Koniec mitu zakręconego kurka

Obawa przed zakręceniem rosyjskiego kurka z gazem stanowiła do niedawna główny temat gospodarczych strachów, jakimi politycy karmili polską opinię publiczną. Nie wiem, czy moi czytelnicy zauważyli, ale dziś na ten temat panuje cisza. Mimo kampanii wyborczej nikt już tego argumentu nie używa. Nawet zwłoka w budowie terminalu w Świnoujściu nie stanowi już pretekstu do dokopania rządowi. Dlaczego tak się dzieje?

Z aktualnego bilansu wynika, że już teraz (nawet bez nowego terminalu LNG w Świnoujściu) moglibyśmy od biedy obejść się bez rosyjskich dostaw.

Budowa terminalu, dzięki któremu będziemy mogli importować do 5 mld m sześć. LNG rocznie, należy bezsprzecznie do najważniejszych polskich inwestycji po 1989 r. Nic więc dziwnego, że budzi powszechną uwagę. Praktycznie bez echa przeszło natomiast latem 2014 r. oddanie do użytku instalacji umożliwiających tzw. fizyczny rewers gazu w rurociągu jamalskim. Pozwala to, w razie całkowitego wstrzymania dostaw ze wschodu, na importowanie z kierunku zachodniego do 5,5 mld m sześć. tego paliwa rocznie. Możemy ponadto sprowadzać w ciągu roku z Niemiec 1,5 mld m sześć. gazu przez połączenie w Lasowie, a z Czech 0,5 mld m sześć. przez Cieszyn.

W razie ograniczania dostaw z Rosji przeznaczonych dla Polski przy zachowaniu w rurociągu jamalskim przepływu gazu ze wschodu na zachód, polscy importerzy mogą wykorzystywać zamiast fizycznego „rewers wirtualny“. Od początku 2015 r., po rozbudowie przez Gaz-System instalacji we Włocławku można w ten sposób – kupując przesyłany tranzytem surowiec od finalnego odbiorcy – importować 8,2 mld m sześć. rocznie.

Tak więc już dziś – jeszcze przed oddaniem do eksploatacji terminalu LNG, który przyjmować będzie rocznie co najmniej 1,5 mld m sześć. zakontraktowanego gazu z Kataru – moglibyśmy obyć się, w razie konieczności, bez gazu rosyjskiego. Widmo zakręcenia kurka z gazem, które od dziesięcioleci ciążyło nad polską gospodarką i polityką, odchodzi zatem do przeszłości.

*

Wobec uwolnienia się od rosyjskich strachów o rozwoju branży gazowej i rynku gazu w Polsce będzie mógł wreszcie decydować rachunek ekonomiczny. Pamiętać przy tym należy, że pewność dostaw nie oznacza wcale bezpośrednich korzyści finansowych dla branży gazowej. Niektórzy eksperci wręcz ostrzegają, że gwarancje bezpieczeństwa, jakie da krajowi terminal LNG, mogą nas sporo kosztować.

O dostawach gazu do Polski decyduje – i na razie się to specjalnie nie zmieni – kontrakt jamalski. Zgodnie z nim do 2022 r. będziemy otrzymywać od Gazpromu „do 10,2 mld m sześć.“ gazu rocznie z czego 8,7 mld m sześć. jesteśmy zobowiązani odebrać według zasady „take or pay“, czyli i tak trzeba zań płacić.

Jeśli traktować rzecz na płaszczyźnie czysto handlowej gaz rosyjski będzie dla nas jeszcze długo najbardziej opłacalnym. Rosja bowiem, z uwagi na ogromne zasoby, relatywną bliskość geograficzną i istniejącą infrastrukturę jest dla nas, podobnie jak dla wielu innych krajów Europy, „naturalnym“ dostawcą.

