Ave Petrus

W międzyświątecznej przerwie Piła z mojego „zaułka” wygląda barwniej niż zazwyczaj, a jej władze sympatyczniej niż na co dzień. Może to atmosfera świąt skłoniła mnie – starego zrzędę – do takiej łagodnej oceny, a może spacer, na który wybrałem się w świąteczny wieczór po kolorowym, rozświetlonym świątecznymi dekoracjami centrum miasta.

Napisałem kiedyś, że nasz prezydent z powodzeniem stosuje rzymską zasadę „panem et circenses” (chleba i igrzysk), co potwierdziły wyniki ostatnich wyborów samorządowych. Mieszkańcy Piły bowiem – jak kiedyś rzymskie pospólstwo – dali się uwieść licznym igrzyskom, których w Pile, od czasu, gdy panuje nam Piotr Głowski, nie brakuje. Świąteczna dekoracja miasta, co roku barwniejsza, bogatsza i zapewnie droższa jest tego kolejnym dowodem.

Ale nie byłbym sprawiedliwy, gdybym tym razem nie pochwalił prezydenta także za to, że i o chlebie pamięta, choć to, jak wszyscy „platformersi”, zatwardziały liberał o sercu z prawej strony. Myślę tu o Karcie Dużej Rodziny.

Ustawę określającą zasady i kryteria przyznawania Karty oraz uprawnienia z niej wynikające – podpisał tuż przed świętami prezydent Bronisław Komorowski. Nasz prezydent wprowadził ją już kilka miesięcy temu i wypełnił zdecydowanie bogatszą niż wymaga tego ustawa treścią, angażując w jej ofertę zarówno instytucje komunalne jak i przedsiębiorców. Mogłem się o tym przekonać naocznie, gdy wraz z córką i jej trójką dzieci wybrałem się do Aquaparku. Okazało się, że każdy z moich wnuków zapłacił za wstęp mniej ode mnie, choć jestem emerytem w słusznym wieku i mam karnet.

Tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą, przypomnę, że o Kartę Dużej Rodziny mogą ubiegać się rodziny co najmniej z trójką dzieci, (także rodziny zastępcze i prowadzący rodzinne domy dziecka). Rodzice otrzymują tę Kartę na czas nieokreślony, dzieci – do ukończenia 18. lub, jeśli się kształcą – do 25. roku życia.

*

Rzymscy władcy, którzy rządzili według zasady „panem et circenses” czynili to nie tylko z pobudek humanitarnych czy potrzeby łagodzenia napięć społecznych, ale także – a może nawet przede wszystkim – dla zdobycia popularności potrzebnej w działalności politycznej. I choć mam tego świadomość, wzorem ukontentowanego szczodrością swego cezara ludu rzymskiego zawołam: Ave Petrus.

Tak trzymać, Panie Prezydencie, także w nowym 2015 roku.

Porażka pani premier

Mijający właśnie rok był pewnie jednym z najważniejszych w życiu Ewy Kopacz, która odziedziczyła schedę po Donaldzie Tusku i została drugą w historii Polski kobietą premierem. To był rok jej osobistego sukcesu zakończony w grudniu… porażką wizerunkową i polityczną.

Nie będę komentował jej niefortunnego pomysłu z serią zdjęć reklamowych w „Vivie”, bo to klasyczny temat zastępczy i burza w szklance wody. Rzeczywistą porażką pani premier jest klęska jej polityki wobec opozycji – próby dialogu i współdziałania z Jarosławem Kaczyńskim i jego partią zainicjowaną w expose nowego rządu. Próby – w moim przekonaniu – jednostronnej i od początku skazanej na niepowodzenie.

Ledwie Kaczyński sprowokowany przez panią premier podał rękę Tuskowi, a już na mównicę weszła posłanka PiS Anna Zalewska i wygłosiła jedno z najbardziej agresywnych w treści i obrzydliwych w tonie wystąpień klubowych. Zakończyła je stwierdzeniem, że Ewa Kopacz nie ma moralnego prawa bycia premierem, bo w Smoleńsku kłamała. Pani premier przemilczała ten atak. Milczała także potem, gdy 13 grudnia podczas pisowskiego marszu pojawił się wielki transparent „Kopacz 1 metr w głąb”. A przecież po drodze były jeszcze słynne hofmanowskie „trzy poziomy niżej”, było znieważanie prowincjonalnej lekarki – była cała masa zdarzeń, mówiąca o tym, że nic się nie zmieniło, że PiS pojednania nie chce. Był wreszcie marsz nienawiści z okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego, o czym przekonać się mógł każdy, kto przez chwilę posłuchał wodzireja Joachima Brudzińskiego, przy którym bledną najostrzejsze nawet wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego.

