Obiecanki, cacanki

Obiecywanie gruszek na wierzbie to ciągle skuteczna metoda pozyskiwania wyborców zwłaszcza tych, którzy nie mają pojęcia o ekonomii zarówno w skali mikro jak i makro. Ostatnie wybory potwierdziły to po raz kolejny. Celował w tym przede wszystkim Andrzej Duda, który składając je, nie liczył się z możliwościami finansowymi państwa.

Nie czynię mu z tego powodu zarzutów, bo tak postępują wszyscy politycy, konkurując z sobą o względy wyborców. Zwycięzca, gdy usiądzie na prezydenckim (lub premierowskim) fotelu i zapozna się z opiniami specjalistów, najczęściej wycofuje się z wyborczych obiecanek lub odkłada ich spełnienie ad kalendas graecas.

Tym razem ma być inaczej. Andrzej Duda podtrzymuje swoje obietnice obniżenia wieku emerytalnego oraz podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Natychmiast po przejęciu władzy przedstawi propozycje odpowiednich ustaw – zapewnia Beata Szydło, szefowa jego sztabu wyborczego. Wobec tych oświadczeń, które potraktować trzeba poważnie, należy sprawdzić, ile to będzie kosztować i co oznacza dla portfela statystycznego Polaka.

Ekonomiści związani z portalem Money.pl dokonali takich obliczeń bardzo skrupulatnie. Wyszło im, że jeśli Duda spełni swe obietnice, dostaniemy nieco ponad 76 zł do pensji, ale emerytury będą niższe o 73 procent. Natomiast budżet państwa znajdzie się w ruinie.

*

Andrzej Duda chce powrócić do poprzedniego wieku emerytalnego, który dawał prawo do przejścia na emeryturę kobietom w wieku 60 lat i mężczyznom w wieku 65 lat. Czy to możliwe? Prezydent może oczywiście zgłosić każdy projekt. Kłopot w tym, że potem musi on zdobyć poparcie większości w parlamencie. To tylko przeszkoda natury politycznej, którą wybory parlamentarne mogą zmienić. Pozostają natomiast konsekwencje ekonomiczne takiej decyzji. Jak wynika z szacunków Money.pl, po odwróceniu reformy znacznie spadną przyszłe emerytury. Szczególnie dotyczy to kobiet. W ich przypadku praca tylko o rok dłużej zwiększała świadczenia emerytalne o około 8 procent. Przesunięcie wieku emerytalnego o siedem lat w dół spowoduje spadek emerytury niemal o trzy czwarte (73,1 proc).

Istotną sprawą są też koszty odwrócenia reformy emerytalnej dla budżetu. Spełnienie obietnicy Dudy kosztowałoby polski budżet 30 miliardów złotych rocznie przy założeniu, że na obniżkę wieku zareagują wszyscy uprawnieni.

*

Wśród wyborczych obietnic Andrzeja Dudy znalazło się także podniesienie kwoty wolnej od podatku. Dziś wynosi ona 3091 złotych. Nowy prezydent chce podniesienia jej poziomu do co najmniej 8 tysięcy złotych, argumentując, że w innych krajach ta suma jest wyższa niż w Polsce. I ma rację. Polska pod tym względem znajduje się na szarym końcu wśród krajów UE – od siedmiu lat jest to zaledwie około 750 euro.

Nie ulega więc wątpliwości, że trzeba to zmienić, ale – ostrzegają ekonomiści – należy postępować ostrożnie. Prof. Stanisław Gomułka jest zdania, że sama propozycja ma sens, ale w formie ulg podatkowych dla najbiedniejszych

– W praktyce można by to zorganizować, zwracając im część lub całość zapłaconego podatku Wtedy cel w postaci pomocy najbiedniejszym zostałby osiągnięty, ale jednocześnie uszczupliłoby to budżet o sumę co najmniej kilkakrotnie niższą – argumentuje.

