Spór o rzecznika

Przyznam, że zaskakuje mnie gorąca atmosfera sporu wokół wyboru nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. O stanowisko to rywalizują z sobą Zofia Romaszewska (zgłoszona przez PiS) i Adam Bodnar ( popierany przez PO i lewicę.) Pomijając względy ideologiczne wybór wydaje mi się dość oczywisty. Zofia Romaszewska ma 75 lat, a Adam Bodnar 38. Kadencja rzecznika trwa 5 lat. W chwili jej zakończenia Romaszewska będzie miała osiemdziesiątkę na karku, a Bodnar lat 43.

Biologia jest nieubłagana i nawet najgorętsze serce i największe zaangażowanie nie jest w stanie przezwyciężyć jej skutków. Chyba, że komuś zależy na tym, aby funkcję rzecznika skompromitować lub nadać jej charakter dekoracyjny. Takie intencje zdradził (zapewnie mimochodem) jeden z pisowskich rozmówców w TVN24, który opowiadał się za Romaszewską argumentując, że Adam Bodnar jest jeszcze młody i zdąży się załapać na jakieś stanowisko, a Zofia Romaszewska walczyła o prawa obywatelskie w czasach słusznie minionych i jej wybór byłby wyrazem uznania dla jej dokonań.

Dlaczego nie przekonuje mnie takie postawienie sprawy? Rzecznik Praw Obywatelskich to funkcja konstytucyjna, ważna dla wszystkich obywateli. Decydujące powinny być tu kompetencje i merytoryczne przygotowanie do sprawowania stanowiska, a nie zasługi w przeszłości. Moim zdaniem nie ma większego znaczenia to, jaka partia wysuwa daną kandydaturę. Normalny obywatel nie ma immunitetu i nie może się zasłonić żadną legitymacją, za to ma swojego rzecznika, który powinien mu pomagać i to niezależnie od swojego światopoglądu. W tym kontekście moim zdaniem zdecydowanie lepszym kandydatem jest Adam Bodnar. Dlaczego?

*

Adam Bodnar ma doktorat z prawa i znaczny potencjał intelektualny. Mógł wybrać intratną karierę finansową lub prawniczą, albo spokojną i bezpieczną drogę naukową – wybrał działalność społeczną w organizacjach pozarządowych, które go rekomendowały na to stanowisko.

Ma też Bodnar odpowiednie doświadczenie w obronie praw obywatelskich. Jako wiceprzewodniczący Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka dał się poznać między innymi jako obrońca przetrzymywanych w areszcie wydobywczym więźniów czy zwolnionego policjanta z powodu HIV. Zajął pryncypialne stanowisko w sprawie tortur w tajnym więzieniu CIA na terenie Polski oraz próby ograniczania prawa do zgromadzeń, demonstracji, czy postępującej, masowej inwigilacji obywateli przez państwo.

Jego konkurentkę, Zofię Romaszewską, poznałem dzięki lekturze wydanej w zeszłym roku książki “Romaszewscy. Autobiografia”. Wspomnienia i opinie pani Zofii, jej pogardliwe odnoszenie się do innych opozycjonistów PRL-u, a dziś osób myślących nie po „pisowsku” jasno dowodzą, że ta osoba kompletnie nie nadawałaby się do pełnienia funkcji RPO.

*

Mimo decyzji Sejmu, który dość wyraźnie poparł już Bodnara, walka o stanowisko Rzecznika dla „swoich” trwa nadal. Prawica zgodnie okrzyknęła go symbolem “lewackiej furii” w obszarze stosunków obywatel-państwo. Z tego też powodu PO miała problem z wyborem Bodnara. Trzeba było związać peowskich dewotów (Bodnar bronił mniejszości seksualne) dyscypliną partyjną – z której zresztą kilkunastu się wyłamało.

