Śmierć kapitana Klossa

Zmarł Stanisław Mikulski, wybitny aktor i odtwórca głównej roli w kultowym serialu „Stawka większa niż życie”. Ta wiadomość, która w miniony czwartek obiegła wszystkie media, zasmuciła Polaków zwłaszcza tych z mojego pokolenia. Wszak bohater wykreowany przez Mikulskiego stał się w polskiej kulturze kimś na wzór dzisiejszego superbohatera. Kolicki o pseudonimie J-23, działający pod nazwiskiem Kloss jako polski agent na niemieckim terenie, był kimś, kogo podziwiali nie tylko chłopcy. Nieustraszony, sprawiedliwy, działający w imię wyższej wartości, a przy tym zabójczo przystojny – na zawsze pozostanie naszym polskim Jamesem Bondem. Moje koleżanki się w nim kochały, a koledzy chcieli być jak on, uosobieniem męskości.

W dniu śmierci aktora, gdy w telewizji pokazywano fragmenty filmów z jego udziałem, a przyjaciele wspominali zmarłego, na prawicowych portalach ruszyła machina opluwania Stanisława Mikulskiego i kreowanej przez niego postaci. Wszak chocholi taniec na trumnach to jedna z najbardziej charakterystycznych metod propagandy propisowskich mediów. Opluto więc Stanisława Mikulskiego za jego powiązania z „komunistycznym reżimem”, oberwało się także bohaterowi serialu.

„Kapitan Kloss – przeczytałem na jednym z prawicowych portali – to agent NKWD reprezentujący interesy jednego z dwóch zwalczających się na terenie Polski totalitaryzmów – tego, który zdołał zainstalować się tu na dłużej – jako bożyszcze polskich dzieci to chyba jeden największych sukcesów prosowieckiej propagandy. Wiele z naszych dziadków i babć zaciskało bezsilnie zęby (ci bardziej wyrobieni politycznie, niedobitki polskich elit), widząc podwórka pełne Klossów, Janków i Szarików, inni zrezygnowani machali ręką, nie mogąc zaproponować swoim dzieciom równie atrakcyjnej alternatywy (nie każdy posiadał zakazane przez wiele dziesięcioleci „Kamienie na szaniec”).”.

Ten tekst pokazuje, jakie spustoszenie w głowach Polaków – zwłaszcza tych najmłodszych – powoduje tzw. „polityka historyczna” realizowana głównie przez historyków wywodzących się z IPN – a polegająca na kłamliwie jednostronnym obrazie PRL – u.

Pisałem już kiedyś w jednym ze swych felietonów, że jako młody człowiek tuż po studiach polonistycznych zacząłem swą zawodową drogę od pracy nauczyciela języka polskiego w LO. Było to w połowie lat sześćdziesiątych i wykonywałem ten zawód przez prawie dziesięć lat. Dlatego dobrze pamiętam to, czego uczono w peerelowskich szkołach i jakie kłamstwa się na ten temat dzisiaj się wypisuje. Autor owego komentarza, który powyżej zacytowałem, też kłamie i to w żywe oczy. „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego” były w PRL lekturą szkolną, a w 1977 roku powstał film „Akcja pod Arsenałem” w reżyserii Jana Łomnickiego oparty na jej motywach.

Zadałem sobie kiedyś trud porównania liczby i jakości utworów literackich związanych tematycznie z II wojną światową, które znajdowały się w spisie lektur w szkole peerelowskiej a dzisiaj. Przepaść ogromna. Moi uczniowie z tamtych lat musieli znać utwory Bratnego, Borowskiego, Baczyńskiego, Andrzejewskiego i Gajcego (nie wszystkich wymieniłem) Współczesny maturzysta o tych poetach i pisarzach nawet nie słyszał. I co ciekawe. Dominowały teksty – i to zdecydowanie – opiewające wysiłek żołnierzy września 1939 roku, partyzanta AK i uczestnika Powstania Warszawskiego. Również polska kinematografia (po okresie stalinowskim) skoncentrowała swoją uwagę na martyrologii AK, że przypomnę kultowy „Kanał” Andrzeja Wajdy, w którym zresztą Stanisław Mikulski grał jedną z istotniejszych ról.