Marsze mogą sobie maszerować, jeśli partia ma pieniądze, aby je organizować. Różne hasła można głosić, ale publiczne wygłaszanie kłamstw, pomówień, wzywanie do przemocy – „raz sierpem raz młotem…” albo “Kopacz – metr pod ziemią”, to już groźby karalne, nie mówiąc o obrazie sędziów, o pogardliwych słowach pod ich adresem. Krótko mówiąc, uważam – cytując pewnego internautę – że „przebrała się miarka i czas wziąć się za Jarka!”

Poważnie.

*

Obserwuję polityczną scenę od wielu lat i stwierdzam, że tak podle i paskudnie jeszcze nie było. Kiedy w 1989 roku nastąpił ustrojowy przełom, wielu ludzi wierzyło, że nareszcie przyjdzie czas, że Polską zajmą się prawdziwi fachowcy, których nikt nie będzie pytał o partyjną przynależność, tylko sprawdzał kwalifikacje. Że powstanie nowy, oparty o jasne zasady zbiór praw podstawowych w gospodarce i polityce. Że spełnią się marzenia poety Juliana Tuwima: ” gdzie prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”.

Nic bardziej mylnego. Bohaterowie tamtych czasów podzielili się natychmiast po zwycięskim obaleniu systemu socjalistycznego. Od samego początku głównym rozgrywającym stali się bracia Kaczyńscy, a po śmierci Lecha, to Jarosław rozpętał kampanię nienawiści, podstępu, oszustwa i potwarzy.

„Jego sekta – pisze cytowany już tu przeze mnie internauta – gotowa każdego, inaczej myślącego zadeptać zatłuc różańcami i drzewcami od flag państwowych. Bo tylko oni są prawdziwymi patriotami, tylko oni mają prawo do ubliżania wszystkim pozostałym, mając w rękach spis wszystkich obraźliwych słów, jakie padły pod ich adresem w ciągu trzydziestu lat, aby cytując je, dawać sobie prawo do brutalnych napaści na wszystkich, mających inną wizję porządku i prawa w kraju”.

*

Dopóki istnieje PiS, polityka współistnienia rządzących z opozycją jest niemożliwa, a polsko – polska wojna – będzie trwała, bo to dwie różne partie, dwie zupełnie różne filozofie działania, dwie zupełnie inne wizje Polski i dwa przedzielone dawnymi granicami zaborów plemiona. Nie ma w niej miejsca na polityków naiwnych i mam nadzieję, że pani premier wreszcie to zrozumie. Bo jeśli nie, to znajdzie ktoś inny, kto wystąpi przeciw PiS. Wtedy Ewa Kopacz przegra.

Alternatywę wobec PiS mogłaby i powinna stworzyć lewica, ale na razie jest wokół niej coraz straszniej i śmieszniej zwłaszcza w kontekście wyścigu Kalisza z Senyszyn o „pietruszkę” czyli reprezentowanie lewicy w zbliżających się wyborach prezydenckich, których wynik zdaje się i tak być przesądzony.

Patrzeć władzy na ręce

Okazało się – co mnie cieszy – że droga z pilskiego podwórka na pilskie salony jest stosunkowo krótka, stąd odpowiedź na temat „Podsłuchanej rozmowy”, o której pisałem tydzień temu, dotarła do mnie niemal natychmiast. „Pozostająca do dyspozycji” zarówno mojej, jak i mieszkańców – w imieniu Prezydenta Piły niezawodna Dorota Strugała – rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Pile przysłała wyjaśnienia, którego fragmenty cytuję z satysfakcją.

„Jak już Pan zaznaczył w swoim felietonie, basen Wodnik został zbudowany jako obiekt tymczasowy, mający służyć mieszkańcom kilka lat, od tego czasu minęło już kilkadziesiąt. Doprowadzenie basenu do odpowiednich standardów wiązałoby się z odbudową basenu od podstaw. Jak zapewnił podczas konferencji prasowej Prezydent Piły, priorytetem jest rozbudowa istniejącego Aquaparku polegająca m.in. na wykorzystaniu już istniejącego zaplecza technicznego, osprzętu itd. Centrum Aquapark już teraz jest przygotowane, a niewykorzystywane (m.in. szatnie) do przyjęcia dużo większej ilości klientów. Dzięki rozbudowie torów do pływania, nowej strefy rekreacyjnej, nie tylko nie będzie potrzeby rezygnacji przez mieszkańców z zajęć, ale przede wszystkim zapewni pracę pracownikom MOSiR-u. (…)Jak zapewnia Prezydent, czas pomiędzy rozbudową, a wyłączeniem z użytkowania Wodnika, to czas na poznanie nowych zadań przez pracowników MOSiR-u, których w tym miejscu, po raz kolejny pragniemy uspokoić. Kolejnym etapem w rozwijaniu pilskiego zaplecza sportowego ma być budowa basenu przy istniejącym kompleksie sportowym przy ul. Żeromskiego. W tej chwili trwają prace projektowe i planistyczne, tak by skorelować oddanie nowego obiektu z rozbiórką starego. Priorytetem jest takie rozwiązanie, które umożliwi płynne przejście i pracowników, jak i uczestników z jednego obiektu do drugiego. Decydującą jednak w tym zakresie będzie opinia biegłego w zakresie bezpieczeństwa korzystania z pływalni Wodnik”.