Co oznaczałoby podniesienie kwoty wolnej od podatku dla portfela przeciętnego podatnika? Pensję wyższą o kilkadziesiąt złotych. Jak wyliczył Money.pl, podatnik miesięcznie zaoszczędziłby średnio 73,64 zł.

Kwota wolna na poziomie ośmiu tysięcy złotych to zaproszenie od oszustwa – twierdzi z kolei prof. Marian Noga. I dodaje, że zgadza się z byłym ministrem finansów, Jackiem Rostowskim, który szacował, że zwiększenie kwoty wolnej od podatku według propozycji Andrzeja Dudy uszczupliłoby roczne dochody budżetu o około 20 miliardów złotych.

Zamiast pointy pozostaje mi tylko przypomnienie drugiej części przysłowia, którego początek znalazł się w tytule mojego komentarza: Obiecanki cacanki, a głupiemu radość.

Zbigniew Noska

Powyborcze remanenty

Dziwaczne zachowanie Jarosława Kaczyńskiego w trakcie wyborów i tuż po nich może świadczyć o tym, że prezes nie jest zachwycony zwycięstwem Andrzeja Dudy. Nie spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń. Namaścił go na kandydata w przekonaniu, że mało znany europoseł z Krakowa przegra, a nie okaże się lepszym od niego.

Jak twierdzą komentatorzy obeznani z kulisami polityki „w PiS jest kac po zwycięstwie Dudy. Konflikt na linii Kaczyński-Duda jest nieuchronny. Żółć Kaczyńskiego już zalewa PiS”. Kaczyński nie może wyrzucić Dudy z PiS, bo ten jako prezydent elekt natychmiast oddał legitymację partyjną, tym bardziej więc będzie walczył bezwzględnie.

Przy boku Dudy urodziła się inna gwiazda – Beata Szydło – szefowa jego sztabu wyborczego. Coraz głośniej mówi się o niej, że może być kandydatem partii na premiera.

Prezes znalazł się więc w trudnej sytuacji. Utracił pozycję człowieka nie do zastąpienia, wodza zjednoczonej prawicy i zbawcy Polski. Jest największym przegranym wyborów, mimo że w nich nie startował.

Emerytura i Sulejówek na Żoliborzu – tego życzą prezesowi nie tylko przeciwnicy PiS, ale także – podejrzewam – jego do nie dawna najwierniejsi pretorianie.

W przeciwieństwie do Kaczyńskiego z sukcesu Dudy cieszą się hierarchowie Kościoła Katolickiego, którzy czują się jego współtwórcami. Gratulacyjny list biskupów wyprzedził podobne gratulacje głów państw europejskich. Biskupi zechcą teraz spijać światło Ducha św., który – jak piszą we wspomnianym liście – „oświecił wyborców”. Prezydent elekt dobrze zaczął, bo złożył hołd światłu i darom Ducha św. na Jasnej Górze. Abp Marek Jędraszewski zdążył już sformułować, na czym owo „światło” miałoby polegać. Na „zatrzymaniu zwrotu w lewo”.

Pointa sytuacji w Polsce po wyborach prezydenckich nasuwa się sama: Kaczyńskiego z powodu Dudy zalewa żółć, Episkopat zaś światło i dary. A Polaków może trafić szlag, choć to oni wybierali. Byli przeciw Bronisławowi Komorowskiemu, ale nie za Andrzejem Dudą, chociaż ten ostatni został prezydentem. Tak mu się trafiło.

*

Wybory ujawniły to, czego „platformersi” i powiązane z nimi media nie potrafiły dostrzec. W Polsce zmiany wiszą w powietrzu. Jak się skończą, trudno powiedzieć. Sytuacja jest dynamiczna.