Tymczasem fakty dowodzą, że Bodnar w konflikcie obywatela z państwem stawał także przeciwko obecnej koalicji PO-PSL. Było to widać w sporze „o kominiarki”. Po demonstracjach i rozruchach w kolejnych Dniach Niepodległości państwo (kancelaria Komorowskiego) wniosło projekt ustawy nakazujący demonstrantom odsłanianie twarzy. Chodziło o to, by policja i służby mogły rejestrować obraz, archiwizować go i tworzyć kartoteki osobowe zbuntowanych. Ten projekt był silnie wspierany przez niektóre media i środowiska. Upadł dzięki Fundacji Helsińskiej z Bodnarem na czele.

Skąd więc ta nagonka na Bodnara? Wchodzimy w trudny okres polityczny, kiedy zjednoczona prawica, która ma szansę przejąć władzę, głosi potrzebę wzmocnienia władzy wykonawczej i zapowiada idące w kierunku autorytaryzmu zmiany ustrojowe. Babcia Romaszewska nas przed takim państwem nie obroni. Natomiast bez względu na to, kto będzie rządził krajem po październikowych wyborach, obywatele będą mieli w Adamie Bodnarze wsparcie w zmaganiu się z ułomnościami własnego państwa.

Zbigniew Noska

Gdzie szukać pracy?

Głupie pytanie, ktoś odpowie. To oczywiste. Tam gdzie lepiej płacą. Czy na pewno? Płace to temat najbardziej niebezpieczny dla komentatora. Kiedy powiedziałem mojej żonie ( byłej nauczycielce), że nauczyciele w Polsce zarabiają najlepiej w Europie (w przeliczeniu na godzinę lekcyjną), to miałem kilka „cichych dni”. A przecież statystyki nie kłamią. Nigdzie w Europie nauczyciele nie pracują tak krótko i nie mają tak długich wakacji. Ale nie o nauczycielskich zarobkach mam zamiar pisać w tym komentarzu.

Ostatnio przejrzałem statystyki dotyczące płac w Polsce i z pewnym zdziwieniem zauważyłem, że płace w sektorze publicznym są wyższe niż w prywatnym. Dane GUS nie pozostawiają wątpliwości – w sektorze publicznym, przeciętne wynagrodzenie (dane z 2013 roku) w sektorze publicznym wynosiło 4 655 złotych brutto (wraz z nagrodami rocznymi), natomiast w prywatnym mniej, bo 3 741 zł brutto.

Praca w budżetówce ma także inne zalety – z reguły jest bardziej stabilna niż ta w sektorze prywatnym. Dodatkowym atutem jest fakt, że o ile zarobki u „prywaciarza” reguluje rynek, to w przypadku publicznych stanowisk pensję są często gwarantowane przez odpowiednie ustawy. A te trudno przecież ad hoc zmienić. Pewność zatrudnienia to w trudnych czasach bardzo pożądany stan. Jednak warto zaznaczyć, że czasem bywa ona złudna. Wystarczy spojrzeć na los urzędników i nauczycieli. Praca tych pierwszych zależy od wyniku wyborów, praca tych drugich od demografii. Z powodu niżu demograficznego zamykane są odziały klas i ubywa etatów dla belfrów.

Średnie zarobki w budżetówce budzą zazdrość osób zatrudnionych w prywatnym sektorze. Warto jednak pamiętać, że także w publicznym sektorze mamy do czynienia z rozpiętością zarobków, a co za tym idzie nie wszyscy otrzymują wysokie pensje. Według analizy sporządzonej przez firmę Sedlak&Sedlak we względnie najlepszej sytuacji są pracownicy służb mundurowych, a wśród tych służb najlepiej wiedzie się celnikom, a najgorzej straży miejskiej. Znacznie gorzej jest już w branży oświatowej, a także w służbie zdrowia. Tu dysproporcje są największe. Lekarze (jak na polskie warunki) zarabiają krocie, płace pielęgniarek są żebracze.

Kolejnym „zafałszowaniem” rzeczywistych zarobków zwykłych pracowników są dysproporcje wynikające z pracowniczej hierarchii. Oczywiście na spore zarobki mogą liczyć prezesi spółek i osoby na kierowniczych stanowiskach; szeregowi pracownicy muszą zadowolić się odpowiednio mniejszymi pensjami.