Zapewnienia władz są jednoznaczne. Ani młodzież ani pracownicy nie będą odczuwali dyskomfortu z powodu likwidacji Wodnika. Cieszy mnie zwłaszcza zdanie o „skorelowaniu oddania nowego obiektu z rozbiórką starego”. Martwi kolejne, że „decydującą jednak w tym zakresie będzie opinia biegłego w zakresie bezpieczeństwa korzystania z pływalni Wodnik”. Niepokoi wizja rozbudowy pilskiego Aquaparku, która zapewne czasowo wyłączy go z użytku.

Generalnie, dziękując Pani Rzecznik za odpowiedź, w imieniu Moich Czytelników zapewniam, że i w tym zakresie będę patrzył władzy na ręce. Taka jest bowiem moja rola – mieszkańca pilskiego zaułka.

Kłopot ze świętym Mikołajem

Nie powiem tego moim najmłodszym wnukom, ale nie ma i nigdy nie było św. Mikołaja. Obecnie w okresie przedświątecznym rządzi nami komercyjny bożek w czerwonej czapce i kubraczku z obfitą białą brodą. Nazywamy go świętym Mikołajem chociaż z osobą świętego biskupa z Miry, którego ja pamiętam ze swego dzieciństwa nie ma on nic wspólnego.

Świętego Mikołaja takim, jakim go oglądamy na wystawach sklepowych, wymyślił w początkach XX wieku Clement A. Moore, który opisał go jako miłego dziadka, trochę grubawego, podróżującego saniami zaprzęgniętymi w osiem reniferów. W ten sposób narodziła się tradycja baśniowego dziadka z Laponii, wypromowana na dużą skalę w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku w USA przez koncern Coca Cola. To na jego zlecenie amerykański artysta, Fred Mizena stworzył w 1930 roku obecny jego wizerunek: czerwony płaszcz i czapkę oraz białe włosy i brodę – kolory Coca Coli.

Tymczasem dawny „mój” święty Mikołaj zniknął z polskiej tradycji, choć o jego niezwykłych uczynkach i cnotach krążyło wiele legend i opowieści.

*

Dawno, dawno temu pewien człowiek, który popadł w nędzę, postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego. Gdy jego biskup dowiedział się o tym, nocą wlazł na dach jego nędznej chałupy i przez komin wrzucił trzy sakiewki z pieniędzmi. Wpadły one do pończoch i trzewiczków, które owe córki umieściły przy kominku dla wysuszenia.

Działo się to daleko stąd, na śródziemnomorskim wybrzeżu dzisiejszej Turcji, w miejscowości o wdzięcznej nazwie Mira, a biskup ów to nasz poczciwy św. Mikołaj, o którym historycznie sprawdzonych faktów nie ma wcale.

Urodził się podobno około 270 roku i od dziecka wykazywał się cechami szczególnymi. Jako niemowlę był tak wstrzemięźliwy, że ssał mleko matki tylko w środy i piątki.

Jako młodzian kształcił się na kleryka i od razu w dziwacznych okolicznościach został biskupem Miry. Miejscowi duchowni męczyli się przez całą noc nad wyborem nowego biskupa. Bezskutecznie. Kandydatury upadały, pomysły się wyczerpywały. Wreszcie jeden z nich zaproponował oryginalne rozwiązanie. Biskupem zostanie ten, kto jako pierwszy przybędzie o świcie do świątyni. Traf chciał, że Mikołaj przechodził akurat w pobliżu i jako pierwszy tego dnia wszedł do kościoła. Takiego awansu się nie spodziewał, ale nominacje przyjął.

Wsławił się potem jako obrońca biednych i uciśnionych. Zapraszał ponoć do swego stołu żebraków, dzieląc się chętnie swoim majątkiem. Był cudotwórcą. Udało mu się nawet przywrócić do życia i obsypać prezentami trójkę dzieci, które zabił zły drwal i ukrył w beczce.

Prawdziwą karierę zrobił Mikołaj po śmierci. Stał się patronem dzieci i panien na wydaniu, więźniów prowadzonych na stracenie, żeglarzy, literatów, piekarzy, pasterzy, kupców, został patronem Grecji i carskiej Rosji. Jego relikwie kupcy włoscy wykradli po opanowaniu Miry przez Arabów w 1087 r. i przywieźli do Bari.