Oto jeszcze nie powstała partia NowoczesnaPL, a w kilka dni od podania tej informacji, zapisało się do niej kilka tysięcy ludzi. Polacy przebierają nogami. Założyciel Stowarzyszenia NowoczesnaPL Ryszard Petru twierdzi: „Polska się zmieniła, a klasa polityczna za tymi zmianami nie nadąża. Czas na nowe pokolenie. Denerwuje mnie wiele rzeczy, które można by zrobić lepiej, szybciej. Mam wrażenie marazmu i bylejakości. Że tracimy cenny czas. To nie znaczy, że w Polsce jest źle, tylko że mogłoby być znacznie lepiej”.

Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą. Paweł Kukiz powiedział pierwszy, że chce, żeby było inaczej, ale nie powiedział jak. Petru to wie i jako ekonomista operuje faktami a nie populistycznymi hasłami. „Chcemy rewolucji modernizacyjnej – mówi w wywiadzie dla RMF FM – Konkurencji, wolnego rynku, ale regulowanego, żebyśmy nie dali cwaniakom przejąć tego, co wytworzymy. Przejrzystego prawa sprzyjającego przedsiębiorczości i likwidacji przywilejów, ale tylko do przodu. Niech młody chłopak zaczynający pracę na roli wchodzi do ZUS, nie do KRUS, niech płaci takie składki jak wszyscy. Na równych warunkach powinny też konkurować firmy polskie i zagraniczne, prywatne i państwowe. Dziś najbardziej poszkodowany jest mały i średni polski prywatny biznes, a wspierane są stare molochy i duża część międzynarodowych koncernów.”

Zbigniew Noska

Tym razem nie zaryzykuję…

Nie będę pisał o niedzielnych wyborach prezydenckich w sobotni poranek w sytuacji, gdy trwa cisza wyborcza, a wynik przypomina grę w rosyjską ruletkę. Felieton ten ukaże się w „TN” dopiero we wtorek, a więc w momencie, gdy wszystko będzie jasne. Wróżką nie jestem dlatego dzisiejszy tekst poświęcę tematowi, który mnie – byłego nauczyciela języka polskiego a potem dziennikarza – interesuje szczególnie. Myślę o kulturze dyskusji.

Nie wiem czy wszyscy, ale zdecydowana większość czytelników wie, że teksty moich komentarzy poza „Tygodnikiem Nowym” są także publikowane w Internecie na kilku portalach oraz na mojej stronie (www.noska.pl) w postaci tak zwanego blogu. Ten sposób publikacji ma to do siebie, że można pod nim wpisywać swoje opinie, uczestnicząc w ten sposób w dyskusji na poruszony przez autora temat.

Początkowo bardzo mnie to rajcowało, polemizowałem z moimi adwersarzami, odnosiłem się do ich zarzutów, cieszyłem się z każdej wypowiedzi, nawet tej najbardziej krytycznej, bo świadczyły o tym, że ludzie czytają moje felietony i dyskutują na ich temat. A o to chodzi każdemu dziennikarzowi. Nie o aplauz, a o zainteresowanie.

Mój zapał szybko jednak ostygł, a to, co działo się i dzieje nadal pod moimi felietonami, skłoniło mnie do przyjrzenia się mechanizmom internetowej dyskusji.

Dziś już wiem, że forum internetowe służy w znacznym stopniu do wyładowywaniu agresji i frustracji. Pokazuje, jak łatwo jest na nim manipulować ludźmi, podjudzać ich do bezmyślnych ripost i jak bardzo bezsilni, skazani na porażkę wobec internetowych hejterów są osoby, które starają się wprowadzić konstruktywne i logiczne akcenty do dyskusji.

Przekonałem się, że komentarzy odnoszących się do problemu poruszonego w moim felietonie jest zaledwie kilka, czasem kilkanaście. Większość z nich to wpisy frustratów, ludzi chorych ogarniętych różnymi obsesjami oraz tak zwanych trolli. Skłoniło mnie to do częstych interwencji na mojej stronie, którą sam administruję oraz do ignorowania wpisów pod moimi tekstami na internetowych portalach. Nie czytam ich i tyle. Jak muszą niech się sami dławią swą nienawiścią, ale beze mnie.

