Gacie w Aquaparku

W sobotnie popołudnie zadzwonił na moim biurku telefon. W słuchawce usłyszałem głos starego przyjaciela, który od lat jest surowym recenzentem moich felietonów.

– Dlaczego w ubiegłym tygodniu nie napisałeś „zaułka” – zaczął karcącym tonem.

– Bo nie miałem tematu. Prezydent nic nie zbroił, jego rzeczniczka nie przysłała żadnego zabawnego maila, miejscowy PiS już dawno umarł, a pisanie o służbie zdrowia znudziło mi się.

– A do najbliższego numeru masz temat? – zapytał z niepokojem w głosie

– Nic ciekawego – odpowiedziałem, oczekując złośliwej uwagi z jego strony.

– To dobrze, bo ja dla Ciebie mam smaczny kąsek – byłem zaskoczony jego reakcją i ciekawie nadstawiłem ucha.

– Odwiedził mnie dzisiaj mój znajomy z Kaczor – zaczął opowiadać, a ja złapałem szybko długopis, by jego historię zanotować – Przyjechał z synkiem tuż przed obiadem, więc żona kazała mi ich czymś zająć, zanim coś upichci. Poszliśmy do Aquaparku. Ciągle chwalił się tą swoją pływalnią w Kaczorach, więc chciałem mu utrzeć nosa i pokazać, że nasza większa i ładniejsza. Kupiłem bilet jemu i jego nadmiernie ruchliwemu siedmioletniemu synkowi. Weszliśmy na basen. Ja pobiegłem za małym, bo ten wyrwał mi się z rąk i pognał do jacuzzi, a mojego znajomego zatrzymali ratownicy rozparci wygodnie na fotelikach przed swoją kanciapą. Po chwili przyszedł i powiedział, że nie chcą go wpuścić na basen, bo jego kąpielówki są za mało obcisłe, a nogawki za długie. Pobiegłem z interwencją. Prosiłem i groziłem, ale nic nie pomogło. Ratownicy twardo stali na swoim, zdradzając mi przy okazji, że mogą stracić premię, jeśli ustąpią. Mój znajomy opuścił więc basen, a ja przez godzinę uganiałem się za jego nadruchliwym synem, co – jak wiesz – nie należy do moich ulubionych zajęć.

– Też mi temat – zawiedziony odłożyłem długopis – trzeba było przeczytać regulamin.

– A ty go czytałeś? Zapytał mnie wiedząc, że także często chodzę do Aquaparku?

– Nie

– A szkoda, bo dowiedziałbyś się, że jest on bardzo liberalny dla kobiet i surowy dla mężczyzn. Gacie musisz mieć obcisłe, bo inaczej cię nie wpuszczą.

– Jak mocno obcisłe? Tak, żeby można było rozmiar klejnotów ocenić? – dalszej części naszego dialogu nie zacytuję, aby nie być posądzony o homofobię.

Mimo pikantnych wniosków, jakie sugerował mi mój przyjaciel nie byłem zadowolony z jego opowieści.

– Ale nie znasz zakończenia całej historii – wyczuł mój sceptycyzm – Wyobraź sobie, że odmówili mi zwrotu pieniędzy za bilet mojego znajomego, który przesiedział całą godzinę w recepcji. Więcej, kazali mi zapłacić karę za przekroczenie limitu czasu, bo maluch zamiast się ubierać bawił się ze mną w szatni w chowanego.

– No to miałeś pecha

– Ciebie to bawi – zakończył naszą rozmowę mój przyjaciel, – a ja najadłem się wstydu. Mój gość zaproponował mi, że kupi mi karnet na kaczorską pływalnię. Tam nikt gaci nie ocenia, a klienta się nie naciąga i traktuje z szacunkiem.

Odechciało mi się śmiać z niego. I … napisałem ten felieton.

Manneken PiS

Prawo i Sprawiedliwość ma fatalny pijar, bo – wobec obowiązującego w tej partii kultu wodza – on sam o nim decyduje, ulegając nastrojom i humorom. Efekty są opłakane.

