Kupi – nie kupi

Przypisywane Jackowi Kurskiemu słowa „jedźmy w to, bo ciemny lud to kupi” nigdy tak bardzo się nie sprawdziły jak w minionym tygodniu w związku z szczytem klimatycznym w Brukseli. Każda z działających na scenie politycznej partii usiłowała wcisnąć Polakom swoją prawdę o tym wydarzeniu w nadziei, że ciemny lud to kupi.

Z zażenowaniem skonstatować muszę, że w kwestiach ekonomicznych Polacy do orłów nie należą i dyskutując na tematy gospodarcze kierują się raczej emocjami niż zimnym rachunkiem. Świadczą o tym także oceny wypowiadane przez polityków. Z jednej strony obóz rządowy odtrąbił wielki sukces, z drugiej Zbigniew Ziobro (ścigając się w radykalizmie ocen z działaczami PiS} zażądał dla pani premier Trybunału Stanu za „zdradę interesów Polski”.

Polacy tacy jak ja, którzy do pisowskiej sekty należeć nie chcą, interesików z PO robić nie będą, a zgryźliwe uwagi Millera im się przejadły, są dziś w nie lada kłopocie. Komu wierzyć? Przecież to oczywiste, że podczas kampanii wyborczej nikt prawdy nie powie i racjonalnie sytuacji nie przedstawi, bo każdy kalkuluje, co mu się opłaci, a co nie. Co jego „ciemny lud” chce usłyszeć, a o czym wiedzieć nie powinien.

W tej sytuacji proponuję odwołać się do faktów i… zdrowego rozsądku. Rezultat szczytu klimatycznego w Brukseli nie jest ani sukcesem, ani tym bardziej narodową klęską. Jest kompromisem. I tak jest zawsze, bo tak funkcjonuje Unia Europejska.

Tuż przed szczytem nastroje polskich przedsiębiorców branży energetycznej były minorowe. Dowodzili oni, że nowe unijne regulacje oznaczałyby dla Polski wzrost kosztu produkcji energii z węgla brunatnego o połowę, a z węgla kamiennego o 45 proc. Minister Trzaskowski dodał, że gdyby zgodzić się na plany UE to cena energii poszłaby w górę o 80 proc. Po szczycie w Brukseli wiadomo już, że od 2020 roku nic podobnego nie będzie miało miejsca. Skutkiem uporu naszych negocjatorów ambitne cele UE zaczną być realizowane dopiero od roku 2030. Udało nam się uzyskać kolejne 10 lat na modernizację polskiej energetyki, która przypomina dziś skansen i jest technicznie zapóźniona o ponad 40 lat w stosunku do innych krajów. Także ta oparta na węglu. I to jest fakt pierwszy – bezsporny.

Faktem drugim jest to, że na modernizację polskiej energetyki potrzeba 100 miliardów złotych. Nie mamy ich i mieć zapewne nie będziemy, chyba że zrezygnujemy z ambitnego planu unowocześnienia naszej armii.

Do końca roku 2012 polscy producenci energii musieli kupować na rynku jedynie 10% zezwoleń na produkcję energii, 90% mieli za darmo. Od stycznia 2013 kupować musimy już 40% pozwoleń, zaś premier Ewa Kopacz wynegocjowała, że w tej kwestii nic się nie zmieni i utrzymamy system darmowych pozwoleń na emisję CO2 dla sektora elektroenergetycznego na poziomie 40% do 2030 roku. Dotąd ta zmiana nie wpłynęła na ceny energii, ale czy będzie tak dalej, tego gwarantować nikt nie może. I to jest fakt 3.

Polska ekipa negocjacyjna (fakt 4) wytargowała zwiększenie funduszu energetycznego dla biedniejszych państw UE, z którego ma nam przypaść 7 mld zł, co wystarczy na zbudowanie jednego bloku energetycznego o mocy 1075 MW, podobnego do budowanego właśnie w Kozienicach. Biorąc jednak pod uwagę, że fundusze mają być nadzorowane przez eurobiurokratów i, zapewne, będzie obowiązywał mechanizm współpłacenia, może to wystarczyć nawet na jakiś drugi, mniejszy blok.

Na koniec pozostaje mi tylko przypomnieć jeszcze jeden fakt – tym razem o charakterze historycznym. Zgodę na pakt klimatyczny w imieniu Polski wyrazili bracia Kaczyński w czasach, gdy rządziła w Polsce koalicja PiS – Samoobrona – LPR.

