Tak nakazuje rozsądek, choć serce boli

Rząd premier Ewy Kopacz w sprawie uchodźców lawirował, jak mógł, żeby nie podpaść ani Brukseli, ani polskim wyborcom. Ostatecznie zaliczył bolesną, dyplomatyczną wpadkę i podpadł komu tylko się dało. Bruksela uważa nas za egoistów, a kraje Grupy Wyszehradzkiej za zdrajców i sługusów Niemiec. I, niestety, każda z tych strona ma trochę racji.

Ostatecznie rząd, choć zbyt długo hamletyzował, wybrał dobrze. W krótkiej perspektywie łatwiej byłoby pokazać Europie i uchodźcom figę. Nie brać sobie tego kłopotu na głowę. Bo nie łudźmy się – kłopoty będą. W dłuższej perspektywie odmowa przyjęcia imigrantów skutkowałaby osłabieniem naszej pozycji w UE.

Wiem, że to niepopularna dziś opinia, ale spróbuję ją obronić.
Sytuacja geopolityczna Polski jest taka, że leżymy między Niemcami i Rosją, a obecnie, odwrotnie niż większość członków Grupy Wyszehradzkiej, jesteśmy w ostrym sporze z Rosją o Ukrainę ( i nie tylko), więc nie stać na na utratę wsparcia Niemiec przez kwestię przyjęcia paru tysięcy uchodźców, za których utrzymanie zapłaci UE.

Uchodźcy opuszczają obozy, bo są przepełnione, a z domu wygnało ich Państwo Islamskie do którego sukcesów przyczyniliśmy się także i my – naszą ochoczą interwencją w Iraku w roku 2002 razem z naszym strategicznym sojusznikiem zza oceanu. Na rezygnację z drogo okupionego wsparcia USA też nas – nawiasem mówiąc – nie było stać.

Nikt nie wie, kiedy zakończy się wojna w Syrii. Na razie się na to nie zanosi, więc trzeba się starać zintegrować uchodźców tam, gdzie osiądą poprzez naukę języka i zapewnienie edukacji dla ich dzieci. Tylko to może zapobiec gettoizacji uchodźców i powstaniu problemów, których tak się boimy. Ten punkt widzenia zdaje się podzielać polski episkopat, który ustami swego przewodniczącego zaproponował rozparcelowanie uchodźców po jednej rodzinie na parafię.

Dla pół miliardowej Europy nawet 5 mln emigrantów nie znaczy wiele. Jest to co najwyżej pozytywny impuls demograficzny. Nie zawali się zatem żaden system pomocy społecznej czy emerytalny.

Tyle oczywistych faktów. Reszta to polityczny przedwyborczy jazgot, bo wszędzie prędzej czy później są jakieś wybory.

*

Oskarżanie rządu Ewy Kopacz o zdradę Grupy Wyszehradzkiej w sprawie imigrantów to wyborcza demagogia. Warto w tym miejscu przypomnieć jak „lojalni” wobec nas byli i są nasi przyjaciele Czesi, Słowacy i Węgrzy.
Gdy Rosja napadła na Ukrainę, Węgrzy stanęli po jej stronie, próbując zapobiec sankcjom. Wygasa bowiem ich umowa na dostawy gazu z Rosji i czekają ich negocjacje nowej. Realizują także dwie elektrownie jądrowe za kredyt rosyjski. Zaprosili do siebie Putina między innymi po to, by Gazprom wyraził zgodę na magazynowanie w węgierskich magazynach podziemnych rosyjskiego gazu w ilościach przewyższających potrzeby kraju. Od lat wreszcie torpedują polskie wysiłki zmierzające do utworzenia Unii Energetycznej.

