Ustawka

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach strajkują dwie najbardziej uprzywilejowane grupy społeczne w Polsce. Powód. Zostali zdemoralizowani przywilejami, których większość społeczeństwa nie tylko nie ma, ale nawet nie byłaby w stanie sobie ich wyobrazić. Kolejne rządy doprowadziły dla świętego spokoju i zdobycia (utrzymania) władzy do tego rozpasania, a teraz ekipa Kopaczowej bezradna i oszołomiona skalą warcholstwa, zmaga się z eskalację żądań coraz bardziej absurdalnych. Taka sytuacja rozzuchwala różnych watażków, którzy im bardziej są nieodpowiedzialni w swoich poczynaniach, tym bardziej stają się ulubieńcami mediów, bowiem wówczas nawet najgłupszy dziennikarz może zrobić „ciekawy materiał”. Chocholi taniec trwa.

„Tego wszystkiego nauczyłem się od Leppera. On jak chciał coś ważnego powiedzieć, to wyzywał ministrów od złodziei i bandytów i wszystkie telewizje to pokazywały” – mówi Sylwester Izdebski, najgłośniejszy dziś trybun rolniczo-chłopski. I ma rację. W mediach mówi o sobie w trzeciej osobie, per Sławomir Izdebski, żeby zapamiętano nie tylko jego twarz, ale i nazwisko.

Jego przeciwnicy uważają go za „kliniczny przykład awanturnika i populisty”. Nie polemizuję z tą opinią, ale także nie przypominam sobie przypadku, by kiedykolwiek na czele rewolty chłopskiej lub robotniczej stał jakiś polityk gabinetowy. Zawsze to byli populiści i awanturnicy. Taka jest logika rewolt ludowych. Przypomnę Lecha Wałęsę z lat osiemdziesiątych. A kim on był jak nie awanturnikiem i populistą? Izdebski z traktorzystami to przy naszym laureacie Nobla i prezydencie mały pikuś tym bardziej, że jeśli ktoś choć odrobinę zna wieś (a ja znam ją o wiele lepiej niż przeciętny mieszczuch) wie, że chłopów populizmem i awanturnictwem tak łatwo rozpalić się nie da. Można to uczynić tylko w jeden sposób – rujnując ekonomicznie ich gospodarstwa. W tym sensie to nie Izdebski rozpalił chłopów tylko polska polityka wschodnia. Dziki, bobry i wykup ziemi to jedynie atrakcyjne, medialne dodatki do głównego postulatu chłopów czyli spadających cen mięsa i mleka na skutek zamknięcia rosyjskiego rynku.

W kraju demokratycznym, co jakiś czas znajdzie się taki bojownik jak Izdebski. Blokady, strajki, „miasteczka” to nie jest polski wynalazek, ale zjawisko występujące wszędzie tam, gdzie uczestnik nie ryzykuje, że go policja spałuje i do pudła wsadzi. To nie jest żadna rewolucja, która rząd obali, kraj odmieni bo nawozy drogie, a dziki głodne. To chłopska próba wywalczenia sobie kolejnych przywilejów.

Takie jest demokratyczne prawo każdej grupy społecznej. I takie jest prawo Izdebskiego do zostania wodzem – choćby na chwilę, zanim chłop dojdzie do wniosku, że jednak w chałupie lepiej się śpi niż w traktorze a i inwentarz trzeba nakarmić.

*

Mimo społecznie i socjologicznie uzasadnionej sytuacji, w jakiej pojawił się Izdebski, sama postać tego ludowego watażki musi budzić zastrzeżenia. Dotąd najlepiej „sprawdził się” zadłużając swoje gospodarstwo. Przed licytacją uchroniło go to, że przepisał je na syna. Nie szło mu w rolnictwie, więc zabrał się za politykę. Ale Lepper miał go dosyć i wywalił z Samoobrony RP na zbity pysk. W 2007 roku kandydował w wyborach z listy PiS. Nie wierzę więc, że Izdebski jest autentycznym przywódcą chłopskiego protestu i walczy o prawa rolników. Według mnie jest to karierowicz, który na chłopskich plecach usiłuje wdrapać się do politycznej pierwszej ligi. Jestem pewien, że jeszcze go zobaczymy przed wyborami do parlamentu – na liście PiS. Całość wygląda mi więc na polityczną ustawkę.