Jako polonista z wykształcenia ze smutkiem muszę stwierdzić, że także te, bardziej merytoryczne opinie, nie są pozbawione błędów, które świadczą o powszechnym braku umiejętności polemizowania. Dominują wśród nich komentarze, które charakteryzuje brak czytania ze zrozumieniem lub skupienie się tylko na jednym zdaniu, tytule lub w najlepszym wypadku fragmencie komentowanego tekstu. Autorzy tego typu „polemik” dokonują analiz, których konkluzja częstokroć pokrywa się z głównymi tezami mojego felietonu, ale przedstawiona jest zawsze w kontrze do niego.

Na drugim miejscu, co do częstotliwości występowania, są komentarze polityczne czytelników, którzy zakładają, że reprezentuję interesy określonej opcji politycznej i w zależności od własnych poglądów afirmują lub negują mój felieton, nie do końca go przeczytawszy.

Następnie znaleźć można komentarze z cyklu „bałwan nie potrafi pisać po polsku” czyli teksty wytykające rzekome błędy językowe w felietonie. Autorzy tego rodzaju wpisów najczęściej nie rozumieją, że wpływ na znaczenie słowa ma jego kontekst, związek frazeologiczny czy metafora, w której występuje. Takie uwagi smucą mnie najbardziej, bo świadczą o tym, że wiedza o naszym języku spsiała. Ostatni typ komentarzy to tak zwane „bluzgi”, które kompromitują głównie ich autora, bo świadczą o trawiących go obsesjach i frustracjach. To materiał dla psychiatry a nie felietonisty

Dlaczego więc – mimo tych zastrzeżeń – tyle miejsca i czasu poświęcam tematowi dyskusji na internetowych blogach?

Nie uważam, że umiejętność polemiki jest czymś łatwym i wrodzonym, ale wierzę, że można się jej nauczyć. Osobiście miałem to szczęście, że w liceum moja polonistka organizowała debaty w klasie, w trakcie których trzeba było przestrzegać ściśle określonych reguł: odnosić się do argumentów drugiej osoby, stosować zasady logiki i używać narzędzi retorycznych, a nie erystycznych. Piszę o tym z nadzieją, że młodzi poloniści wprowadzą do swych lekcji zajęcia z polemiki, a może wtedy polskie fora internetowe będą przypominały grecką agorę, a nie językową i intelektualną kloakę.

Zbigniew Noska

Ignoranci

Życiowe doświadczenie mówi mi, że są tacy moi rodacy, którzy jak uwierzą, że dwa dodać dwa jest trzy, to nikt nie przekona ich, aby się zastanowili i jeszcze raz dokładnie przeliczyli.

Tacy właśnie Polacy zagłosowali na Pawła Kukiza. Ten popularny przed laty rockman, który „na starość” postanowił zostać politykiem, uwiódł ich hasłem „jowy”. Jest to hasło proste i łatwe do zapamiętania będące (według Kukiza) panaceum na wszelkie trudności, przed którymi stoi młode pokolenie Polaków.

Błąd Kukiza i popierających go Polaków polega na tym, że nie mają pojęcia, czym są owe jowy, a przede wszystkim nie wiedzą, jak one działają.

Zarówno ordynacja większościowa z „jowami” jak i ordynacja proporcjonalna, (która obecnie obowiązuje u nas w wyborach do sejmu) mają swoje zalety i wady. Niemcy, w których rozsądek i praktyczność wierzę najbardziej, wybrali złoty środek – ordynację mieszaną, która – zdaje mi się – przypadła także do gustu prezydentowi Komorowskiemu zgłaszającemu poprawkę konstytucyjną oraz ogłaszającemu referendum na temat „jowów”.

Największą zaletą „jowów” jest ich czytelność dla wyborców. Opierają się one na prostej zasadzie, że w danym okręgu wygrywa jedna osoba, która zdobyła najwięcej głosów. Zasada ta ma jednak jedną wadę – preferuje silne, dobrze zorganizowane partie i wcale nie burzy, lecz utrwala istniejący system polityczny, czego Kukiz i jego zwolennicy zrozumieć nie chcą lub nie potrafią.