Przez lata każde wystąpienie przedstawicieli tej partii sprowadzało się do tezy, którą trafnie wyśmiał w swym wierszu Wojciech Młynarski, pisząc:

„Pociąg spóźnił się do Buska – wina Tuska.

Podupada kurort Ustka – wina Tuska.

Groch się jakoś marnie łuska – wina Tuska.

W Totku Ci nie wyszła szóstka – wina Tuska (…)

Zaszkodziła Ci kapustka – wina Tuska.

Cioci Zosi siadła trzustka – wina Tuska.

W szczerym polu uschła brzózka – wina Tuska.

W gardle Ci uwięzła kluska – wina Tuska.

Dyszel złamał się u wózka – wina Tuska.

Waza stłukła się etruska – wina Tuska.

Zimny deszczyk w oczy pluska – wina Tuska.

Gorzkie łzy ociera chustka – wina Tuska.

Połamała nóżki kózka – wina Tuska.

Księdzu z głowy spadła piuska – wina Tuska.

Polska to kolonia ruska – wina Tuska.

Na stadionach rąbanina – Tuska wina.

Spytasz mnie publiko moja, a cóż to za paranoja?

To katechizm jest prześliczny sporej partii politycznej.

A dlaczego Panie święty ten mój wierszyk nie ma puenty?

W miejsce puenty mgła i pustka – wina Tuska.”

Gdy zabrakło Tuska prezes się pogubił. Najpierw ogłosił, że to bardzo dobrze, iż Tusk odchodzi, bo jego premierostwo to pasmo nieszczęść i klęsk polskiej polityki, a potem ubolewał, że opuszcza kraj w sytuacji, kiedy wymaga on (kraj) wysiłku przezwyciężania zewnętrznych zagrożeń geopolitycznych i zmagań gospodarczych wywołanych rosyjską retorsją handlową.

Po raz kolejny pogubił się prezes w minionym tygodniu. Komentując przewidywaną zmianę na stanowisku marszałka sejmu, nie ukrywając zdenerwowania wykrzyczał::

„To ostentacyjne odrzucenie zasady merytorycznej (…) przy doborze kadr na tym najwyższym szczeblu. Po prostu kpina ze społeczeństwa. Chodzi o wywołanie w Polsce wielkiej awantury. Bo ta władza ma tylko szanse wtedy, jeżeli będzie awantura i ta władza chce tej awantury. To widać w tych nominacjach.”

Tymczasem podczas sejmowej dyskusji to nie Sikorski a poseł PiS Krzysztof Szczerski wygłosił agresywne, niegodne jego profesorskiego tytułu wystąpienie bezpardonowo atakujące nowego marszałka. Potwierdził tym dobitnie panikę PIS-u, który tracąc w sondażach, awanturą próbował nadrobić straty. Ale Sikorski nie dał się sprowokować. Wygłosił eleganckie i bardzo pojednawcze przemówienie, puszczając mimo uszu obelgi pod swym adresem. Pijarowscy PiS znowu ponieśli klęskę, a rozczarowany Szczerski wystąpienie marszałka skomentował zdaniem: „Nawet wilk może śpiewać pieśń owcy!”.

Zacząłem swój komentarz od cytatu artysty i podobnie skończę. Krystyna Kofta na portalu „Na Temat.pl” tak charakteryzuje aktualny stan ducha prezesa Kaczyńskiego:

„Prezes Kaczyński jak zwykle wystąpił, jako „Wujek samo zło”, czyli wszystko w kraju jest do d… Choć solaria chyba są w porzo? Bo opalony był jakby wrócił z Egiptu. Jest wściekły jak ten facet, co to sikał za ciężarówką, która nagle odjechała, a on stoi jak nie przymierzając, nomen omen – Manneken PiS, symbol Brukseli, czyli sikający chłopiec z brązu. A ludność się śmieje do rozpuku. Wina Tuska, to oczywista oczywistość, bo to on był w tej ciężarówce i wyjechał do Europy, żeby złośliwie obnażyć prezesa!”

