Cudów nie ma

Po wyborach prezydenckich oraz w wyniku sondażowych sukcesów „partii Kukiza” wśród polityków i w mediach panuje moda na zmiany. Czas, aby spojrzeć na to zjawisko z perspektywy gospodarczej i… zrobić sobie zimny prysznic.

Gospodarka – co jest stwierdzeniem tak oczywistym, że aż banalnym – przypomina naczynia połączone. Polska nie jest samotną wyspą. Jesteśmy częścią zachodniej cywilizacji i wraz z nią rywalizujemy z gospodarkami Azji i Ameryki. Ponieważ problem integracji europejskiej jest ciągle w powijakach, rywalizujemy także z innymi krajami Unii Europejskiej.

Co z tego wynika? Między innymi to, że średnia pensja w Polsce zależy nie tylko od rządu, ale też od tego, z kim się ekonomicznie ścigamy jako kraj i jako część Europy. Żaden Kukiz ani Duda nie sprawią nagle, że płace Polaków uzyskają poziom zarobków niemieckich, czy angielskich, a tym samym zahamuje emigrację młodych.

Nie da się też nagle znaleźć w budżecie pieniądze na ogromne wsparcie socjalne, jakie obiecują zwolennicy zmiany. Można to oczywiście zrobić, ale kosztem innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Można też zabawić się w Janosika. Odebrać jednym i dać drugim, biedniejszym. Ale jak to zrobić nie naruszając prawa i konstytucji?

*

Nie bez wpływu na stan naszych portfeli jest nasza historia. W 1989 roku byliśmy naprawdę ruiną spowodowaną nie tylko niewydolnością gospodarczą systemu, ale także dekadą strajków i społecznego buntu. Dlatego byliśmy daleko z tył za Niemcami i Anglikami ale także za Węgrami i Czechami.

W latach 1989 – 2015 znacząco zmniejszyliśmy dystans dzielący nas od tych krajów zarówno w zarobkach jak i poziomie życia. Jest to fakt potwierdzony przez polskie i zagraniczne ośrodki badawcze. Z badań tych wynika równocześnie, że najszybciej proces ten przebiegał za rządów Platformy Obywatelskiej. Mogę bez wysiłku wskazać polityków, a zwłaszcza ekonomistów którzy potrafiliby lepiej wykorzystać środki unijne i szybciej nadganiać ów dystans niż PO, ale problem w tym, że nie ma ich ani w PiS, ani u Kukiza, ani tym bardziej na poszatkowanej lewicy. Ale nawet najzdolniejsi i najuczciwsi z Polaków nie dokonaliby cudu i i nie zdołaliby odrobić cywilizacyjny i gospodarczy dystans do Zachodu w ciągu 25 lat.

*

Za szczególnie niebezpiecznych demagogów uważam tych, którzy biadolą nad wyjeżdżającymi na Zachód młodymi Polakami. Jeśli za tę samą prostą czynność na Zachodzie zarabiało się nawet ośmiokrotnie więcej, a obecnie nadal dwu – trzykrotnie więcej, to nie można się dziwić, że wielu ludzi tam wyjeżdża. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby emigrujący Polacy dorabiali się i wracali z powrotem do ojczyzny, ale w bardziej rozwiniętych krajach Europy nie tylko więcej się zarabia. Tam panuje także inna atmosfera polityczna i obyczajowa. Tam nikt nikomu do ani w łóżko, ani pod łóżko nie zagląda. Tam nie ma też „politycznych szczujni” i „przemysłu nienawiści”, którymi żywią się polskie media. Tam nie ma domowych wojen w stylu PiS kontra PO i odwrotnie. Trzeba by prawdziwego cudu, aby pogodzić tak skłonny do waśni naród. Tego nawet Jan Paweł II nie potrafił.