Problemem jest to, że Rosja ciągle jeszcze traktuje dostawy surowców jako narzędzie polityczne. W efekcie Polska „największy po USA wróg Rosji” (tak pokazują rosyjskie badania opinii publicznej) płaci jedną z najwyższych w Europie cen za rosyjski gaz. Ale i to powoli się zmienia. Z Moskwy bowiem dochodzą sygnały, że Gazprom w związku ze spadkiem cen na rynkach światowych liczy się z obniżką ceny gazu dla krajów Europy Zachodniej nawet do 222 dol./1 tys. m sześć. Na Ukrainie – która miałaby płacić za gaz, według samego Putina „tyle samo co Polska“ – Gazprom chce go sprzedawać za 287 dol./1 tys. m sześć.

Rosjanie więc muszą liczyć się z rachunkiem ekonomicznym, choć niełatwo przychodzi im pogodzić się z utratą pozycji najważniejszego, uprzywilejowanego polskiego dostawcy. My natomiast nie potrafimy cieszyć się z faktu, że po latach dominacji Rosji i w tej sprawie udało się nam wybić na niepodległość.

Zbigniew Noska

Referendum TAK, zabójca umysłów NIE

W najbliższą niedzielę 6 września czeka nas kolejna w tym roku wizyta w lokalach wyborczych. Tym razem chodzi o referendum zafundowane nam przez ustępującego prezydenta Bronisława Komorowskiego w dość niefortunnych okolicznościach (pisałem o tym tydzień temu). Mimo to nie mam wątpliwości, że trzeba w nim uczestniczyć, ponieważ pytania są ważne dla ustroju państwa polskiego.

Przypomnijmy je:

1. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?

2. Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?

3. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika?

Politycy i media traktują to referendum jak przysłowiowe „zgniłe jajo”, dlatego kampania przedreferendalna jest niemrawa i ogranicza się do charakterystycznej dla naszego skłóconego kraju wymiany ciosów w wojnie PO-PiS, a nie zachęca do udziału w spełnieniu obywatelskiego obowiązku.

Wynika to także z niejasnych rekomendacji partyjnych na to referendum. Platforma zachęca do głosowania TAK, NIE, TAK. Prawo i Sprawiedliwość ma wyraźnie kłopoty ze sformułowaniem jasnej opinii. Nigdy nie popierało jednomandatowych okręgów wyborczych, ale wyraźnie boi się jasno to zadeklarować, ponieważ odchodzący od Kukiza zwolennicy „JOW – ów” głównie zasilają szeregi elektoratu prawicowego. Podobnie jest z odpowiedzią na drugie pytanie. Mam więc wrażenie, że PiS nie zachęca do udziału w referendum, gdyż zgodne z linią partii jego zwolennicy powinni głosować NIE, TAK, TAK.

SLD nie chce brać udziału w referendum, ale zwolennicy tej partii deklarują negatywny stosunek do JOW – ów. Gdybym miał rozszyfrować rekomendacje tej partii, to brzmi ona tak: Lepiej nie idźcie do lokali wyborczych, a jeśli już koniecznie chcecie, to głosujcie NIE, TAK, TAK.

PSL w ogóle nie jest zainteresowane referendum uznając, że należałoby je odwołać, a pieniądze przeznaczone na jego organizację przekazać na odszkodowania dla rolników, których dotknęła susza.

Oba niedawno powstałe ugrupowania: Nowoczesna Ryszarda Petru oraz Kukiz’15 mają jasne i identyczne stanowisko: TAK, NIE, TAK.

*

Wypada, bym wreszcie poinformował czytelników o moich decyzjach. W referendum – jak już wspomniałem – wezmę udział, bo chcę aktywnie uczestniczyć w wszelkich formach demokracji. Zbyt długo żyłem w kraju o ustroju autorytarnym, by rezygnować z prawa do swobodnego wyrażania swojej opinii.

Na pytania referendalne odpowiem: NIE, NIE, TAK, a więc według własnej opinii, a nie partyjnych podpowiedzi. Jestem przeciwnikiem JOW-ów, ponieważ w polskich warunkach, a dowodzą tego wybory do senatu, betonują one scenę polityczną i uniemożliwiają zmiany, jakich ona wymaga. Jestem też przeciwnikiem finansowania partii z budżetu państwa, bo nie widzę powodów, dla których pieniądze z moich podatków miałyby płynąć do kasy partii, której nie popieram. Dysponentami tych pieniędzy są najczęściej szefowie partii, co umacnia ich pozycję i praktycznie likwiduje demokrację wewnątrzpartyjną.