Zbigniew Noska

Plotka?

„Uwielbiam plotki! Fakty mogą być mylące, ale plotki, prawdziwe czy nie, zawsze coś odkrywają” – powiedział Hans Landa bohater „Bękartów wojny” Słowa ta wydają mi się wyjątkowo dobrze przystawać do tematu, o której mam zamiar dzisiaj napisać.

Otóż od pewnego czasu docierają do mojego pilskiego zaułka informacje o tym, że Henryk Stokłosa ma podobno ponownie wziąć udział w wyborach do senatu jesienią bieżącego roku. Powtarzają ją moi bliżsi i dalsi znajomi, a ja cierpliwie im wyjaśniam, że jest to plotka, bowiem dobrze pamiętam o tym, że senator ze Śmiłowa po zakończeniu poprzedniej kadencji publicznie (w tym także na łamach Tygodnika Nowego) pożegnał się z działalnością polityczną.

Ponieważ jednak plotka ta coraz częściej i coraz natarczywiej trafia do mnie, postanowiłem sięgnąć po informacje z wiarygodnego (jak to się zgrabnie nazywa) źródła.

To co usłyszałem, zaskoczyło mnie. Oto bowiem do Henryka Stokłosy zgłaszają się przedstawiciele różnych środowisk społecznych i obywatelskich (a także partii politycznych) z naszego okręgu wyborczego z sugestiami, by zmienił zdanie i zdecydował się kandydować w wyborach do senatu. Powód – jaki pojawia się w tych nagabywaniach, jest zawsze ten sam. Chodzi o to, aby „utrącić” obecnego pilskiego senatora Mieczysława Augustyna, uniemożliwić mu ponowny wybór. A to – usłyszałem – zrobić może tylko Stokłosa. Sukces Porozumienia Samorządowego w wyborach do powiatu pokazał, że przedsiębiorca ze Śmiłowa ma ciągle liczny i wierny mu elektorat. Tymczasem popularność obecnego reprezentanta Piły w senacie spada na łeb na szyję. Dlaczego?

By to wyjaśnić muszę sięgnąć do zamierzchłej już dziś przeszłości. Mieczysława Augustyna poznałem w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia podczas spotkań gremium politycznego, które – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – nazywało się wojewódzkim porozumieniem partii i stronnictw politycznych. Obecny senator z Piły reprezentował tam jedną z organizacji katolickich współpracujących z PZPR. Z racji swych obowiązków pisałem relacje z tych spotkań dla ówczesnych pilskich mediów. Młody Augustyn, polonista z wykształcenia zaimponował mi wtedy piękną polszczyzną, jaką się w swych wypowiedziach posługiwał oraz oryginalnością myśli i trafnością sformułowań jakie – z ówczesnego punktu widzenia – wypowiadał. Miał – nie da się ukryć – wyjątkowy oratorski talent.

Ostatnio miałem okazję słuchać senatora Augustyna podczas jednej z sesji Rady Powiatu. Byłem zdegustowany jego wystąpieniem i to jest najłagodniejsze określenie, jakie udało mi się znaleźć, by określić mój stan ducha. Ten wyjątkowo uzdolniony kiedyś orator wraz z wiekiem stał się nudnym mentorem wygłaszającym swe opinie tonem autorytarnego aroganta na domiar złego zakochanego we własnym głosie. Nic więc dziwnego, że choć mówi czasem do rzeczy, irytuje swoich słuchaczy.

Mam nadzieję, że przyjmie tę uwagę jako życzliwą opinię znajomego z dawnych lat, a nie polityczną zajadłość wroga jego partii, którym nie jestem.

*.

Powracając do plotki, od której zacząłem mój felietonik. Zalecam uważne wczytanie się w słowa bohatera „Bękartów wojny”. Inteligentny czytelnik znajdzie tam odpowiedź.

Zbigniew Noska

Bunt profesora

Na prawicy kociokwik. Wielki zwolennik PiS, prof. Andrzej Nowak, historyk PAN i UJ odważył się powiedzieć to, o czym myśli od pewnego czasu wielu działaczy tej partii. W wystąpieniu, który miał wygłosić na Konwencji Wyborczej PiS, nawołuje do ustąpienia Jarosława Kaczyńskiego na rzecz młodszego polityka, krytycznie oceniając nie tylko zdolność prezesa do podjęcia wysiłku kierowania państwem, ale też samej partii do walki o wyborcze zwycięstwo. Oberwało się również centralnemu aktywowi PiS. Polsce jak i opozycji potrzebny jest prawdziwy lider. Młody.