Wrota piekieł

Wujek z bratankiem siedzą w kawiarni. Dosiada się ktoś inny:
– A w Gródku Jagiellońskim, ty był – pyta wujaszek?
– Nieee.., a dlaczego py… – spada z krzesła trafiony celnie wymierzonym sierpowym.
– Wujku! Dlaczego!? A co by wujek zrobił, gdyby odpowiedział, że był?
– A toby dopiero oberwał – wyjaśnia wujaszek.
Ta stara i powszechnie znana opowiastka najlepiej ilustruje stosunek części polityków i mediów do nowego rządu, a zwłaszcza jego szefowej.

*

Czy kandydatura Ewy Kopacz na następczynię Tuska w Polsce jest dobra? Według mnie jest dobra, choć nie budzi mojego entuzjazmu (ja wybrałbym Sikorskiego). Doktor Ewa przebiła się z samych nizin, ma opinię osoby uczciwej i etycznej, nabrała doświadczenia jako minister i marszałek, jest osobą energiczną i decyzyjną, w trudnych momentach wykazuje się odwagą i determinacją. Jej słabością jest brak doświadczenia zwłaszcza w sprawach gospodarczych i zagranicznych. W tych dziedzinach jest osobą nową.

Od chwili pojawienia się jej kandydatury stała się obiektem nagonki ze strony prawicowej opozycji. Od polityków opozycji i powiązanych z nimi komentatorów dowiadujemy się więc, że jest „spryciarą i karierowiczką”, że przez jej decyzje w Ministerstwie Zdrowia ludzie umierają na raka, że marszałkini „do lodówki” chowała wszelkie inicjatywy ustawodawcze opozycji, w końcu, że brak jej wdzięku i charyzmy.

Takie same ataki ściągnąłby na siebie każdy inny kandydat PO na premiera: Sikorski, Kwiatkowski, Lewandowski, Bielecki i inni, bo opozycja a zwłaszcza PiS i SLD zachowują się jak ów wujaszek z dykteryjki przytoczonej na wstępie.

Jaki będzie tego efekt? Te ataki spowodują wzrost notowań Ewy Kopacz.

*

Wszyscy podejrzewali, że Donald Tusk proponując na swoje miejsce Ewę Kopacz liczył na to, że będzie mógł rządzić Polską z tylnego siedzenia. Dziś głosy te ucichły. Tusk bowiem zniknął z polskiej sceny politycznej i robi wrażenie, jakby go to, co się u nas dzieje, przesłało interesować.

Przyznam, że wcale mu się nie dziwię. Więcej, rozumiem jego wypalenie się. Był w sytuacji człowieka, który od wielu lat wstawał rano i miał poważne problemy na głowie oraz … napastliwą opozycję, która atakowała go bez przerwy, obojętne czy zrobił dobrze, czy źle. Na urlop nie mógł pojechać, bo zaraz było: „tu się wydarzyło to i to, a on sobie na nartach szusuje w Dolomitach”. Musiał też znosić obrzydliwe ataki na syna i córkę, kłamliwe informacje o rodzicach, dziadkach i o swoim życiu.

Dobrze rozumiem zachowanie Tuska, bo w mikroskali przeżywam to samo co on jako bloger atakowany przez sfrustrowanych osobników, jakich pełno w Internecie – ludzi zawistnych, zakompleksiałych, małych w swoim człowieczeństwie i intelekcie, mających pretensję do całego świata za swoje nieudane życie.

Nie dziwię się więc Tuskowi, że świadomie odsunął się na dalszy plan przygotowując do roli, jaka nie była dana żadnemu polskiemu polityki w historii.

*

Dyskusje wokół tworzącego się nowego rządu otwarły na oścież wrota polskich piekieł. Wystarczy zajrzeć do Internetu, by się o tym przekonać. Pojawiają się w nich osobnicy, którzy poddają się nienawiści z ochotą, jakby tęsknili za szubienicami. Wszelkie próby protestu przeciwko takim postawom kończą się niepowodzeniem. Nie dociera żaden argument oparty choćby na najbardziej oczywistych faktach.