Kolejnym atutem pracy w budżetówce jest to, że uchodzi ona za spokojniejszą i mniej wymagającą. I to prawda – często można się bezkarnie poobijać.

W sektorze prywatnym natomiast normą jest ścisłe rozliczanie z zadań i efektywności. Trzeba się naharować czasem za kiepskie pieniądze. Jednak z drugiej strony prywatny sektor bardziej sprzyja rozwojowi zawodowemu i szybkiej karierze. Prywatni przedsiębiorcy muszą ze sobą konkurować, są zatem zainteresowani inwestowaniem w umiejętności pracowników i podnoszeniem rentowności.

Pracodawcy prywatni często też oferują swoim pracownikom benefity, takie jak przenośny komputer, karnety sportowe czy prywatna opieka medyczna. Jak wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń, ponad połowa pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwie państwowym nie otrzymywała żadnego świadczenia pozapłacowego.

Co w tej sytuacji powinni zrobić ci, którzy szukają pracy? Smutna prawda jest taka, że nie zawsze mają oni wybór – o pracę jest trudno. To, czy pracodawcą będzie państwo czy przedsiębiorca jest często kwestią drugorzędną. Ważne aby już pracując starać się jak najlepiej wykorzystać daną sytuację i rozwijać swoje kompetencje.

Zbigniew Noska

Dwa listy

Kościół katolicki w Niemczech utracił w 2014 roku rekordową liczbę wiernych, więcej niż w 2010 roku, gdy wskutek afer pedofilskich wśród duchownych wystąpiło z Kościoła blisko 200 tys. ludzi. Teraz ta liczba to 218 tys. Co roku w Niemczech z KK odchodzi podobna ilość osób

W tym kraju pomiar liczby wiernych jest łatwy, gdyż deklarującym przynależność do Kościoła, odpisuje się podatek na utrzymanie kościoła.

Niemcy nie chcą utrzymywać kleru, bo mu nie wierzą. Ten sam los spotyka księży w innych krajach, w tym w Polsce, choć u nas ten proces jest znacznie wolniejszy. Być może dlatego polski episkopat jest krytycznie ustosunkowany do nauczania papieża Franciszka, być może dlatego popełnia błąd za błędem, być może dlatego trawi go syndrom „oblężonej twierdzy”.

*

W minionym tygodniu Abp Stanisław Gądecki napisał list to prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Dotyczy on ustawy o metodzie in vitro, której kościół jest przeciwnikiem przynajmniej z sześciu powodów (przytaczam za Anną Dryjańską, która prześledziła wypowiedzi purpuratów na ten temat)

1) Rzecz sama w sobie jest grzeszna i sumienie jest błędne, jeśli ocenia in vitro jako metodę godziwą. (…) Będziemy walczyć z in vitro jak z aborcją

2) Dominujący sposób myślenia podsuwa czasem rodzaj fałszywego współczucia, które uważa za pomoc umożliwienie kobiecie aborcji, za akt godności dokonanie eutanazji, za osiągniecie wyprodukowanie dziecka.

3) Niech małżeństwa dotknięte krzyżem bezdzietności nie ulegają pokusie użycia złych i niegodnych metod poczęcia dziecka.

4) Trudności to są zazwyczaj te zewnętrzne, to znaczy Państwo – Kościół, w tym sensie forsowania ustaw które są ewidentnie niezgodne z duchem chrześcijańskim. Robią to tak zwani katolicy, co jest jeszcze bardziej trudne do zaakceptowania.

5) Sztuczna inseminacja ludzi, która, choć to nie zamierzone, sprowadza ich do poziomu zwierząt.

6) Jedność i zespolenie między małżonkami zostają oddzielone od aktu poczęcia: plemniki uzyskuje się od ojca w akcie samogwałtu, manipuluje się wielokrotnie organizmem matki, a dziecko staje się „produktem”.

Jako „obywatel Rzeczpospolitej Polskiej” arcybiskup zaapelował do prezydenta o odrzucenie ustawy, twierdząc między innymi, że, in vitro to „globalizacja wykluczenia”.