Co chciał osiągnąć krakowski historyk takim prowokacyjnym tekstem? Przecież wiek prezesa nie jest jakimkolwiek kryterium. Konrad Adenauer swojej natrudniejszej misji podjął się w wieku 79 lat, gen. Charles de Gaulle powrócił do władzy mając lat 69, Ronald Reagan miał tyle samo lat, co generał, gdy rozpoczynał swoją dekadę panowania nad supermocarstwem, Mamy zresztą XXI wiek, człowiek siedemdziesięcioletni nie musi być stary, o czym wiem z autopsji

Opinia profesora Nowaka zaskoczyła więc wielu wyborców PiS. W komentarzach pojawiły się – jak to bywa na prawicy – oskarżenia o prowokację i agenturę. Wielu chętnie podpisałoby się pod tekstem Andrzeja Nowaka, ale po cichu. Oficjalnie z jego tezami nie utożsamia się żaden znany prawicowiec: polityk ani dziennikarz. Co więc chciał osiągnąć profesor Nowak? Dlaczego zaryzykował?

– Ile razy można przegrać wybory, mając takie argumenty w ręku? – mówił Andrzej Nowak kilka dni wcześniej na spotkaniu w Centrum Kultury Ruczaj. Ile razy można powoływać się na słabość mediów, skoro nasze media są z każdym rokiem i każdymi wyborami silniejsze a nie słabsze? (…) W tym roku nie widzę możliwości tworzenia jakiegoś alternatywnego ruchu wbrew Prawu i Sprawiedliwości przed tymi wyborami, ale jeśli PiS nie zmobilizuje się do takiego poziomu, jaki potrafił osiągnąć w roku 2005 to znaczy, że nie ma prawa być moją reprezentacją, a każdy odpowie na to pytanie po swojemu. To jest ostatnia szansa Prawa i Sprawiedliwości. Nie Polski, bo Polska będzie trwała.”

*

Jeśli odłożymy między bajki teorie o zdradzie, agenturze i innych równie niemądrych insynuacjach pozostaje opcja dla działaczy PiS dotąd samobójcza. Andrzej Nowak wybrał drogę dyskusji publicznej nad kondycją Prawa i Sprawiedliwości, bo zawiodły inne próby zreformowania tej partii. Zapewne sporo wie o zakulisowych tarciach między reformatorami a betonem partyjnym. Gdy jako ekspert PiS widzi, że kampania prezydencka rusza wedle schematu przegranych dotąd wyborów a główny opozycyjny kandydat od miesiąca traci energię na przekonywanie przekonanych, co ma robić człowiek, który dobrze zna Jarosława Kaczyńskiego i jest zaangażowany w utrącenie obecnej władzy?

Wybrał debatę publiczną I przegra, bo PiS zbudowany na niedemokratycznych zasadach nie potrafi przyswoić wewnątrz swej partii tak oczywistej techniki demokratycznej, jaką jest debata. Bez krytyki własnych działań, bez otwartej dyskusji, burzy mózgów i pomysłów ze strony elit i osób zaangażowanych nie da się zbudować zaplecza do wygrania wyborów.

*

Czy jednak Kaczyński posłucha profesora PAN i Uniwersytetu Jagiellońskiego? Oczywiście, że nie. Kaczyński przecież zapowiedział, że będzie w polityce obecny do 2027 roku. Prezes otrzymał ten tytuł dożywotnio. On ma charyzmę i „ciemny lud” to kupuje. Więc nie ma takiej opcji, żeby dobrowolnie się zwolnił.

Bunt prof. Nowaka pokazał jednak, że mit Jarosława Kaczyńskiego jako szeryfa i jednocześnie kapitana, bez którego PiS dalej nie popłynie, nigdy nie był zbudowany na mocnych podstawach. To raczej świadoma polityka lidera prowadzącego swój statek bez dalekosiężnego myślenia o długim rejsie i bez oglądania się na następców. W swojej partii takich nie wyhodował i teraz intelektualne zaplecze PiS zaczyna pokazywać mu kły.