„Gdy nienawiść zżera jednostkę, jest to sprawa jej sumienia. – pisała nieżyjąca już Barbara Skarga, etyk, profesor filozofii w PAN. – Nędzne to, ale nie wychodzimy tu poza sferę etyki. Lecz jad się sączy i zaraża otoczenie. Wówczas nic już nie może powstrzymać fali nienawiści, mały pretekst i rozlewa się szeroko głucha na argumenty. Skutki są zawsze fatalne. Na nienawiści nigdy niczego nie zbudowano. Ona chce tylko rozliczyć, zniszczyć, poniżyć zwłaszcza tych, w których dostrzega głównych nieprzyjaciół. Wroga zawsze można znaleźć, a tłum pobudzić jest łatwo. W rezultacie nienawiść jak błoto, maź potrafi pokryć wszelkie społeczne działanie, lepka i niszcząca – gotowa zrujnować nawet to co najlepsze.”

Nasz klient – nasz pan?

Nie lubię robić zakupów. Uraz ten został mi od czasów komuny, gdy w sklepach państwowych traktowano klienta jak piąte koło u wozu, a u prywaciarzy starali się go oszwabić.

Powie ktoś, że to zamierzchła przeszłość, że kapitalizm wymusza szacunek dla klienta, że marketing….jednym słowem że dziś jest inaczej – lepiej. Na pewno?

Kilka dni temu moja sąsiadka – emerytka, oszczędzając przez cały rok, wybrała się do pilskiego sklepu RTV, by kupić telewizor. Zabrała ze sobą wnuczka, bo ludzie starsi na ogół dość niepewnie czują się w sklepach z elektroniką. Ponieważ moja sąsiadka wyznaje zasadę, że biednych nie stać na kupowanie rzeczy tanich, zdecydowała się na telewizor marki Sony o średniej wielkości ekranie i z wieloma bajerami, na których nawet jej wnuczek nie do końca się znał.

Kupili telewizor, przywieźli go samochodem wnuczka do domu i zaczęli uruchamiać. Szło im jak z płatka do momentu, gdy okazało się, że telewizor ma także opcję pozwalającą na korzystanie z Internetu. Babcię to ucieszyło, bo należy do coraz liczniejszej w jej pokoleniu gromadki osób sprawnie żeglujących po Internecie. Ale jak w ten Internet wleźć? Pytanie to okazało się zbyt trudne nie tylko dla wnuczka, ale także dla mnie i paru innych sąsiadów, których wezwano do pomocy.

Postanowiono więc posłać wnuczka do sklepu i poprosić o informację na ten temat. Poszedł i … wrócił z niczym. Najpierw sprzedawca a potem kierownik stoiska zażądali od niego za taką informację sześćdziesiąt dziewięć złotych, choć dobrze wiedzieli, że był ich klientem sprzed godziny. – Trzeba było o to spytać, gdy Pan kupował telewizor – usłyszał na pożegnanie

Po nieudanej wyprawie wnuczka oczy zebranych u sąsiadów osób zwróciły się na mnie. Niech Pan, Panie Redaktorze, zadzwoni do centrali sklepu i poskarży się na ich pracowników. Może nam pomogą. Niechętnie, ale zadzwoniłem. Pani, która wysłuchała mojej skargi, robiła wrażenie kompletnie zdezorientowanej, (choć dzwoniłem do działu reklamacji), a gdy zagroziłem jej interwencją u powiatowego pełnomocnika do spraw konsumentów odesłała mnie do swego – podobno lepiej zorientowanego kolegi, który telefonu nie odbierał.

Poczułem się bardziej bezradny niż w peerelowskim sklepie. Wtedy przynajmniej można się było wpisać do „książki życzeń i zażaleń”, której sprzedawcy bali się, jak diabeł święconej wody, a dzisiaj musisz zapłacić nawet za zwykłą odpowiedź na proste pytanie.