*

Głównym problemem polskiej gospodarki nie są afery, nie jest korupcja – jak głoszą prawicowi aktywiści – lecz jej słaba innowacyjność. Wielokrotnie spotykałem się z opinią, że niepotrzebnie włożyliśmy tyle unijnych pieniędzy w rozwój infrastruktury, że lepiej było zainwestować w laboratoria, w ośrodki badawcze etc. Usłyszałem argument, że w Niemczech czy we Francji znacznie więcej łoży się na badania niż na drogi. To prawda, ale w Polsce przed 2004 rokiem praktycznie nie było wygodnych połączeń między dużymi miastami i ośrodkami przemysłowymi, co blokowało dopływ kapitału z zewnątrz.

Także i innowacyjności na cud liczyć nie można. Nadal wielu wybitnych naukowców i technologów będzie wyjeżdżało na Zachód mając tam większe szanse na realizację swoich zamierzeń. Polski nie stać na zagwarantowanie wielu naukowcom pensji i funduszy na poziomie niemieckim czy włoskim. Odbija się to też na poziomie edukacji w szkołach wyższych. Znakomici wykładowcy też kosztują.

Można by więc stwierdzić, że otwarcie rynku pracy dla Polaków w UE wydrenowało Polskę. To może i prawda, ale nasz kraj nie powinien być więzieniem. Paszport jest prawem a nie przywilejem, podobnie jak możliwość mieszkania tam, gdzie komu jest wygodnie. Polska jest dla ludzi, a nie odwrotnie.

Zbigniew Noska

Jak u Haszka

– A to zabili nam Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka (…)

– Którego Ferdynanda, pani Müllerowo – zapytał Szwejk nie przestając masować kolan.

– Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.

– Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.

(…) do gospody wszedł Szwejk, który kazał sobie podać ciemne piwo, dodając znacząco:

– Bo w Wiedniu też dziś mają żałobę.

– Tutaj wisiał niegdyś obraz najjaśniejszego pana – ozwał się znów po chwili – akurat tam, gdzie teraz wisi lustro.

– A tak, ma pan rację – odpowiedział Paliviec – wisiał tam, ale obsrywały go muchy, więc zaniosłem go na strych. Wiadomo, jak to bywa. Jeszcze by kto zrobił głupią uwagę i miałby człowiek kram. Potrzebne mi to?

Ten epizod ze znanej powieści Haszka przypomniał mi się, gdy dowiedziałem się z mediów o kłopotach prezydenta Słupska Roberta Biedronia, który nie dość, że ma problem z miejskim budżetem (zadłużonym przez poprzednika), to został oskarżony o znieważenie wizerunku Jana Pawła II

Sprawa jest niemal tak stara jak cytowana na wstępie powieść Haszka, ale dopiero teraz nabrała rumieńców i cech prawdziwej groteski. Robert Biedroń, gdy przejął urząd prezydenta miasta, nakazał zdjęcie ze ściany swego gabinetu portretu papieża i umieszczenie go w galerii honorowych obywateli Słupska (bo taki tytuł radni przed laty nadali polskiemu papieżowi). Stamtąd decyzją biskupa diecezji koszalińsko-kołobrzeskiego Edwarda Dajczaka portret trafił do kościoła Mariackiego w Słupsku. Zawisł obok relikwii Jana Pawła II, gdzie – jak zapowiedział na łamach „Gościa Niedzielnego” proboszcz tamtejszej parafii – będzie teraz czekać na nowego prezydenta miasta, żeby „wrócić na swoje miejsce”.

W związku z tym wydarzeniem kilka dni temu Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą w osobie jego lidera Ryszarda Nowaka powiadomił prokuraturę, o „popełnieniu przestępstwa przez prezydenta Słupska Roberta Biedronia, który znieważył przedmiot czci religijnej w osobie św. Papieża Jana Pawła II”.

Trzeba mieć szczególnego rodzaju wrażliwość, by uznać, że ktoś, kto zdejmuje ze ściany obraz znieważył postać, która na tym obrazie jest przedstawiona. Czyż to nie jest Haszek czystej krwi i w czystej postaci?