Partie typu wodzowskiego uważam za największe zagrożenie polskiej demokracji. Ubezwłasnowolniają one bowiem wybranych przez naród parlamentarzystów, którzy zamiast słuchać swoich wyborców, starają się przypodobać wodzowi partii. Zachowania Jacka Kurskiego są odrażającym tego przykładem, co na szczęście dostrzegł wódz PiS i nie wpuścił go na listy wyborcze.

Odpowiedź twierdząca na trzecie pytanie jest dość oczywista. Szkoda jedynie, że dotyczy tylko urzędników skarbowych. Zagłosuję za ukróceniem urzędniczej wszechwładzy nad obywatelem, bo jest to krok w dobrym kierunku.

*

Zachęcam więc do udziału w niedzielnym referendum i do … samodzielności w podejmowaniu decyzji. Odnoszę bowiem wrażenie, że Polacy zbyt często i zbyt łatwo ulegają propagandzie partyjnej.

Jeden z internautów na moim blogu słusznie zauważył, że propaganda partyjna to cichy zabójca umysłów. Jest szczególnie skuteczny wobec wybranych segmentów społeczeństwa -młodzieży, osób starszych i słabej wykształconych. Jeśli da się mu jednak czas, to potrafi dosięgnąć wszystkich, nawet profesorów. Nie używa bomb, granatów ani białej broni. Wystarczy mu słowo! Jako cel wybiera podświadomość. Po jakimś czasie jego ofiara co innego widzi, co innego słyszy, co innego czuje, a co innego… rozumie.

Zbigniew Noska

Przemysł w ruinie?

Twierdzenia typu: „polski przemysł nie istnieje na świecie”, „polski przemysł jest przestarzały”, „polski przemysł napędza obcy kapitał” czy „bez stoczni nie ma mowy o przemyśle” to powtarzane od lat stereotypy, które ostatnio podczas kampanii wyborczej możemy bardzo często usłyszeć. I choć dziś przemysł nie jest tak jak w PRL koniem pociągowym polskiej gospodarki, ma się znacznie lepiej, niż wielu się wydaje.

Chyba najpopularniejszy i… najmniej prawdziwym argumentem jest stwierdzenie, iż polski przemysł nie posiada znanych na świecie marek. Za przykład podaje się często firmy, które rzeczywiście, mimo polskiej nazwy, nie są już kierowane przez Polaków. Myślę tu Wedlu, o polskich markach wódek jak Soplica, Absolwent, Żubrówka, Krupnik i Balsam Pomorski, a także takich firmach jak Biedronka, Allegro czy Gadu-Gadu

Polski przemysł jednak nie ogranicza się do tych marek. Najbardziej aktywne na zagranicznych rynkach są firmy odzieżowe i obuwnicze. Największe z nich m.in. LPP, CCC oraz Coccodrillo, łącznie posiadają 260 salonów poza Polską. Nowe rynki podbijają także mniejsi gracze. Big Star interesuje się Chorwacją, Rumunią i Hiszpanią, a Wójcik Fashion Group – Niemcami, Włochami oraz Chinami. Producent obuwia dla dzieci Gucio to jeden z rodzimych producentów, który dzięki opatentowaniu pomysłu na usztywnienie piętki w butach dla małych dzieci zyskał światowe uznanie. Buty tego producenta noszą dzieci takich gwiazd jak Angelina Jolie i Brad Pitt. Polskę na świecie rozsławiają też sieci kosmetyczne. Inglot, ma 450 salonów w 50 krajach świata. Dla Ireny Eris głównymi rynkami zbytu są Europa, USA i kraje Azji. Ziaja eksportuje m.in. do takich krajów jak: Chorwacja, Czarnogóra, Czechy, Finlandia, Gruzja, Filipiny, Chile czy Japonia.