Bo w rzeczywistości sprawa okazała się duperelna i po pewnym czasie wnuczek znalazł opcję, pozwalającą babci na swobodne buszowanie w Internecie. A ja postanowiłem napisać ten felietonik, by przestrzec przed sprzedawcami, którzy nie widzą związku między stosunkiem do klienta a trwałością miejsca swojej pracy.

Nepotyzm

Co jakiś czas media ujawniają rodzinne powiązania między ludźmi na stanowiskach. Wywołuje to powszechne oburzenie zwłaszcza wśród nieudaczników, których nikt nigdy i w żadnych okolicznościach nie awansowałby. Nie oznacza to, że akceptuję nepotyzm. Uważam tylko, że często szafujemy tym określeniem. Nepotyzm był, jest i będzie zwłaszcza na styku polityki, biznesu i administracji. Jest bowiem składnikiem szerszej formuły kupczenia stanowiskami i przywilejami, czyli kumoterstwa.

Przed laty Waldemar Pawlak w audycji radiowej na pytanie dziennikarza, wyjątkowo szczerze odpowiedział, że on nie widzi nic zdrożnego w zatrudnianiu dzieci, żon i pociotków w firmach zarządzanych przez funkcjonariuszy partyjnych. Sformułował to w ten sposób, że przecież każdy powinien być dumny, jeżeli syn lub córka kontynuuje dzieło rodzica, a jeżeli ktoś ma kwalifikacje – to praca mu się należy w Polsce, a nie w Irlandii czy Londynie.

To akurat jest oczywiste. Podobnie jak oczywiste jest to, że członkowie rodzin „ludzi władzy” muszą gdzieś pracować. Problem jednak w tym, gdzie i dzięki komu.

Od wielu lat mówi się o konieczności zatrzymania zjawiska, które powoduje, że wraz ze zmianą ekipy rządzącej „przewietrza się” stanowiska w urzędach, agencjach, spółkach itp. Mówi się, ale tylko w kampanii wyborczej. Po wyborach zwycięzcy dzielą łupy wśród swoich.

*

Przed wielu laty w jednym z wywiadów prasowych Jarosław Kaczyński wtedy działacz AWS użył sformułowania, które potem długo eksploatowały media, ale o którym dziś już nikt nie pamięta. „Teraz k…a my” (TKM) powiedział o polityce kadrowej, którą AWS zamierzało prowadzić po zwycięstwie wyborczym.

Kaczyński jest politykiem konsekwentnym, dlatego gdy w parę lat później PiS doszło do władzy, zlikwidowano Korpus Służby Cywilnej zastępując go tzw. Państwowym Zasobem Kadrowym, któremu miały podlegać wszystkie stanowiska administracji szczebla centralnego i większość kluczowych stanowisk administracji regionalnej. Likwidacja wymogów konkursowych, prawo dowolnego przesuwania ludzi z prowincji do urzędów centralnych, dała PiS-owi nieograniczone prawo do manipulacji i nepotyzmu.

PO będąc w opozycji zamianę tę krytykowało, ale po objęciu władzy prawie nic w polityce kadrowej państwa nie zmieniło. Pisowska koncepcja polityki kadrowej zwana TKM została zachowana. Tylko ludzie się zmienili. Na swoich.

*

Są w moim przekonaniu dwie podstawowe przyczyny wszechogarniającego nasze życie społeczno-polityczne nepotyzmu. Główną, która dotknęła w równym stopniu PiS co PO jest całkowita bezideowość i brak programu tych partii, a przede wszystkim brak koncepcji funkcjonowania państwa.

I problem drugi. W Polsce nie ma etosu pracy urzędnika. Każda partia, po przejęciu władzy, traktuje państwo jako łup polityczno – biznesowy. Żadna ekipa polityczna nie wypracowała jasnych kryteriów nominacji kadrowych, systemów awansów i działania w szeroko rozumianej służbie państwowej. Powoduje to, że coś, co w normalnych demokracjach jest korupcją polityczną – w Polsce jest normą. Bo przecież my Polacy mamy dobre serce i swym bliskim lubimy pomagać. Prawda?