*

W minionym tygodniu upubliczniony został także inny list, który do Macieja Hamankiewicza prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej skierował profesor Andrzej Jaczewski: Jestem starym, emerytowanym lekarzem – kiedyś docentem Akademii Medycznej w Warszawie, potem profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Przed laty byłem lekarzem bardzo aktywnym, także członkiem zarządów Towarzystw Lekarskich. Wielu moich kolegów – rówieśników (po 80-tce…) zadaje mi dziś pytanie: dlaczego nie zwracam się do Pana z prośbą o interwencję w sprawie „In Vitro”? Toczy się zażarta dyskusja, odbywają się niekiedy brutalne naciski, szerzy się kłamstwo i fałsz. Poniża się ludzi związanych z działaniem na rzecz tej metody pomagania ludziom. Głos – niekiedy publicznie – bezczelnie zabierają duchowni. Metodę potępiają amatorzy: ignoranci, którzy nie chcą dopuścić do prawnej regulacji. A środowisko lekarskie – jedyne kompetentne w oparciu o wiedzę fachową – M I L C Z Y ! Apeluję do Pana – i za Pana pośrednictwem do Zarządu Naczelnej Izby Lekarskiej – by ta najpoważniejsza organizacja lekarska, jedyna kompetentna, zabrała głos w oderwaniu od sporów ideologicznych. Czekamy na Waszą reakcję, na Waszą opinię – interwencję!

*

Myślę, że czytelnicy sami sobie odpowiedzą na pytanie, który z autorów listów ma rację. Ja w jednym z arcybiskupem się zgadzam. Z tym wykluczeniem i udręczeniem jednak coś jest na rzeczy. Przeczytałem kilka dni temu, że jedna z pracownic Polskich Sieci Energetycznych oskarża swoich szefów o mobbing za in vitro, którzy – gdy się dowiedzieli, że stara się o sztuczne zapłodnienie – zaczęli się nad nią znęcać. Jednakowoż arcybiskup nie ujmuje się tutaj za matką i macierzyństwem. Arcybiskup ujmuje się za zarodkami składającymi się z kilku komórek. Albowiem to one (jego zdaniem) są groźnie wykluczone…

Zbigniew Noska

Reaktywacja

„Narasta fala żądzy odwetu, rewanżu, obskurantyzmu, ciemnoty. Ta groźna fala może Polskę zalać. Stoimy w obliczu zmiany cywilizacyjnej, kulturowej, obyczajowej. Być może część ludzi przejrzy na oczy, dostrzeże, jaka jest stawka. Nie chodzi o to, jaka partia wygra wybory, kto będzie premierem, ale jaka będzie Polska, czy dostanie się pod rządy ciemnoty, obskuranckiej, mściwej, nienawistnej ciemnoty. Ta fala może jeszcze nas nie zalewa, ale już liże brzeg.”

Chciałbym napisać, że redaktor Wołek (który wyraził tę opinię) mocno przesadza, ale tak nie jest. To trafna diagnoza sytuacji w Polsce.

*

W cieniu baloników, konfetti i flag podczas konwencji programowej PiS na Śląsku odbywały się tak zwane panele programowe, podczas których eksperci tej partii dzielili się swymi opiniami na temat zmian, jakie należy wprowadzić w Polsce po dojściu do władzy PiS. Dziennikarze niestety zlekceważyli te spotkania z wyjątkiem Anny Dąbrowskiej z Polityki, która wybrała się na panel dotyczący wymiaru sprawiedliwości. Prowadził go Zbigniew Ziobro. Jej relacja z tego spotkania zszokowała opinię publiczną. Wynika bowiem z niej, że w Zjednoczonej Prawicy pękły wszelkie hamulce. Nie ma nawet mowy o pozorach szacunku dla zasad prawa i ustroju, instytucji państwa, a w końcu – etyki i rozumu.

Oto na przykład były szef ABW Bogdan Święczkowski zapowiedział obligatoryjne wprowadzenie badania wariografem sędziów i prokuratorów, od których będzie się także pobierało próbki moczu, by stwierdzić, czy nie są pod wpływem narkotyków.