Nie cytowałbym owego internetowego komentarza, gdyby nie fakt, że w podobny sposób myślą ludzie, którzy garną się do władzy w Polsce. Nie tak dawno w TVP kierowanej przez Bronisława Wildsteina zakazano emisji „Stawki większej niż życie” oraz „Czterech pancernych i psa” – obu kultowych seriali wyprodukowanych w PRL – uznając je za antypolskie agitki.

Chociaż dzisiaj na „Stawkę większą niż życie” patrzymy z coraz większym dystansem, to będziemy zawsze darzyć ją sentymentem. Mam też nadzieję, że kochać będą ją także przyszłe pokolenia Polaków, chyba że do władzy dojdą ludzie, którzy znowu spróbują ją wyrzucić na śmietnik.

SLD na aucie?

Dla pilskiego SLD, które z kretesem przegrało wybory samorządowe, mam jeszcze jedną złą wiadomość. Oto lider partii, Leszek Miller, popełnił polityczne samobójstwo. Spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim, podał rękę człowiekowi, który ponosi polityczną odpowiedzialność za śmierć Barbary Blidy. Miller jest niewątpliwie wyrafinowanym graczem politycznym i zdecydował się na ten desperacki krok tylko dlatego, aby odwrócić uwagę opinii publicznej a zwłaszcza członków SLD od rozmiarów klęski wyborczej, za którą – jako lider partii – jest odpowiedzialny. To jego upór doprowadził do upadku idei stworzenia wielkiego obozu centrolewicy, który dwa lata temu zaproponował były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Niewielu dziś o tym pamięta.

Odnoszę wrażenie, że ten chytry pijarowski zabieg lidera SLD padł na podatny grunt w Pilskiem. Oto jeden z przegranych powiatowych działaczy SLD upublicznił informację, z której wynika, że wybory samorządowe odbyły się z naruszeniem prawa. Nie mam zamiaru polemizować z jego wywodami. Ja jestem polonistą a on matematykiem i polemika taka oparta byłaby na wątpliwych kwalifikacjach obu adwersarzy.

Natomiast wsłuchując się w opinię konstytucjonalistów wiem jedno. Pomysł Millera zgłoszony podczas spotkania z Kaczyńskim, by częściowo (do rad powiatów i sejmików) powtórzyć wybory lub (pomysł Kaczyńskiego) uchwałą sejmową skrócić kadencję wybranych właśnie samorządów jest sprzeczny z konstytucją i narusza podstawę ustroju demokratycznego, jakim jest trójpodział władzy.
By uwiarygodnić tę moją opinię podeprę się autorytetem Włodzimierza Cimoszewicza byłego premiera lewicowego rządu i ministra sprawiedliwości.

– Głosowanie przebiegło prawidłowo. Można ubolewać nad sporą liczbą głosów nieważnych i niewystarczającą informacją o sposobie zakreślania kandydatur, ale dotyczyło to w jednakowym stopniu wyborców o różnych sympatiach politycznych.(…) Wbrew retoryce PiS i SLD nie chodzi o te nieprawidłowości. PiS chce skorzystać z okazji i zaatakować prezydenta państwa, wiedząc z góry, że musi on bronić powagi i stabilności kraju i w związku z tym będzie się sprzeciwiał awanturniczym pomysłom. A SLD chce wywrócić szachownicę, na której dostało mata, i uniknąć rozmowy o kondycji. (…) To rozpaczliwa próba ucieczki od odpowiedzialności. Za każdą cenę. Po kilku latach kierowania tą partią przez Leszka Millera nie widać żadnych pozytywnych skutków.