Od kilku lat Polska wyrasta na regionalnego lidera rynku ICT i światowego gracza sprzedaży technologii teleinformatycznych. Dzisiaj nasz kraj stanowi piątą największą gospodarkę w Europie pod względem wielkości zatrudnienia w segmencie wytwórczym sektora ICT. Jesteśmy ważnym eksporterem swoich technologii, odnosząc sukcesy na całym świecie i możemy pochwalić się markami znanymi na całym świecie: Comarch działa w 20 krajach, Asseco Poland w 39, a Ericpol zrealizował już 800 projektów w 75 krajach.

*

Zwolennicy tezy o Polsce w ruinie, przytłoczeni takimi jak te powyżej argumentami, sięgają po broń ich zdaniem przesądzającą; Polski przemysł nawet jeśli istnieje, stracił swoją największą perłę: stocznie.

Rzeczywiście, potężne zakłady będące PRL, nie funkcjonują w obecnych realiach rynkowych, ale na ich gruzach jak grzyby po deszczu wyrastają mniejsze, dużo bardziej specjalistyczne firmy i prywatne stocznie.

– W latach 90. w Polsce budowane były statki, których kilogram kosztował ok. 3 dolarów; obecnie produkujemy jednostki, których kilogram kosztuje ok. 18-20 euro – twierdzi Jerzy Czuczman, dyrektor Związku Pracodawców Forum Okrętowe – Rok 2013 r. zakończyliśmy 10 mld przychodu w tym sektorze. W polskim przemyśle stoczniowym nigdy nie było tak dobrze.

Rośnie też ranga polskich portów. Jeśli chodzi o rozmiar przeładunku, gonią one potężny Sankt Petersburg głównie dlatego, że nie zamarzają zimą.

*

Zdaniem ekspertów z róznych dziedzin gospodarki Polska jest coraz silniejszym i coraz mocniej zauważalnym graczem na światowym rynku. Nie tylko konkurujemy ceną. Naszym silnym atutem jest wysoka jakość, jak i wsłuchiwanie się w potrzeby konsumentów na całym świecie. Kładziemy mocny nacisk na innowacyjność oraz eksplorację nowych segmentów międzynarodowego rynku. Ten kierunek wspomaga państwo. Ministerstwo Gospodarki uruchomiło program „Made in Poland” promujący 15 sektorów polskiej gospodarki o największym potencjale eksportowym.

Zbigniew Noska

Śmiać się czy płakać?

Susza na polach, rolnictwu grozi nieurodzaj, a życie polityczne w Polsce kwitnie. Po okresie ciszy spowodowanej paraliżującymi upałami mamy kolejną osłonę wojny polsko – polskiej. Politycy milczą o kłopotach rolników, liczy się tylko referendum, a właściwie dwa referenda. Pojawiła się bowiem propozycja na kolejne referendum z nowymi pytaniami zaproponowanymi przez kolejnego prezydenta „wszystkich” Polaków.

Referendum ogłoszone przez prezydenta Komorowskiego nie było gestem w stronę społeczeństwa, lecz propagandowym działaniem mającym uratować mu drugą kadencję. Nie udało się i Komorowski musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Przy okazji zostawił swej macierzystej partii „pasztet” w postaci referendum podobno niekonstytucyjnego, jak twierdzi prof. Zoll. Skoro Komorowski wymyślił tego potworka, to po przegranych wyborach powinien się z pomysłu wycofać, a przy okazji zaoszczędzić 100 milionów. Tak się jednak nie stało, a jego następca zamiast skorygować błędy poprzednika poszedł w jego ślady. Do senatu spłynęły trzy następujące pytania, które Andrzej Duda chce dokleić do wyborów parlamentarnych.

– Czy jest Pan/Pani za obniżeniem wieku emerytalnego i powiązaniem uprawnień emerytalnych ze stażem pracy?

– Czy jest Pan/Pani za utrzymaniem dotychczasowego systemu funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe?

– Czy jest Pan/Pani za zniesieniem obowiązku szkolnego sześciolatków i przywróceniem obowiązku szkolnego od siódmego roku życia?