Piła – eLdorado dla kierowców

Zmorą pilskich kierowców są tak zwane „eLki”, czyli samochody firm prowadzących naukę jazdy. W czasach, kiedy miałem jeszcze swój samochód i intensywnie go eksploatowałem, nie można było przejechać przez miasto, by nie trafić na kilka z nich. Raz nawet udało mi się spotkać aż jedenaście „eLek” w jednym miejscu. Dziś jest podobnie, co wprawia w silne zdenerwowanie moich znajomych taksówkarzy, z których usług często korzystam.
Jak niemal wszyscy pilanie nie darzyłem więc dotąd sympatią licznych w naszym mieście „eLkarzy”. Dziś są oni dla mnie powodem do dumy z mojego miasta. Skąd taka zmiana nastawienia?

Oto bowiem w ubiegły czwartek, jadąc z córką jej „roverem”, znaleźliśmy się na jednym z licznych pilskich rond tuż za samochodem (sądząc po rejestracji) pochodzącym ze Stargardu, który obok oznakowań obowiązujących pojazdy „nauki jazdy” miał także reklamę wyborczą.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo takich jeżdżących reklam wyborczych pojawia się coraz więcej na naszych ulicach, gdyby nie treść hasła, którym zachęcał swych wyborców kandydat do Rady Miasta w Stargardzie. Hasło to brzmiało bowiem „Chcemy zdawać w Pile”.

Nie byłbym sobą, gdybym nie nakłonił mojej córki do jazdy za tym samochodem i po jego zatrzymaniu się, nie skorzystał z okazji, by spytać jego kierowcę, skąd taki pomysł wyborczego hasła?

Dowiedziałem się, że Piła to prawdziwe Eldorado zarówno dla instruktorów jazdy jak i dla ich uczniów. – Macie – chwalił Piłę mój rozmówca – szerokie ulice, racjonalne rozwiązania komunikacyjne, liczne ronda, bezpieczne skrzyżowania oraz… praktycznie brak korków. Wymarzone miejsce dla nauki jazdy. Co zresztą widać, bo „eLek” na ulicach u Was pełno.

Podziękowałem mu i choć dotąd – podobnie jak większość pilan – nie lubiłem „eLkarzy”, poczułem dumę z mojego miasta. To miło być nazywanym przez mieszkańców stosunkowo odległej miejscowości z sąsiedzkiego województwa miastem „el hombre dorado” czyli ludzi olśnionych złotem.

Gdy mamona stała się Bogiem

Jestem zwolennikiem staroświeckiego modelu rodziny. Uważam bowiem, że mężczyzna jest od tego, żeby pieniądze zarabiać, a kobieta, by je (byle mądrze) wydawać. Dlatego dość rzadko odwiedzam sklepy i nie bardzo sobie w nich radzę zwłaszcza wtedy, gdy każą mi wybierać na przykład. gatunek jabłek lub rodzaj sera.

W minionym tygodniu zachorowała mi żona, więc musiałem wyręczyć ją w codziennych zakupach. W osiedlowym warzywniaku obsługujące panie natychmiast dostrzegły moją bezradność i pomogły mi w wyborze produktów, troskliwie przy tym pytając o stan zdrowia mojej żony. Skąd one mnie znały, to już ich tajemnica, ostatnio byłem u nich bowiem jakieś pięć lat temu.

Wieczorem tego samego dnia z drzemki przed telewizorem wyrwał mnie huk strzałów dochodzących zza okna. Ponieważ oglądam często amerykańskie kryminały, pomyślałem, że to policja gania po ulicach jakiegoś złoczyńcę. Po chwili dopiero, gdy na dobre wyrwałem się z ramion Morfeusza, uświadomiłem sobie, że przecież Piła to nie Chicago. Zamiast więc schować się w łazience w wannie (to podobno najbezpieczniejsze miejsce w amerykańskich domach), podszedłem śmiało do okna i odsłoniłem firanki. Niebo nad Piłą rozświetlały pióropusze sztucznych ogni. Ki diabeł – pomyślałem. Nowy rok w październiku? Co znowu ten Głowski wymyślił? Dopiero po dokładnym przejrzeniu internetowych portali zorientowałem się, że w ten sposób miasto wita nową galerię handlową.