Zbigniew Noska

 

Minęło ćwierć wieku

Jesteśmy z Wami, Drodzy Czytelnicy, ćwierć wieku. Pierwszy numer TN ukazał się 14 lutego 1990 roku, jubileuszowy tysiąc trzysta szósty nosi datę 10 lutego bieżącego roku.

Los sprawił, że zdecydowana większość spośród tych wydań tygodników wyszła spod mojej ręki, a nazywając rzecz precyzyjniej była dziełem zespołu dziennikarskiego, którym miałem zaszczyt kierować, pełniąc formalnie różne w nim funkcje od zastępcy redaktora naczelnego po prezesa spółki i – przez krótki okres czasu – także szefa radia. W tym czasie przyszło mi współpracować i współkierować pismem z wieloma wspaniałymi ludźmi i świetnymi dziennikarzami, wśród których wspomnieć chcę o dwóch – nieżyjących już Pawle Piotrowskim i Andrzeju Krojcu. Ten pierwszy pracował ze mną jeszcze w Tygodniku Pilskim, w którym był moim zastępcą, ten drugi wspaniale pełnił rolę wydawcy gazety. Jako prezes spółki kierował nią w okresie największego prosperity firmy. Obaj byli wspaniałymi ludźmi i moimi serdecznymi przyjaciółmi, o których nigdy nie zapomnę.

Jestem weteranem Tygodnika – najstarszym żyjącym jego dziennikarzem i najdłużej pracującym w nim „szefem”. Wybaczcie więc, że felieton ten poświęcę także sobie i swoim związkom z Tygodnikiem Nowym oraz jego czytelnikami.

1 marca minęło 25 lat od chwili, gdy podjąłem pracę w firmie państwa Anny i Henryka Stokłosów. To najdłuższy okres w mojej karierze zawodowej od 1965 roku, kiedy skończyłem studia polonistyczne na UAM w Poznaniu. To był także najbardziej twórczy i owocny okres w moim życiu. Dzięki życzliwości właścicieli i wydawców Tygodnika mogłem w tym czasie współtworzyć pismo, radio i portal internetowy, które łącznie stały się największym medium w regionie.

*

15 sierpnia 1991 roku podjąłem pracę w Tygodniku w dość ekstremalnej sytuacji – po opuszczeniu pisma przez cały poprzedni zespół. W ciągu kilkunastu dni udało mi się wówczas stworzyć nową, bardzo wtedy młodą i niedoświadczoną ekipę, z której cztery osoby: Paweł Kujawa i Anna Czapla -Furtacz oraz Alina Siwiec i Grażyna Dąbkiewicz pracują do dziś.

Jak każde ludzkie dzieło Tygodnik Nowy miał swoje wzloty i upadki, które często wynikały z walorów i słabości mojego i moich kolegów charakteru. Dzięki wyrozumiałości i tolerancji właścicieli pisma państwa Anny i Henryka Stokłosów wobec moich wad dwukrotnie odchodziłem i wracałem do pracy w redakcji zawsze z nadzieją, że uda mi się stworzyć coś nowego i bardziej dla czytelników atrakcyjnego.

Ostatnie lata były dla mnie równie ważne i owocne. Wraz z Markiem Barabaszem, który okazał się dobrym partnerem, udało nam się wspólnie stworzyć portal internetowy (www.dzienniknowy.pl) oraz dwie gazety regionalne (Panoramę Złotowską i Fakty Wałeckie). Oba te satelickie pisma – po raz pierwszy od paru lat – poważnie powiększyły ilość naszych czytelników, których liczba powoli (jak i w całej polskiej prasie) maleje.

Moja droga zawodowa dobiegła formalnie końca 31 marca 2009 roku wraz z ukazaniem się tysięcznego numeru TN. Nie pożegnałem się natomiast ze swoimi Czytelnikami, pisząc do dziś felietony i prowadząc blog na portalu www.dzienniknowy.pl

Mimo wieku mam ciągle nadzieję, że póki starczy mi sił, dopisze zdrowie i póki będę mógł usiąść do klawiatury komputera, będę wspomagał Tygodnik swoimi skromnymi talentami w posługiwaniu się słowem.

Zbigniew Noska