Tymczasem wystarczy posłużyć się świeżym przykładem wyborów w Anglii, gdzie od wieków obowiązuje system jednomandatowy. Partia Konserwatywna mając 37 proc poparcia będzie rządzić samodzielnie, ponieważ zdobyła 51 proc mandatów. UKIP, który zebrał 12,6 proc głosów będzie miał 1 mandat, a szkoccy nacjo-socjaliści dostali 4,6 proc głosów, a będą mieć 56 mandatów w 650 miejscowym parlamencie. Podobnie było w Pile w wyborach do Rady Miasta. „Platformersi”, którzy po wyborach proporcjonalnych zawsze musieli szukać koalicjanta, teraz po wyborach w okręgach jednomandatowych panują niepodzielnie.

Największą zaletą ordynacji proporcjonalnej jest bardziej sprawiedliwe odwzorowanie, w ilości mandatów, poparcia wyrażonego w ilości głosów wyborców. A główną wadą – stopień skomplikowania, który powoduje, że zasady te są niezrozumiałe dla wielu wyborców.

Zwolennicy Kukiza za wadę ordynacji proporcjonalnej uważają to, że kolejność na listach komitetów wyborczych ustala najczęściej wąskie grono ludzi, a wyborcy przeważnie głosują na pierwszego kandydata na liście, lecz wady tej nie jest pozbawiony system z „jowami”, ponieważ tam także zazwyczaj wąskie grono decyduje, kogo wystawić w danym okręgu.

*

Wielu wyborców Kukiza, nie mając pojęcia czym są „jowy”, zagłosowało na niego z uwagi na jedno, magiczne dla nich słowo – „antysystemowy”. Słowo – klucz, w które każdy może sobie włożyć dowolną treść. Przypominają mi się czasy Stana Tymińskiego, podobnego ignoranta, który prostymi hasłami chciał uratować Polskę. Poparcie w wyborach prezydenckich zdobył podobne jak Kukiz.

Nie będę kpił z groteskowych wypowiedzi Kukiza w stylu „Polki rodzą dzieci w Wielkiej Brytanii, bo tam są jowy”, ani z jego zachowania podczas wieczoru wyborczego świadczące – delikatnie rzecz nazywając – o wątłej odporności emocjonalnej. Kukiz jest częścią historii polskiego rocka, dlatego tym bardziej żal mi słuchać głupstw, które teraz wygaduje.

*

20 proc z głosujących, czyli 10 proc z uprawnionych do głosowania (3 mln ludzi) oddało swój głos na człowieka, który powtarza slogany kłócące się z logiką i wiedzą. Nieważne, czy zagłosowali na Kukiza, bo myślą, że „jowy” rozwiążą ich problemy, czy skusiło ich słowo „antysystemowy. Gdy słyszę, jak ten ignorant krzyczy: „Idziemy po całą Polskę”, budzi się we mnie niepokój.

Mam bowiem awersję do artystów, którzy kreują się na przywódców narodu, pamiętając o tym, że Hitler za młodu chciał być malarzem, a Stalin debiutował jako dobrze zapowiadający się poeta.

Zbigniew Noska

Bieda po polsku

Bronisław Geremek pisał, że wszystkie historyczne społeczeństwa znają nierówności i biedę. Zawsze są biedniejsi i bogatsi. W sumie zatem chodzi o to, żeby te najgorsze warunki nie były straszne.