Pewnie sąd, jeśli sprawa do niego trafi, resztkami zdrowego rozsądku groteskę tę oddali, ale na uwadze mieć trzeba, że nie wszystkie sądy w Polsce mogą mieć wystarczające poczucie humoru. Dlatego przestrzegam wszystkich, którzy poważnie traktują zasadę świeckości państwa polskiego, aby nadmiernie tego nie eksponowali. A już za żadne skarby świata nie zdejmowali ze ścian papieskich portretów lub – co gorsze – krzyży. Mamy bowiem teraz taki klimat, że „za obrazę uczuć religijnych” można oberwać niemal tak boleśnie jak za obrazę nie tak dawno temu towarzysza Stalina.

Ale to jeszcze nie wszystko. Agentura Nowaka i nowakopodobnych im bliżej przewidywanego wyborczego zwycięstwa „obozu patriotycznego” tym jest aktywniejsza. Ma swoich licznych zwolenników, którzy krążą po instytucjach, estradach i uczelniach, po wszelkich miejscach publicznych. I węszą. Marzy im się, by mogli także zajrzeć do naszych mieszkań. Najlepiej o 6 rano w towarzystwie antyterrorystów i telewizyjnych kamer.

*

Jeśli na jesieni wygra „opcja pisowska”, pojęcie „obraza uczuć religijnych” stanie się środkiem do niszczenia każdego przeciwnika. Wszak zawiadomienie w prokuraturze może złożyć każdy na każdego. Takie ma prawo. Pytanie jest inne: co prokuratura z takim zawiadomieniem zrobi zwłaszcza wtedy, gdy utraci swą niezależność i znowu trafi w ręce ziobropodobnego ministra?

Jarosław Gowin już dziś zapowiada, że po przejęciu władzy zjednoczona prawica „przywróci właściwe standardy moralne”.

Zbigniew Noska

Falstart

Z wyników wyborów prezydenckich zadowolonych jest obecnie zaledwie 32 proc. Polaków, co piąty pytany przyjął je z obojętnością, rozczarowanych jest 16 proc. Takie wyniki pokazują ostatnie badania CBOS. A jakim prezydentem będzie Andrzej Duda? Odpowiedź na to pytanie jeszcze bardziej zaskakuje. 36 proc. ma opinię umiarkowaną: będzie to prezydentura ani dobra, ani zła. Pozytywną opinię ma co piąty respondent (20 proc). 21 proc. jest przekonanych, że Duda będzie złym prezydentem, co dziesiąty ankietowany (10 proc.) – że bardzo złym.

Skąd wzięły się tak mizerne wyniki sondażowe w zaledwie kilka tygodni po wyborach? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.

Prezydent elekt zamiast pojechać na urlop po męczącej kampanii i milczeć do czasu formalnego przejęcia władzy, dał się ponieść emocjom i zaczął zabawiać w recenzenta ekipy obecnie sprawującej władzę. Przy okazji skandalu z publikacją „akt Stonogi” uznał za stosowne wygłosić przemówienie do narodu, w którym namawiał do głosowania w jesiennych wyborach przeciw obozowi dziś rządzącemu. W ten sposób wstąpił w szeregi partyjnych agitatorów PiS i zadał kłam lansowanej przez siebie w trakcie kampanii tezie, że chce być prezydentem wszystkich Polaków.

Andrzeja Dudę kompromitują także wypowiedzi jego najbliższych współpracowników. Jego doradca w zakresie polityki zagranicznej Krzysztof Szczerski udzielił „Rzeczpospolitej” wywiadu przywołującego najgorsze wspomnienia PiS-owskiej dyplomacji, specjalizującej się w bezsensownym pobrzękiwaniu szabelką oraz antagonizowaniu tych, którzy dobrze Polsce życzą i są jej sojusznikami w Europie. Szczerski zasugerował wprawdzie, że z pierwszą europejską wizytą zagraniczną prezydent Duda pojedzie do Berlina, ale zarazem w sposób konfrontacyjny postawił Niemcom cztery warunki.

Tę polityczną niedojrzałość dostrzeżono już za granicą. Edward Lucas, wicedyrektor waszyngtońskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych przestrzega: Kraje nordyckie i bałtyckie boją się polskiej nieprzewidywalności. Na rządzie Tuska można było polegać. A jaki będzie nadchodzący polski rząd? Wspomnienia chaosu i nieprzewidywalności epoki Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława są wciąż żywe.