Zbigniew Ziobro bez ogródek namawiał do odwetu na sędziach, którzy orzekali nie po myśli jego i całej ekipy. Z imienia i nazwiska wymienił sędziów, którzy mogą liczyć na konsekwencje swych decyzji. Padły nazwiska Igor Tuleya i Agnieszka Pilarczyk, która śmiała skazać „nieskazitelnego człowieka Mariusza Kaminskiego” oraz wyrokować w sprawie śmierci ojca Ziobry.

Z kolei doradca eksministra, dr Czabański, postulował ustawowe wprowadzenie możliwości bezwarunkowego prowokowania polityków po to, „aby wyeliminować z życia publicznego sprowokowanych”. Ziobro przypomniał mimowiednie politykom Platformy Obywatelskiej postać Barbary Blidy: „Ci co dali się nagrać w restauracji „Sowa & Przyjaciele” (…) nie będą mieli spokojnej nocy”.

Z aplauzem zebranych spotkało się stwierdzenie jednego z uczestników panelu, który proponował „pogonienie sędziów kijami bejsbolowymi”.

Groźnie zabrzmiały propozycje nadania prezydentowi prawa uchylania prawomocnych wyroków sądowych, co oznacza odejście od podstaw demokracji – trójpodziału władzy. Grozą powiało, gdy pojawił się pomysł supertrybunału składającego się z przedstawicieli narodu wytypowanych przez sejm ( niekoniecznie prawników), który stanowiłby organ odwoławczy w niektórych sprawach – czegoś w rodzaju sądów ludowych.

*

Zapewne nie dochowuję należytego obiektywizmu wobec Jarosława Kaczyńskiego, ale kiedy dziś czytam o tym, w jaki sposób opozycja zamierza stanowić w Polsce prawo i sprawiedliwość, dochodzę do wniosku, że prezes zupełnie zatracił cel przyświecający zarówno jemu jak i jego bratu u zarania dziejów politycznych ich formacji. Wymienione już tu pomysły, które padły podczas panelu programowego na niedawnej konwencji partii w Katowicach, jeżą włosy na głowie. Grozi nam bowiem atmosfera podejrzliwości, masowej inwigilacji, słowem powtórzenie wszystkich najgorszych cech 4RP w wersji hart.

Rozumiem, że zapowiedzi rządów „twardej ręki” mogą trafiać do niektórych środowisk polskiego społeczeństwa karmionego nieustannie przez media aferami i korupcją. Bardzo łatwo przekonać jest ludzi, że ich niespełnione aspiracje to wyłącznie efekt złodziejstwa na szczytach władzy i dlatego wystarczy, jeśli stery w państwie przejmą politycy, którzy „zaprowadzą porządek”. Pół biedy gdyby chodziło tylko o populistyczne obiecanki, mające służyć osiągnięciu sukcesu wyborczego. Gorzej, kiedy naprawdę istnieje ryzyko, że po ewentualnej zmianie w życie zaczną być wprowadzane koncepcje przeobrażające Polskę w typowe państwo policyjne, gdzie to partia (a właściwie jeden człowiek) znów stanie się siłą przewodnią.

Poważnie obawiam się też tego, że prezes Kaczyński zupełnie nie będzie zawracał sobie głowy czymś tak trywialnym jak Konstytucja czy demokracja, kiedy nareszcie zyska możliwości pomszczenia domniemanych „krzywd” doznanych przez siebie i brata.

Zbigniew Noska

Zmiany w podatkach

Nareszcie zaczynamy dyskutować o tym, co stanowi główny temat kampanii wyborczych w krajach rozwiniętych demokracji – czyli spierać się o podatki.

Minister finansów Mateusz Szczurek ujawnił, że jego resort pracuje nad zmianami w podatkach. Zmiany obiecuje też premier Ewa Kopacz. Wszystko wskazuje, że szczegóły poznamy najprędzej we wrześniu. Ale już teraz wiemy to i owo z „przecieków” prasowych. Gazeta Wyborcza, powołując się na anonimowe źródła, ujawniła, że wśród pomysłów rządu miałyby się znaleźć: podniesienie kwoty wolnej od podatku z dzisiejszych 3091 do 3575 zł, zerowy PIT dla pracowników do 30. roku życia, obniżka podatku dla firm w zamian za zatrudnianie pracowników na etatach (płaciłyby np. 15 zamiast 19 proc. CIT) oraz podwyżka kosztów uzyskania przychodu.