*

Mimo bezradności w robieniu zakupów na tyle znam prawa kapitalistycznej ekonomii, że wiem, iż każdy nowy supermarket prowadzi do upadku setek małych osiedlowych sklepików, które z natury rzeczy oferują droższy towar. Mimo to moja żona, która – jak każda Wielkopolanka – jest oszczędna, omija „galerie” z daleka.

– Wolę – tłumaczy mi – intymny nastrój małych sklepików, niemal rodzinną atmosferę w nich panującą i panie, które życzliwie doradzą mi, co kupić, od labiryntu półek w supermarketach, wśród których czuję się bezradna i zagubiona. Ich personel zaś czujnie obserwuje każdy mój ruch, traktując mnie jak potencjalną złodziejkę.

Opinii tej nie podziela już ani moja córka, ani mój najstarszy wnuk, który każdą wolną chwilę spędza z rówieśnikami w „Kasztanowej”. Mój syn natomiast raz w tygodniu przyjeżdża z Kaczor, by zrobić zakupy w Tesco.

Inne pokolenie i inne gusta.

*

Więcej we mnie starego „komucha” niż gorliwego katolika, ale czasem myślę sobie, że gigantyczne markety są dziś jak kościoły, w których modlitwę zastąpił szał zakupów, a Pana Boga mamona. I nie jestem wcale przekonany, że tak jest lepiej.

Dialog głuchych

Doniesienia o tym, że kardynałowie i biskupi z pewnym dystansem przypatrują się niektórym poczynaniom papieża Franciszka, dochodziły z Watykanu od dawna. Na synodzie, który właśnie zakończył się w Watykanie, doszło do różnicy poglądów między książętami Kościoła a jego głową. Otóż papież miałby nie tyle popierać, ile chcieć inicjować rozmowy na temat możliwości udzielania ślubów osobom po rozwodzie, które żyją w powtórnych związkach, oraz uświęcenia małżeństw jednopłciowych. Tę jego wolę wspartą przez część hierarchów wyraził wstępny dokument podsumowujący pierwszy tydzień dyskusji. Wywołał on sprzeciw biskupów i kardynałów wobec zawartych w pierwszym sprawozdaniu z obrad głosów wyrażających uznanie dla par homoseksualnych i mówiących o potrzebie dopuszczenia rozwodników do komunii. Wśród oponentów znalazł się arcybiskup Gądecki przewodniczący episkopatu Polski, który oświadczył, że tekst jest nie do przyjęcia dla wielu biskupów i uznał, że jest to odejście od nauczania Jana Pawła II.

W drugim tygodniu obrad konserwatyści przystąpili do kontrofensywy. Ksiądz prof. Tony Anatrella z Paryża, psychoanalityk, ekspert na synodzie udzielił Radiu Watykańskiemu wywiadu, w którym stwierdził, że obradami biskupów usiłuje manipulować kilkuosobowa grupka.

– Papież Franciszek obserwuje dyskusję w milczeniu i jest zaniepokojony – komentują włoskie media. W kazaniu wygłoszonym podczas mszy w kaplicy Domu świętej Marty miał powiedzieć. „Nie można zawsze pozostawać zamkniętym w swoim systemie, trzeba zawsze otwierać się na niespodzianki Boga”.

*

Spośród problemów spornych, które ujawniły się na synodzie, chyba najważniejszym dla katolików jest kwestia akceptacji przez kościół rozwodników i dopuszczenia ich do sakramentu komunii.

Nie mają problemów z rozwodami żydzi, nie mają muzułmanie, mimo że ich stosunek do małżeństwa jest dość anachroniczny, nie mają wreszcie inne religie chrześcijańskie. KK pozostaje w tym względzie niewzruszony. „Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”

Tymczasem w ciągu ostatniego półwiecza dokonała się na świecie, a ostatnio coraz silniej i w Polsce zmiana stosunku do niektórych dogmatów kościelnych – proces, którego hierarchia KK nie zauważa. W efekcie wierni rezygnują z pośrednictwa kleru w interpretacji zawartych w Ewangeliach, Biblii a i Katechizmie wskazówek moralnych, stosując własne ich rozumienie, które sprowadzić można do tezy, że skoro nikomu nie wyrządzam krzywdy, to czyn mój jest moralnie obojętny, skoro zaś krzywdę wyrządzam, to nawet jeśli w zgodzie z dogmatami – moralnie obojętny nie jest.