Za Andrzejem Dudą jako byłym europosłem ciągnie się wreszcie afera związana z „lewymi” zatrudnieniami pracowników centrali PiS na etatach unijnych.

Praca w Parlamencie Europejskim daje politykom wiele możliwości, bo Unia Europejska nie szczędzi środków na posłów, a także na ich asystentów (22 tys. euro miesięcznie).

Andrzej Duda miał więc 17 asystentów, na liście u Ryszarda Czarneckiego jest 15 osób, a bydgoski poseł Kosma Złotowski aż 18. W marcu Michał Krzymowski opisał w „Newsweeku”, że europosłowie PiS dostali polecenie zatrudnienia pracowników, których partia musiała zwolnić w ramach zaciskania pasa. Dzięki temu nadal robili to samo, ale płaciła Bruksela, a nie Nowogrodzka. Tak mieli być zatrudnieni m.in. pracownica biura partii, która zajmuje się też makijażem prezesa czy pielęgniarka, która opiekowała się Jadwigą Kaczyńską przez ostatnie półtora roku jej życia. Opłacani przez Unię asystenci odegrali też sporą rolę w kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Na pokładzie Dudabusa niemal zawsze była obecna Magdalena Żuraw, dawny „aniołek Kaczyńskiego” oraz Marcin Kędryna, znany skądinąd bloger – oboje zatrudnieni przez Andrzeja Dudę.

Taki sposób „wykorzystywania” asystentów jest niezgodny z przepisami unijnymi dlatego prokuratura wszczęła śledztwo, w którym zbada, czy polscy politycy oszukali Parlament Europejski. Jaki będzie jego rezultat nie trudno przewidzieć. Nie wierzę bowiem, aby prowadzący je prokuratorzy angażowali się w nie ze szczególnym zapałem tym bardziej, że w razie wyborczego zwycięstwa PiS prokuratura straci swoją niezależność, a prokuratorem generalnym zastanie minister sprawiedliwości.

*

Prezydent Andrzej Duda popełnił falstart. Mimo że nie przejął jeszcze urzędu, zalicza wpadki za wpadką. Coraz bardziej wątpię w to, że potrafi wybić się na samodzielność i będzie godnym i mądrym reprezentantem całego narodu oraz obrońcą polskiej racji stanu, a nie pisowskich interesów i interesików.

Zbigniew Noska

Snowden po polsku

Internet rządzi Polską, a ściślej rzecz ujmując różnej maści (głównie prawicowej) hejterzy i trolle, którzy na społecznościowych portalach zniszczyli prezydenta Komorowskiego, wykreowali ruch Kukiza, a teraz znaleźli sobie nowego bohatera – Zbigniewa Stonogę. Postanowiłem przyjrzeć się tej postaci korzystając z tego samego źródła, za pomocą którego on sam próbuje się wykreować.

W Internecie nie trudno odnaleźć informacje na temat jego przeszłości. Trzy lata przesiedział w więzieniu, prowadził szemrane interesy, był klientem prokuratur i sądów w całym kraju. Dziesięć lat temu nieistniejące już dziś „Życie Warszawy” pisało o nim jako o „oszuście od Leppera” i „pedofilu w pobliżu Leppera” (nawiązując do stawianych mu zarzutów).

Od początku publicznej działalności, czyli od banneru obwieszczającego, że „wypier**ił” go urząd skarbowy, cieszy się medialnym i internetowym zainteresowaniem, które umiejętnie podkręca. Temu miały służyć filmiki, w których bluzga, wyzywa i obraża. Temu też podporządkowane są jego opinie na temat polskich mediów. Dziennikarza TVN nazwał „Żydkiem”, a o Gazecie Wyborczej mówi „Jude Zeitung”. Tak działały również akcje wymierzone w konkretne osoby, m.in. w rzecznika policji Mariusza Sokołowskiego. Sam zainteresowany przyznał zresztą, że „się wygłupiał”, licząc na poklask tych, którym imponuje wyzywanie polityków od „chu*ów”.