Warto, by tę wypowiedź premiera Cimoszewicza przemyśleli pilscy działacze SLD, zanim zaczną seryjnie produkować protesty wyborcze na formularzach przesłanych z centrali. Zamiast marnować czas na pisanie protestów warto zabrać się za porządki na własnym partyjnym podwórku. Jeśli pilska SLD tego nie zrobi, już w następnych wyborach znajdzie się na aucie. Czego jej nie życzę.

Powyborcze nastroje

Śmieszy mnie ogólnonarodowe darcie szat z powodu skandalu z elektronicznym liczeniem głosów wyborczych. Oczywiście, nie powinno się to zdarzyć. Ale historia świata, w większości, składa się ze zdarzeń, które nie powinny się zdarzyć. Przekonanie, że wszystko i zawsze można mieć pod kontrolą, jest przekonaniem prostego, naiwnego umysłu. Posiadacze takich umysłów nie są w stanie ogarnąć złożoności i nieprzewidywalności świata. Toteż, gdy dzieje się coś, co „nie powinno się zdarzyć”, wietrzną spisek, krzyczą o katastrofie i końcu świata, a nawet porównują wyborczy skandal do katastrofy smoleńskiej.

Tymczasem między skandalem a katastrofą jest olbrzymia różnica. Usterki systemu informatycznego zdarzają się wszędzie (niedawno w USA w związku z tak zwaną reformą Obamy), natomiast bliżej katastrofy sytuuje się brak odpowiedzialności i totalna niefrasobliwość mediów, które przez cały tydzień, bez umiaru „wałkując” temat, wyolbrzymiły problem do rozmiarów oszustwa wyborczego na wielką skalę.

Kończąc ten wątek przypomnę perturbacje z liczeniem głosów w USA z roku 2000. Tam oczekiwanie na wynik trwało ponad miesiąc, Bush miał mniej głosów, ale więcej elektorów i został prezydentem. Nikt szat nie darł, sąd wyniki zatwierdził, a społeczeństwo nie utraciło wiary w amerykańską demokrację.

*

Martwi mnie fakt, że po tych spapranych wyborach coraz liczniejsze są głosy wątpiących w sam system demokratyczny. W 25 lat po transformacji Polakom udało się zajechać tę naszą, jeszcze nieporadną demokracje, jak starą kobyłę. Odpowiedzialni za to są ci, którzy przeprowadzali wybory – członkowie Państwowej Komisji Wyborczej, ale nie oni są głównymi winowajcami. Z niesmakiem obserwuję niektórych polityków, którzy wykorzystują obecną sytuacje, dla osiągnięcia krótkotrwałych korzyści politycznych. Ujawniło to spotkanie dwóch przegranych premierów, a równocześnie dwóch śmiertelnych wrogów Kaczyńskiego i Millera. Miller, postulując powtórkę wyborów, usiłował zatuszować klęskę wyborczą swojej partii, Kaczyński z kolei, próbując zrzucić odpowiedzialność na Komorowskiego, rozpoczął w ten sposób kampanię prezydencką. Obaj byli premierzy dobrze wiedzą, że postulują rozwiązania i formułują oskarżenia niezgodne z konstytucją i świadomie szkodzą demokratycznym instytucjom państwa polskiego. Skutki takiego postępowania są opłakane. Coraz częściej i coraz głośniej zwłaszcza wśród młodych Polaków pojawiają się głosy poddające w wątpliwość demokrację jako system społeczny. Jednym marzy się jakaś oświecona dyktatura, jakieś rządy komisaryczne, pojawili się nawet tacy, którzy chcieliby powrotu monarchii do Polski – wszystko w myśl zasady: niech mi ktoś odejmie ten kielich goryczy, bo nie podołam, bo nie umiem sam decydować o sobie i sam zatroszczyć się o siebie.

W moim przekonaniu za te nieudane wybory nie jest odpowiedzialny system demokratyczny. One zostały spaprane typowo po polsku, przez nierzetelność, bałaganiarstwo i pracę na łapu capu – przez „Polnische Wirtschaft”, jak słusznie zauważył Daniel Passent.