Pytanie te, jak i poprzednie, są niekonstytucyjne (tak twierdzi prof. Zoll) oraz nieprecyzyjne. Na przykład to dotyczące wieku emerytalnego nie mówi, do jakiego poziomu miałby on zostać obniżony i jaki staż pracy wchodzi w grę. Propozycja prezydenta Dudy jest też ułomna ze względów formalno – prawnych. Wniosek (na co zwrócił uwagę marszałek Borusewicz) nie ma wystarczającego uzasadnienia, kalendarza referendalnego i prognoz kosztów i skutków prawnych związanych z postulowanymi zmianami.

*

Prezydent Andrzej Duda postanowił zaproponować referendum, w którym jego partia będzie wzywać do głosowania 3xTAK. Internauci mają już z tego powodu niezłą zabawę. Niejaki „Galopujący Major” zaczął nawet na Twitterze akcję #referendummajora, w którym pojawiły się między innymi takie pytania jak… odebranie Terlikowskim dzieci i oddanie ich gejom na wychowanie. Ani to eleganckie ani śmieszne, choć wskazuje na kompromitację idei referendum spowodowanej nieprzemyślanymi decyzjami obu prezydentów.

Ja, człowiek traktujący historię jako nauczycielkę życia, widzę pewne podobieństwo propozycji prezydenta Dudy do innego referendum (z 1946 roku), w którym mająca wówczas specyficzny stosunek do demokracji partia wzywała do głosowania 3xTAK. Wtedy też plebiscyt miał na celu wzmocnienie pozycji tej partii i danie jej wolnej ręki w rządzeniu państwem. Czym to się skończyło? Chyba nie trzeba przypominać.

Dziś na to samo liczy Prawo i Sprawiedliwość. Ustawienie referendum równocześnie z wyborami zdecydowanie faworyzuje PiS i ma dać mu bezapelacyjne wyborcze zwycięstwo oraz pełnię władzy ustawodawczej i wykonawczej, co – jak uczy polska historia – jest niebezpieczne dla demokracji.

*

Oczywiście, jak to w Polsce od lat bywa, tak zwana debata referendalna nie toczy się wokół merytorycznego sensu pytań i tego, co wynika z oddania głosu na TAK lub na NIE. U nas zawsze musi być inaczej, więc najważniejszymi problemami jest ilość pytań i to, kto za nimi stoi. Przy okazji jest to też kolejny element PO-PiSowej walki i służy do wzajemnego okładania się w kampanii wyborczej. Jest to nużące zwłaszcza dla osób, które tak jak ja, nie mają emocjonalnego stosunku do żadnej z polskich partii politycznych.

Zamiast puenty proponuję wiadomość z ostatniej chwili – żeby było jeszcze ciekawiej i weselej. Paweł Kukiz napisał list do prezydenta, żeby referendum z 6 września przełożyć na 25 października.

Śmiać się czy płakać?

Zbigniew Noska

Piłsudski pod Grunwaldem

W miniony weekend, królowała w mediach i (mam nadzieję) także w naszych polskich sercach historia. Oto bowiem obchodziliśmy hucznie 95 rocznicę Bitwy Warszawskiej – wielkiego zwycięstwa odrodzonego państwa polskiego nad Armią Czerwoną. Obejrzeliśmy więc efektowną defiladę wojskową, usłyszeliśmy pełne patriotycznego patosu wystąpienie prezydenta Dudy, mogliśmy zapoznać się z proponowanymi przez różne stacje telewizyjne filmami dokumentalnymi i fabularnymi.

Jestem miłośnikiem historii, interesuję się nią od dziecka i dlatego (a także z powodu upałów, które ludzi w moim wieku i mojej postury uwięziły w domu) spędziłem Święto Wojska Polskiego przed telewizorem i komputerem (na you tube jest mnóstwo filmów poświęconych wydarzeniom historycznym). I nie żałuję, zawsze można się czegoś nauczyć lub o czymś ciekawym dowiedzieć.