Żaden z wcześniejszych happeningów Stonogi nie może się jednak równać z tym, jaki efekt dała publikacja materiałów sądowych związanych z aferą taśmową i śledztwem w jej sprawie. Stonoga publikując wszystkie akta, które miał w posiadaniu, wyszedł poza wizerunek warchoła, którego szczytem finezji jest powiedzenie policjantowi, by „wypier**ał”. Dziś, kiedy rządzący trzęsą się z oburzenia, opozycja zaciera ręce, a prokuratura stawia zarzuty, przedsiębiorca stał się polskim Snowdenem, człowiekiem prześladowanym przez władze. Zyskał więc w niektórych środowiskach wiarygodność, która daje mu status antysystemowego autorytetu.

Trudno dziś przewidzieć, czy poparcie dla Stonogi, jakie objawia się szczególnie w sieci, może przełożyć się na polityczny kapitał. „Stonoga Partia Polska”, którą zakłada biznesmen, na pewno nie dorówna sukcesom Pawła Kukiza, a najprawdopodobniej będzie funkcjonować jako polityczny folklor. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Stonoga ma za sobą sporą rzesze sympatyków. Nawet jeśli nie będą na niego głosować, już sam fakt, że tak fanatycznie go wspierają, jest zastanawiający. Kim oni są? Poczytałem sobie trochę ich opinie na facebookowych stronach typu „Uwolnić Stonogę”. Z lektury zamieszczonych tam opinii wyłania się obraz wzburzonej, naszpikowanej teoriami spiskowymi części społeczeństwa, która w prymitywny sposób wyraża niechęć do rządzących i „systemu” w ogóle.

Nie jest to pocieszające dla przyszłości Polski. Prymitywizm i warcholstwo rwie się do władzy w naszym kraju. Najpierw muzyk, który omal nie został prezydentem, a teraz właściciel komisów samochodowych, który „odpala” akta jednego z ważniejszych śledztw w Polsce – coraz bardziej znacząca część moich rodaków ulega populizmowi antysystemowców, którzy uwodzą radykalnym językiem i nienawiścią do polityków.

*

Po ostatnich wydarzeniach, a zwłaszcza decyzjach Ewy Kopacz można by sądzić, że biznesmeni z problemami są w stanie przewrócić państwo, a przynajmniej rząd. Takie można odnieść wrażenie zwłaszcza w kontekście bylejakości zarówno władzy jak i opozycji, którą z niepokojem obserwuję. Nie wierzę w to. Nadal niewiele wiadomo, kto stoi za nagraniami. Zbigniew Stonoga, a wcześniej Marek Falenta – to pionki. Kto naprawdę macha tym ogonem, że wywraca rząd i Polskę? Czy kiedyś się tego dowiemy?

Zbigniew Noska

Polska do góry nogami

Pisanie o gospodarce budzi emocje równie wielkie jak komentarze polityczne. Przekonałem się o tym po opublikowaniu mojego felietonu z tego cyklu na fecebooku. Ulegając swym sympatiom lub politycznym antypatiom moi adwersarze nie potrafią spojrzeć na zjawiska gospodarcze obiektywnie. Nie wierzą ani w liczby GUS, ani w statystyki Eurostatu, ani w opinie polskich lub zagranicznych ekspertów. Traktują ekonomię jako narzędzie propagandy, a nie naukę. Ich zdaniem Polska to gospodarcza ruina, a kraj rządzony przez PO tkwi w ekonomicznej zapaści. Tymczasem jest to nieprawda.

Kiedy weźmiemy pod uwagę jednostkowy PKB (dane z Eurostatu), to widać, że od 2002 roku corocznie przyrasta on u nas o 2,32 punktów procentowych prędzej niż w całej Unii. Jeśli natomiast skonfrontuje się dane z poszczególnych lat z gospodarką niemiecką (najsilniejszą w Europie) to widać, że millerowskie i belkowe SLD oraz „pisowska” IV RP swoje sukcesy zawdzięczały raczej koniunkturze, a PO zręczniejszej niż Niemcy gospodarce finansami.