Tych, którzy sądzą, że wystarczy zamienić rządy demokratyczne na jakiegoś oświeconego dyktatora jak nie przymierzając Prezesa Tysiąclecia albo komisarza z twarzą i postury Leszka Millera ostrzegam, że ta zamiana nic nie zmieni. Myślicie, że wam sie ta dyktatura lepiej uda jak demokracja? Przecież ona też będzie nasza, swojska, polska! Wygodniej jest oddać władzę w ręce jakiegoś autokraty niż głośno przyznać, że nasze państwo jest emanacją naszego społeczeństwa i tylko my możemy je zmienić, jeśli nie chcemy aby znowu, jak to już bywało w historii, zrobił za nas to ktoś inny.

*

Mimo niewątpliwej porażki, jaką były wybory samorządowe roku 2014, chciałbym zakończyć mój felieton akcentem optymistycznym.

Zamiast rozdzierania szat i medialnego spektaklu nabijającego kabzę właścicielom mediów może by wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. Jakie?

Jeśli informatyczny system liczenia głosów się nie sprawdził, to po prostu należy go udoskonalić…

Jeśli głosowanie okazało się zbyt trudne dla znacznej części Polaków, to trzeba je uprościć.
Jeśli sędziowie wchodzących w skład PKW nie sprawdzili się, to należy ich wymienić.

Nie mamy pod ręką innego społeczeństwa, więc nie da się go wymienić. Zarówno postęp społeczny jak i techniczny to proces, który dokonuje się metodą prób i błędów. To na nich ludzkość się uczy. I my Polacy również.

Alicja w krainie polityki

Po raz pierwszy od momentu powstania „Obserwatorium” czyli od 1990 roku odstępuję moje miejsce w Tygodniku Nowym innej osobie. Ale powód jest nie byle jaki. Oto moja córka, Alicja Noska – Figiel, zdecydowała się na kandydowanie w wyborach samorządowych do wielkopolskiego sejmiku wojewódzkiego. Trudno, abym sam odnosił się do tego faktu. Córka dla ojca jest bowiem na ogół czymś szczególnym i dlatego trudno wymagać, abym mógł być obiektywny. Nie jestem też hipokrytą i nie będę udawał, że nie zależy mi na tym, aby moi czytelnicy zagłosowali na moją córkę. Wszystko to sprawiło, że poprosiłem Marka Barabasza mojego następcę i obecnego redaktora naczelnego TN, aby przeprowadził z nią wywiad, który ukazuje się w Internecie zamiast mojego „Obserwatorium”.

*

Alicja_baner do internetu

W materiałach wyborczych podkreśla Pani swoje wielkopolskie korzenie. Dlaczego?
– To oczywiste. Zabiegam o mandat w sejmiku wielkopolskim. Dobrze pełnić go może tylko ten, kto kocha swój region, zna jego tradycje i rozumieć ludzi, którzy tu od wieków żyją. Jestem Wielkopolanką od wielu pokoleń. Urodziłam się w Wągrowcu, mieszkam w Pile, rodzina moja pochodzi z Gniezna (ze strony ojca) i z Ostrowa (ze strony matki). Jako nastolatka pod wpływem opowiadań mojej babuni zainteresowałam się genealogią, grzebałam w starych rodzinnych dokumentach i w ten sposób poznałam swoje korzenie, z których jestem dumna. Mój pradziadek brał udział w Powstaniu Wielkopolskim i jako lotnik walczył potem podczas wojny z bolszewikami na samolotach wyprodukowanych nota bene w Pile. Moi obaj dziadkowie byli żołnierzami września 1939 roku. Mogłabym bez końca opowiadać o losach innych członków mojej rodziny w tym także zaradnych i odważnych kobietach, po których – jak twierdzi mój tato – odziedziczyłam geny.

