwo o tym sądzicie? I co sądzą o tym sami lekarze? Czekam na odpowiedź.

Szpitalna kolejkomania

Narzekanie na służbę zdrowia jest tak powszechne, że aż banalne i nie przyłączyłbym się do chóru jej krytyków, gdyby nie obietnica zawarta w post scriptum do mojego felietonu – podejmowania tematów sugerowanych mi przez czytelników.

„Zakręciło mi się w głowie i spadłam ze schodów” – pisze do mnie pani Ola z Piły – „stłukłam sobie kostkę, pokaleczyłam kolana i rękę. Pojechałam do mamy, która mi skaleczenia przemyła wodą utlenioną, kostkę fachowo unieruchomiła i dała jakieś pastylki przeciwbólowe. Po paru godzinach okazało się, że ten domowy sposób nie pomaga. Pojawił się bardzo intensywny ból w okolicach kolana, a kostka spuchła mi jak balon. Było późne popołudnie, więc pojechałam do naszego szpitala. Takich jak ja osób z różnorodnymi urazami było kilkanaście. Wydawałoby się więc, że szybko zostanę obsłużona i wrócę do domu, gdzie pod nadzorem najstarszego czekali na mnie moi trzej synowie. Tymczasem spędziłam w szpitalu cztery godziny, by w konsekwencji dowiedzieć się tego, co i tak wiedziałam i otrzymać receptę na leki, które wcześniej dostałam od mamy.”

Z bardzo obszernego listu pani Oli wynika, że wszystkiemu winne są procedury organizacyjne, które niepotrzebnie wydłużają pobyt pacjenta. Najpierw – według jej relacji – trzeba stać w kolejce do pielęgniarki w rejestracji, potem w kolejce do lekarza. Ten rzucił okiem na jej nogę i wypisał skierowanie do rentgena. Tam pani Ola stanęła w kolejnej kolejce, by po zrobieniu zdjęcia znowu czekać – w piątej już kolejce do tego samego lekarza, który ją do rentgena skierował.

Istna kołomyja, ale widocznie tak trzeba – pomyślała sobie nasza bohaterka i pokornie czekała zaniepokojona, czy aby pozostawieni samopas synowie nie demolują jej mieszkania.

Tymczasem wcale tak być nie musi i są wyjątki, które tej skomplikowanej procedury przechodzić nie muszą.

Oto pewien energiczny mężczyzna, który pojawił się w recepcji, zażądał od obsługujących ją pielęgniarek natychmiastowego skierowania do rentgena. – Złamałem rękę – powiedział – wiem to i czuję i nie ma sensu, bym dwa razy stał w kolejce do lekarza. Pielęgniarka obejrzała jego rękę i bez słowa skierowała go do rentgena.

Uprzywilejowani są także poturbowani pijaczkowie przywiezieni przez policję. Tych również załatwia się od ręki. Ale oni zawsze byli ważniejsi od normalnych pacjentów – kończy swój list pani Ola.

Ja ze swej strony dodać do niego mogę tylko jedno – skromną sugestię, by dyrekcja szpitala lub kierownictwa poszczególnych jego komórek organizacyjnych przyjrzały się dokładniej procedurom organizacyjnym. Na pewno można je usprawnić na tyle, by ułatwić życie pacjentom. Ale to – jak powiedział mi pewien chorujący od lat znajomy- wymaga zmiany mentalności W polskiej służbie zdrowia ciągle bowiem pokutuje przekonanie, że jest ona przede wszystkim miejscem pracy lekarzy i pielęgniarek, a nie instytucją, która ma leczyć ludzi.