Znając moje zainteresowania, jeden z moich facebookowych znajomych przysłał mi krótki filmik – uliczną sondę jakiejś stacji telewizyjnej na temat Bitwy pod Grunwaldem. Wydawałoby się, że jest to wydarzenie historyczne, o którym każdy coś wie, a datę pamięta ze szkoły. Tymczasem uczestnicy tej sondy, ludzie w przedziale wiekowym od 18 do 30 roku życia i to nie jakieś obszczymurki, lecz osoby robiące wrażenie wykształconych, wykazali się kompletną ignorancją. Tylko nieliczni znali dokładną datę bitwy, a prawie nikt nie pamiętał, że stoczył ją Władysław Jagiełło. Pewna studentka z beztroskim uśmiechem na twarzy przypisała ją… Józefowi Piłsudskiemu.

Skąd bierze się ta oburzająca ignorancja? Dlaczego ludzie uważający się za wykształconych i dobrych Polaków tak mało wiedzą o historii własnego narodu?

*

Od lat młodzi naukowcy, nauczyciele oraz ich ofiary – uczniowie zajmują się nie tyle historią, co polityką historyczną. W efekcie dziedzina ta traci walory nauki, a staje się przedmiotem politycznych gier przeznaczonych na użytek propagandy partyjnej. Przykładem jest nieznane jeszcze kilka lat temu pojęcie „żołnierze wyklęci”.

„Choć od ćwierćwiecza badam historię powojennej konspiracji – pisze dr hab. Rafał Wnuk prof. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – to określenia „żołnierze wyklęci” unikam i nie lubię. Historia wymaga precyzji i chłodnego namysłu. Tymczasem pojęcie to jest skrajnie nieostre i utkane z emocji.”

Ów historyk, który napisał kilkanaście książek na temat polskiego państwa podziemnego podaje szereg przykładów uzasadniających tezę, że „żołnierze wyklęci” deformują naszą wiedzę o przeszłości.

Ofiarą zastąpienia rzetelnej wiedzy propagandowym hasłem stali się – jego zdaniem – między innymi inicjatorzy nadania autostradzie A4 patrona w postaci „żołnierzy wyklętych”. Jeden z nich tak uzasadniał tę propozycję. „Podróżuje nią wielu cudzoziemców, dlatego też powinna nosić taką nazwę, by nauczała naszej historii. A zjazdy z niej mogłyby nosić imiona poszczególnych żołnierzy: Inki czy Burego”.

Zestawienie z sobą tych osób jest dla profesora Wnuka oburzające. „Najwyraźniej nie dostrzega on – pisze – różnicy między Danutą Siedzikówną „Inką” – gorącą patriotką, sanitariuszką opatrującą pod kulami zarówno towarzyszy broni, jak i rannych przeciwników, funkcjonariuszy UB – a Romualdem Rajsem „Burym”. Ten ostatni, niewątpliwe odważny żołnierz, odpowiada za mordy na kilkudziesięciu bezbronnych białoruskich chłopach. Śledztwo IPN w sprawie „Burego” zakończyło się komunikatem głoszącym, że „zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa”.

Dziś studenci a jutro nauczyciele historii pytani o polskich partyzantów wymieniają najczęściej „Łupaszkę” i „Ognia”, łącząc ich z reguły z walką przeciwko komunistom. Nazwiska i pseudonimy wybitnych dowódców oddziałów walczących przeciwko Niemcom coraz szybciej wyparowują z pamięci zbiorowej młodego pokolenia. Bataliony Chłopskie, druga co do wielkości organizacja podziemna okupowanej Polski, zostały niemal całkowicie zapomniane.

*

Mikołaj Kopernik sformułował pięćset lat temu prawo ekonomii mówiące o tym, że moneta gorsza wypiera z rynku monetę lepszą. Zasadę tę można przenieść na nauczanie historii. Jeśli zamiast rzetelnej i obiektywnej wiedzy karmi się młodych Polaków mitami opartymi na emocjach i politycznym zapotrzebowaniu, to nie dziwmy się, że młoda wykształcona Polka myli Jagiełłę z Piłsudskim.

Zbigniew Noska