Miejsce urodzenia i rodzinne tradycje jeszcze o niczym nie świadczą, to nie jest przepustka do ubiegania się o mandat w sejmiku.
– To prawda, ale liczą się wartości, które wynosi się z rodzinnego domu. W moim kultywowało się typową dla Wielkopolan pracowitość, dbałość o porządek, dobrą organizację oraz szacunek dla instytucji państwa. Moi chłopcy, których próbuję wychowywać według tego samego wzorca, złośliwie powiadają, że wystarczy mi ukraść kalendarz, a natychmiast się gubię. I mają rację. Każdy dzień mam dokładnie rozplanowany, bo jako osoba samotnie wychowująca trójkę chłopaków muszę dzielić czas między obowiązki matki, obowiązki właścicielki jednoosobowej firmy – jedynego źródła utrzymania całej mojej rodziny oraz … własne pasje i zainteresowania społeczno – artystyczne.

Jest Pani artystką?
– Artystką się bywa, a nie jest. Formalnie noszę tytuł artysty grafika i magistra sztuki. Ukończyłam bowiem studia graficzne na UMK w Toruniu, a moja firma o nazwie Studio Projektu Graficznego ART-WENA wykonuje usługi w zakresie grafiki użytkowej, artystycznej i komputerowej. Należę do pierwszego pokolenia Polaków, które studiowało i wkraczało na rynek pracy w Polsce kapitalistycznej. Nieobce mi są więc zawodowe i życiowe meandry, które to pokolenie musiało przejść, by znaleźć sobie miejsce w życiu. Byłam (na szczęście krótko) na zasiłku dla bezrobotnych, szukałam pracy w Anglii, pracowałam przez wiele lat w pilskich mediach, wreszcie „poszłam na swoje” i jestem zadowolona. Radzę sobie.

Co zadecydowało o tym, że Alicja z krainy artystycznych doznań wkroczyła w świat polityki?
– Ładnie to Pan powiedział. Będzie miał Pan dobry tytuł, ale odpowiedź moja jest bardzo prozaiczna. Powoduje mną gniew i złość na tych, którzy dotąd reprezentowali okręg pilski w sejmiku. Z racji wykonywanej pracy mam liczne kontakty z klientami w innych częściach Wielkopolski i nietrudno mi było dostrzec, że region pilski odstaje od Leszna, Kalisza, czy Konina, o Poznaniu nie wspominając. A ja nie chcę żyć w gorszej Wielkopolsce. Proszę mi odpowiedzieć, dlaczego pilski szpital jako jedyny spośród tego typu placówek jest na garnuszku powiatu, a nie województwa? Dlaczego nie ma u nas znaczących instytucji kulturalnych utrzymywanych przez Urząd Marszałkowski? Dlaczego mieszkańcy Ujścia czy Czarnkowa nie mogą doczekać się obiecywanych im od lat obwodnic? Dlaczego godzinami stać musimy przed rondem na Obornickiej, by wjechać do Poznania?

No właśnie. Dlaczego?
– Bo nasi reprezentanci w sejmiku nie potrafili walczyć o interesy regionu. W efekcie Piła, kiedyś najprężniej rozwijające się w Polsce „małe województwo” stała się dziś głęboką i „zapyziałą” prowincją. Wielkopolską B.

A Pani to zmieni? SLD to partia skazana raczej na opozycję, a radny z opozycji, jak twierdzą bardziej doświadczeni od Pani, ma niewielkie szanse na realizację swojego programu.
– Jak będzie siedział cicho i potulnie zgadzał się ze zdaniem większości, to nic nie zrobi. Ja rozumiem opozycyjność inaczej. Trzeba „tupać”, angażować media, angażować opinię publiczną, krzyczeć, walczyć o swoje racje wszelkimi prawnie dostępnymi sposobami. Dotąd nasi przedstawiciele w sejmiku albo „godnie” reprezentowali partię władzy albo – ci opozycyjni – zgadzali się na marginalizację. Ja taka nie będę.