Dotyczy to zwłaszcza spraw moralności seksualnej. W tej kwestii własne rozumienie zasad moralnych staje się coraz bardziej powszechne, a upadek dogmatów kościelnych jest coraz bardziej zauważalny. Młodzi ludzie nie widzą żadnych przesłanek moralnych dla kościelnej interpretacji przykazania „nie cudzołóż”, uznając, że wierny i seksualnie spełniony, choć nie sakramentalnie potwierdzony związek, oparty na zasadach partnerskich stoi moralnie wyżej nad nienawistnym, kościelnie usankcjonowanym małżeństwem, w którym dawno nie ma już miłości, przywiązania, lojalności i wsparcia.

Wspólne mieszkanie młodych ludzi bez ślubu kościelnego, czyli – jak to się kiedyś mówiło – „na kocią łapę”, nie dotyczy już jedynie wąskiej elity ateistycznych wolnomyślicieli. Rozprzestrzenia się nawet w środowiskach uchodzącym dotąd za ostoję tradycyjnego klerykalizmu – czyli w małych miasteczkach i na wsi, nie spotykając się w zasadzie z potępieniem społecznym.

Głos Kościoła w tej sytuacji traci na wadze i znaczeniu, prywatna interpretacja moralności, niedogmatyczna a praktyczna zyskała powszechną akceptację, podobnie jak powszechną stała się hipokryzja polegająca na tym, że ksiądz z ambony mówi swoje, a ludzie słuchają i robią swoje.

Niech za pointę posłużą słowa pewnego teologa, który obecną sytuację skomentował tak: „Bo już tak to jest, że jeśli Kościół nie słucha świata, to świat przestaje słuchać Kościoła. Mamy dialog głuchych”.

Podglądacze

Piła pojawia się rzadko na kolorowych paskach telewizji informacyjnych. I dobrze, oznacza to bowiem, że nie zdarzyło się u nas żadne nieszczęście i że władza nie palnęła żadnego głupstwa.

W minionym tygodniu nasze miasto pojawiło się telewizji z zupełnie innego powodu. Dzięki reporterowi TYN24 cała Polska dowiedziała się, że Pilska Spółdzielnia Mieszkaniowa postanowiła „inwigilować” swoich lokatorów. Na niektórych osiedlach zamontowano bowiem kamery telewizyjne skierowane na wejścia do bloków. Każdy więc będzie mógł obserwować, kto, o której i z kim wchodzi do swojego mieszkania.

To wyraźne udogodnienie dla żon oczekujących późnego powrotu podchmielonych mężów, które teraz będą mogły przygotować się do wymierzenia odpowiedniej do stanu męża kary.

To prawdziwy raj dla podglądaczy i plotkarzy. Teraz już bez żadnego wysiłku fizycznego, bez konieczności warowania przy oknie czy przy wizjerze będą mogli – siedząc wygodnie w fotelu – zaspakajać swoją chorą ciekawość.

Coś o tym wiem, ponieważ mam sąsiada na osiedlu, który zza firanki śledzi moją żonę idącą ze sklepu z zakupami, po czym natychmiast informuje internautów o tym, co Noska, będzie „żarł” na kolację. Nie czyni tego z troski o stan mojego zdrowia, lecz w nadziei, że moja dieta rychło mnie wykończy. Nie lubi mnie bowiem głównie za to, co piszę.
Odmiennej argumentacji użyło kierownictwo PSM dowodząc, że kamery zamontowano w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców. Mają one uchronić ich przed kradzieżami i chuligańskimi wybrykami. Cel zbożny, ale jego wykonanie – jak to u nas często bywa – niezbyt udane.

Szefom PSM radzę posłuchać rady starszego pana – mieszkańca naszej spółdzielni, którzy w TVN24 udzielił im dokładnej instrukcji, gdzie i jak należy zamontować kamery, aby chroniły lokatorów, a nie naruszały ich prywatności.
– Trzeba – mówił ów nobliwy starszy pan – skierować obiektywy kamer na samochody parkujące pod blokiem i na place dziecięcych zabaw, a nie wejścia do klatki schodowej. Wtedy spełnią swoją rolę.

W pełni popieram taki pomysł, chwalę kierownictwo spółdzielni za troskę o nasze bezpieczeństwo i mam nadzieję, że posłucha rad modyfikujących jego pomysł.

Niestety mnie osobiście niewiele to pomoże, bo mój sąsiad z osiedla i tak nie przestanie inwigilacji siatki z zakupami mojej żony i modłów o mój rychły zgon.