Już słyszę te głosy oburzenia, jakie wywoła ta opinia. Nic na to nie poradzę. Nie jestem sympatykiem PO, nigdy na tę partię nie głosowałem, ale takie są fakty.

Podobne emocje spowoduje zapewne mój komentarz dotyczący optymistycznych ocen prognozy rozwoju polskiej gospodarki zawartych w rządowym projekcie budżetu na 2016 rok przygotowanym przez resort Mateusza Szczurka, Niewiele mniej optymistyczny są ekonomiczne przewidywaia dla Polski Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jeśli ten scenariusz się sprawdzi, będziemy trzecią najszybciej rozwijającą się gospodarką w Europie.

Według założeń rządu PKB w przyszłym roku wzrośnie o 3,8 proc. średnioroczna inflacja o 1,7 proc. Nominalny wzrost przeciętnego wynagrodzenia brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniesie 3,8 proc. przeciętne zatrudnienie w gospodarce narodowej zwiększy się o 0,8 proc. a stopa bezrobocia rejestrowanego na koniec 2016 r. roku wyniesie 9,8 proc. (wobec przewidywanego wskaźnika w wysokości 10,5 proc. na koniec tego roku).

Zdaniem nie tylko polskich ekspertów jest to realny scenariusz rozwoju naszej gospodarki. Nie ma większych powodów, by nie mógł zostać zrealizowany. Ewentualną przeszkodą mogą być zawirowania na scenie politycznej.

Ci sami ekonomiści zgodnie przyznają, że przed polską gospodarką bardzo dobre półrocze. Ale początek 2015 roku też był zaskakująco pozytywny. Zaskoczył nawet GUS, który wstępnie oszacował, że w okresie od stycznia do marca wzrost gospodarczy wyniósł 3,5 proc., a po wnikliwej analizie podniósł wynik jeszcze o 0,1 punktu procentowego. Głównym paliwem gospodarki były w pierwszych miesiącach roku inwestycje, których dynamika wyniosła aż 11,4 proc. rok do roku. Oznacza to, że firmy dostrzegają, że obecne moce wytwórcze mogą już wkrótce nie wystarczyć do zaspokojenia rosnącego popytu.

Zaskakująco dobrze będzie też sobie radziła „stara” Europa. Analitycy z EY i Oxford Economics oszacowali, że wzrost gospodarczy w strefie euro wyniesie w tym roku 1,5 proc. wobec zaledwie 0,9 proc. w 2014 roku, a w 2016 roku podskoczy jeszcze do 1,6 proc.

*

Pozytywne dane o wzroście gospodarczym w Polsce to nie tylko szansa na podreperowanie notowań Platformy Obywatelskiej, które poleciały na łeb na szyję po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach. Ostatecznie mogą one doprowadzić do obniżki 23-procentowej stawki VAT. Rząd Donalda Tuska podniósł podatek od towarów i usług w 2011 roku, żeby ratować stan finansów publicznych. Obiecywał, że to rozwiązanie tymczasowe i że przywróci poprzednią, 22-procentową stawkę tak szybko, jak się da. Chodzi o moment, w którym wydatki i wpływy rządu mniej więcej się bilansują albo są niewiele na minusie.

W Polsce właśnie taki moment nastał. Minister finansów Mateusz Szczurek zapewnia, że w 2017 roku i że kwestia jest już przesądzona.

*

W świetle tych danych i prognoz cokolwiek złego byśmy chcieli powiedzieć o rządach Platformy, to bezwzględnie trzeba jej przyznać, że potrafiła skutecznie stymulować rozwój polskiej gospodarki. Wynika też z tego, że opozycja zarzuca Platformie to, co nastąpi dopiero wtedy, kiedy PO władzę straci i gdy PiS będzie chciał spełnić swoje obietnice.

Stojąc na głowie nie da się inaczej widzieć świata jak do góry nogami – co dedykuję moim adwersarzom, który po przeczytaniu tego komentarza natychmiast rzucą się na mnie.

Zbigniew Noska