Jak Pani zachęca do głosowania na swoją kandydaturę?
– Moi chłopcy – najlepsi moi agitatorzy – mówią tak: Nasza mama to kandydat na szóstkę i dlatego głosowanie na nią to strzał w dziesiątkę. Jestem na pozycji 10 listy nr 6. Tam mnie Państwo znajdziecie.

Dziękuję za rozmowę

Jestem dinozaurem?

Czyżbym był już dinozaurem dziennikarstwa? Czuję się jak relikt zamierzchłej przeszłości, obserwując reakcję niektórych ludzi na moje słowa i emocje, gdy mówię o etyce zawodowej, prawie prasowym czy dziennikarskiej rzetelności.

Takie wrażenie miałem na korytarzu i w sali sądowej podczas procesu jednej z lokalnych gazetek (ukazującej się na wschodnich krańcach powiatu) przeciwko kandydatowi do rady powiatu, który w trybie wyborczym oskarżył ową gazetkę o podanie nieprawdziwych informacji.

W istocie chodziło o to, że gazeta owa opublikowała całostronicowy rzekomy list od czytelnika – klasyczny wytwór tak zwanego „czarnego pijaru”. Na początku owego „listu” redaktorzy zaznaczyli, że „dane personalne czytelnik zastrzegł sobie do wiadomości redakcji”, po czym na końcu jednak go podpisali („Stała Czytelnik”) i to na domiar złego z błędem gramatycznym. Nie najlepiej świadczy to o inteligencji redaktorów, ale to nie mój kłopot.

Dziwnym zbiegiem okoliczności tekst o identycznej jak ów „list do redakcji” treści pojawił się – jako anonimowa ulotka – w kilku parafiach powiatu pilskiego, a na ławie świadków powołanych przez owe pismo znalazł się … starosta pilski.

Szczerze mówiąc sam proces i jego przebieg (zakończył się ugodą) nie wiele mnie obszedł. Sam przed laty w trybie wyborczym stawałem przed sędziną Marią Trzebną, którą do dziś mile wspominam, bo wiele się od niej nauczyłem. Wzburzyła mnie natomiast – człowieka, który przez blisko trzydzieści lat pełnił funkcję redaktora naczelnego dużego regionalnego pisma, postawa owych redaktorów, którzy zarówno na sali jak i poza nią zachowywali się w równym stopniu bezczelnie co nieprofesjonalnie. Z prawa prasowego wiedzieli tylko tyle, że mogą nie ujawniać nazwiska „autora” listu, natomiast nic nie słyszeli o zasadzie rzetelności dziennikarskiej, oświadczając z rozbrajającą szczerością, że nawet do głowy im nie przyszło, by sprawdzić zawarte w liście informacje. O konieczności skonfrontowania treści listu z opiniami ludzi w nim oskarżanych też nie słyszeli. Zerowa była również ich wiedza na temat zawodowej etyki dziennikarskiej, która z wielka ostrożnością zaleca traktowanie anonimów.

– Najlepszym miejscem dla anonimów – mawiał profesor Jacek Sobczak – jest redakcyjny kosz. Ale po co ja to piszę? O profesorze Sobczaku „redaktorzy” pewno też nigdy nie słyszeli. I tacy ludzie ośmielają się się nazywać dziennikarzami?

Poczułem się osobiście urażony tym faktem, ale nie na tyle, by nie zastanawiać się nad motywami postępowania owych „redaktorów” Mogli się oni, grzesząc naiwnością, dać zmanipulować któremuś z komitetów wyborczych albo świadomie w tej manipulacji uczestniczyć. W obu wypadkach nie zasługują na miano dziennikarzy i nigdy nie powinni nimi być.

Szkoda, że sąd im tego nie uświadomił, ale mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. Jeśli nie, to ja jestem dinozaurem, a dziennikarstwo zeszło na psy.