Z wszystkich tych domniemań tylko jedno jest pewne – Od 2017 roku stawka podstawowa VAT powróci do 22 procent. Ale nawet ten pomysł spotyka się z krytyką ekspertów. Profesor Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów i główny ekonomista Business Centre Club przekonuje, że: „Nawet jeśli deficyt finansów publicznych osiągnie na koniec roku prognozowany przez MFW poziom 2,9 procent PKB, to będzie oznaczało, że ledwo co mieścimy się w normie wyznaczonej przez Unię. Przywrócenie stawki na poziomie 22 procent będzie równoznaczne z mniejszymi wpływami do budżetu, a przez to za rok Polska znów może przekroczyć dopuszczalny poziom deficytu – tłumaczy.

Największym problemem rządu – twierdzą inni eksperci – jest to, że nie radzi sobie ze ściągalnością podatków. Mimo wzrostu PKB w ostatnich latach, wpływy z podatków do budżetu wyraźnie topniały. Straty spowodowane wyłudzeniem VAT szacuje się na kwoty od 40 do nawet 60 mld zł. Najwyższa Izba Kontroli oblicza, że w ubiegłym roku firmy wyprowadziły z Polski 80 mld zł, aby uniknąć płacenia podatków.

Zgadzam się z tymi opiniami i śmiem twierdzić, że o odczuwalnym dla Polaków obniżaniu podatków można będzie mówić dopiero wtedy, gdy usprawni się ich ściąganie i zmniejszy skalę ucieczki kapitału do rajów podatkowych.

*

W środowisku biznesmenów i wśród niektórych ekspertów popularne jest przekonanie, że w Polsce należałoby wprowadzić jednolitą stawkę VAT na wszystkie produkty. Zwolennikiem takiego pomysłu jest także minister finansów, ale możliwości jego wprowadzenia są niewielkie. Dlaczego?

Wprowadzenie jednolitej stawki VAT nie jest dyskusją o wysokości dochodów budżetowych, a dyskusją o społecznych i gospodarczych skutkach zmiany zasad opodatkowania. Z jednej strony są przedsiębiorcy, którzy woleliby jedną stawkę VAT jako prostsze rozwiązanie, bo nie ponoszą oni co do zasady kosztu podatku VAT – jest to bowiem podatek pośredni. Z drugiej strony są konsumenci, i dla nich wprowadzenie jednej stawki VAT miałoby ten skutek, że pewne produkty (np. żywnościowe) podrożałyby, zaś inne (np. samochody) potaniałyby. Jeśli byśmy się decydowali na jednolitą stawkę VAT, konieczne byłoby zrekompensowanie spadku siły nabywczej osób najmniej zarabiających, u których większość wydatków stanowią dobra pierwszej potrzeby.

*

Mimo tych zastrzeżeń należy zacząć dyskusję na temat wprowadzenia jednolitej stawki VAT – rozwiązania, którego i ja jestem zwolennikiem. Choć obniżone stawki VAT obejmują najczęściej dobra i usługi stanowiące większą część wydatków gospodarstw domowych o niskich dochodach, to system VAT jest nieefektywnym sposobem wspierania tych gospodarstw. Z wyliczeń analityków CenEA wynika np., że wprowadzenie w Polsce jednej stawki w wysokości 15,5 proc. byłoby neutralne dla budżetu, choć spowodowałoby większe obciążenie dla najmniej zamożnych gospodarstw domowych. Z czasem jednak wskutek wzrostu konkurencyjności polskich firm przyniosłoby profity także tym najbiedniejszym. Ale aby to uczynić, potrzebna jest wola polityczna mało prawdopodobna w sytuacji, gdy do władzy aspirują partie z nazwy prawicowe, ale w swych programach ekonomicznych propagujące socjalizm w czystej postaci.

Zbigniew Noska