W Polsce Ludowej zjawisko biedy było objęte ścisłą cenzurą. Właśnie dlatego starsi Polacy z jednej strony kojarzą biedę z obrazkami z nowelek pozytywistycznych, które czytali w dzieciństwie, a z drugiej strony, z początkiem lat 90. Wtedy pod wpływem restrukturyzacji gospodarki pojawiło się masowe bezrobocie, które stanowiło jedno z głównych źródeł biedy. Dochody realne uległy znacznemu obniżeniu, a wiele państwowych dotacji zlikwidowano. Skutkiem tego podwoiła się liczba osób uzyskujących niskie lub bardzo niskie dochody i charakteryzujących się niską lub bardzo niską konsumpcją. Z kolei wstąpienie Polski do Unii Europejskiej – a konkretnie pojawienie się dopłat bezpośrednich i reformy polityki społecznej – poprawiło sytuację. Od tego momentu nastąpił spadek ubóstwa w Polsce.

Tak więc apogeum ubóstwa mamy już za sobą. Punkt szczytowy wzrostu biedy w Polsce przypadł na lata 2004-2005 za czasów rządów Leszka Millera i SLD. Zachodzące potem zmiany w polskiej gospodarce, mimo kryzysu 2008 roku sprawiły, że dziś nie ma już u nas tak wysokiej stopy ubóstwa, jaka występowała 10 lat temu.

*

Pytaniem podstawowym w rozważaniach o biedzie jest określenie sposobów jej mierzenia. Badania GUS obejmują wydatki, konsumpcję – nie dochody. Z kolei Instytut Pracy i Spraw Socjalnych wprowadza koszyk dóbr niezbędnych do zaspokojenia potrzeb – miarę dostosowywaną do poziomu inflacji, która powinna odzwierciedlać zmiany w polskiej gospodarce. To dobra wystarczające do przeżycia, których nie może być mniej, bo biologicznego przetrwania nie da się przełożyć w czasie. W 2013 r. koszyk ten wynosił 551 zł dla gospodarstwa jednoosobowego, a 1486 zł dla gospodarstwa czteroosobowego. To jest minimum egzystencji. Są i inne miary. Np. tzw. miara ustawowa, czyli próg interwencji socjalnej – przy jakich dochodach człowiek ma prawo ubiegania się o zasiłek i dostaje go niejako z urzędu. Jest też „ubóstwo relatywne”, którym określa się gospodarstwa, których dochód nie przekracza 50 proc. średnich dochodów gospodarstw w kraju. Utrzymuje się ono na poziomie 16-17 proc. i nazwać je można „ubóstwem umiarkowanym”.

*

Cechą charakterystyczną polskiej biedy jest ubóstwo rodzin wielodzietnych. W lepszej od nich sytuacji są na przykład samotne matki czy ojcowie, o których z kolei wiele mówi się w mediach. Zwykle na świecie to oni byli w najgorszej sytuacji, a tymczasem u nas są w sytuacji wyraźnie lepszej niż rodziny z trojgiem dzieci.

Kolejnym mitem jest bieda osób starszych. W PRL-u emeryci byli biedni. Dziś większy odsetek skrajnie ubogich znajduje się w grupach rencistów, pracowników czy rolników.

*

Polska debata publiczna pełna jest stereotypów i instrumentalnego traktowania biedy. Widać to zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej. Polityk powie jakąś bzdurę na konferencji prasowej czy w wywiadzie, dziennikarze tego nie sprawdzają, a internauci bezkrytycznie powtarzają. Pojawiają się absurdalne hasła typu „2 miliony głodnych dzieci w Polsce!”, których nikt nie weryfikuje.

Onegdaj nazwisko pewnego mojego znajomego polityka pojawiło się w jednym z tekstów „o głodujących dzieciach”, więc zadzwoniłem do niego o źródła informacji. Odpowiedział tylko, że nie pamięta tego wywiadu. Na jakich danych się to opierało? Nie przypomniał sobie.

Jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej, podczas której słowo bieda odmienia się we wszystkich przypadkach i dlatego właśnie teraz warto przypominać, że bieda w Polsce to obszar mitów. Potrzebują ich niektórzy politycy i ich sfrustrowani wyborcy. Reszta Polaków ciężko pracuje i cieszy się urokami życia.

Zbigniew Noska