W średniowieczu należał do najpopularniejszych świętych także w Polsce, a najstarsze parafie, także w naszym regionie (Ujście, Krostkowo), noszą do dziś jego imię.

W XX wieku nastąpił upadek kultu biskupa z Miry. Surowa komisja papieska, która w czasie pontyfikatu Pawła VI dokonała weryfikacji świętych, skreśliła go z rejestru świętych razem z innymi, o których nie zachowały się wiarygodne przekazy.

*

Dzisiaj, ze względów komercyjnych, św. Mikołaj został zawłaszczony przez handlowców, a okres wręczania prezentów rozciągnął się od imienin Mikołaja do Nowego Roku, a nawet jeszcze dłużej. Nazwał siebie Santa Claus, aby wykorzenić wśród chrześcijan pamięć o świętym biskupie z Miry i zabić w nich potrzebę miłosierdzia. Tysiące Santa Claus’ów w czerwonych kubrakach chodzi po ulicach naszych miast i nieustannie zachęca do kupowania. Tymczasem biskup z Miry uczył nie tylko brać prezenty, lecz dawać dobre dary potrzebującym. Uczył mieć oczy i ręce szeroko otwarte na biedę i nędzę.

Ale takiego świętego Mikołaja już nie ma.

Podsłuchana rozmowa

Nie lubię podsłuchiwać, ani nie pochwalam takiego postępowania, ale ponieważ stałem się (wbrew woli) świadkiem pewnej rozmowy, która w moim przekonaniu podejmuje ważną dla pilan kwestię, spróbuję się do niej ustosunkować.

W ramach obowiązków ciążących na troskliwym dziadku córka posłała mnie wraz z moimi wnukami na pływalnię „Wodnik” w Pile. Byłem tam pierwszy i zapewne ostatni raz, usiadłem więc na kanapce, nudząc się w oczekiwaniu na koniec zajęć, które tam dla dzieci prowadzi MOSIR. Za moimi plecami dwie panie rozmawiały z sobą na tyle głośno, że treść ich rozmowy docierała do mnie. Początkowo ich słowa puszczałem mimo uszu, aż do momentu, gdy jedna z pań zaczęła wyjaśniać drugiej, dlaczego nie poparła w wyborach kandydatury prezydenta Głowskiego.

– Głowski podejmuje nietrafne decyzje, a jego popularność wynika z tego, że ukończył projekty Kosmatki i teraz spija śmietankę – dowodziła

Tę dość ryzykowną tezę owa Pani uzasadniała sytuacją pływalni „Wodnik”, która, jak się domyślam, była jej miejscem pracy. Ponieważ – jak się potem zorientowałem – jej opinia nie jest odosobniona i nie wynika jedynie ze strachu o własne miejsce pracy, spróbuję ją przedstawić.

Jak wiadomo pływalnia „Wodnik” ma być niebawem (podobno z końcem roku szkolnego) zburzona, ponieważ jej stan techniczny jest na tyle niedoskonały, że nie opłaca się remontować. W jej miejsce ma powstać nowa pływalnia na Osiedlu Górnym.

Panie, które podsłuchiwałem, nie kwestionowały tej decyzji. Niepokoiły się jedynie o to, co stanie się z młodzieżą korzystającą z pływalni i pracownikami „Wodnika” w przerwie między likwidacją starej a uruchomieniem nowej placówki. Ich zdaniem „Aqua Park” nie jest w stanie przejąć wszystkich użytkowników starej pływalni, jego usługi są droższe, co odbierze zwłaszcza dzieciom z biedniejszych rodzin możliwość korzystania z pływalni. Twierdziły też, że potrzeb pilskich dzieci nie jest w stanie zaspokoi także niezbyt odległy od Piły basen w Kaczorach.

Obie Panie dość zgodnie postulowały, aby wstrzymać się z likwidacją „Wodnika” do momentu uruchomienia nowej placówki na Górnym, co wydaje mi się rozwiązaniem dość logicznym.

Nie chcę przesądzać, czy decyzja prezydenta w tej kwestii jest rozsądna, czy nie. Nie znam jej uwarunkowań technicznych i organizacyjnych, ale wiem, że z komunikacją społecznej w tej sprawie nie jest najlepiej, skoro rodzice nie wiedzą, gdzie po zburzeniu „Wodnika” ich pociechy będą mogły korzystać z basenu, ile to będzie kosztować i czy – a dotyczy to pań zatrudnionych w „Wodniku” – pracownicy tej placówki znajdą zatrudnienie.

Zgłaszam te pytania w nadziei, że ktoś kompetentny na nie odpowie.