Na Wyspie Rodos odbyło się spotkanie pod nazwą „Dialog Cywilizacji”, na którym Milosz Zeman (Czechy) podkreślał, że sankcje wszelkiego typu są zaprzeczeniem dialogu cywilizacji, bo w miejscu rozmowy pojawia się milczenie i stwierdził, że sankcje wobec Rosji powinny zostać zniesione w ciągu roku. Zapewnił także, że postara się zrobić wszystko, aby na rynku rosyjskim które zajęli Czesi, nie znaleźli się konkurenci z innych państw unijnych. Robert Fico (Słowacja) będąc z wizytą w Moskwie skrytykował UE za nałożone sankcje gospodarcze i nie ukrywał, że liczy na korzystną umowę gazową.

Takie są fakty i trudno mieć pretensje do przywódców tych krajów, że dbają o swój narodowy interes. Tymczasem nasi politycy karmią się iluzją, że Grupa Wyszehradzka to namiastka popularnej w okresie międzywojennym idei tak zwanego Międzymorza ( sojuszu państw położonych między Adriatykiem, Bałtykiem i morzem Czarnym) oczywiście z Polską jako przywódcą tej grupy. To wielkomocarstwowa mrzonka daleka od rzeczywistości.

Mnie Wielkopolaninowi z dziada pradziada, z rodziny zaprawionej w walce z germanizacją z trudem przychodzi przyznać, że dziś jedyną szansą polityczną i gospodarczą Polski jest ścisła współpraca z Niemcami. Tak nakazuje rozsądek, choć niejedno polskie serce boli.

Zbigniew Noska

Tylko dla orłów

Dotąd politycy, prześcigali się w obietnicach bez pokrycia, dbając przede wszystkim o swoje stołki, a nie o dobro kraju, w minioną sobotę pojawiły się wreszcie gospodarcze projekty, które nie są obietnicami, lecz spójnymi propozycjami daleko idących zmian możliwych do zrealizowania w obecnej sytuacji gospodarczej kraju.

Pierwszy z nich w imieniu PO zgłosili na konferencji prasowej Janusz Lewandowski i prof. Dariusz Rosati, drugi przedstawił Ryszard Petru na konwencji programowej NowoczesnejPL.

Rosati i Lewandowski zaproponowali gruntowną reformę gospodarczą państwa opartą na trzech celach: (1)uzyskanie znacznie lepszych warunków na rynku pracy i likwidacja umów śmieciowych. (2) wzrost dochodów zatrudnionych w gospodarce, (3) uproszenie systemu podatkowego.

W ciągu dwóch lat PO chce wprowadzić jednolity kontrakt, który zastąpi wszystkie umowy śmieciowe. Skutkiem będzie wzrost dochodów budżetowych z powodu oskładkowania i ozusowania wszystkich kontraktów oraz zmniejszenie szarej strefy, dlatego że w takiej sytuacji nie będzie opłacało się pracować „na czarno”.

Reforma przyniesie zasadniczą poprawę sytuacji materialnej tych, którzy tego najbardziej potrzebują. Osób zarabiających mniej i najmniej oraz osób z dużymi rodzinami. W ich przypadku zysk wynagrodzeń netto w skali całego roku może wynieść nawet 5 tys. zł. Zmianom przyświecać ma zasada im niższe zarobki, tym proporcjonalnie większe będą korzyści z tytułu wprowadzenia nowego systemu.

Nowością jest też to, że podatek nie będzie rozliczany na dany dochód jednej osoby tylko w zależności od liczby osób w rodzinie. Obciążenia podatkowe będą zatem proporcjonalnie większe dla osób samotnych, natomiast będą odpowiednio mniejsze dla małżeństw wychowujących dzieci. Korzyści z tych – trzeba przyznać – rewolucyjnych zmian mają objąć 97 procent społeczeństwa, choć – moim zdaniem – jest on głównie dedykowany tym, którym się nie chciało lub nie potrafili dostosować się do surowych wymogów kapitalizmu i dotąd niewiele skorzystali na transformacji społecznej.

Zupełnie inaczej skonstruował swoją propozycję gospodarczą Ryszard Petru, kierując ją głównie do małych i średnich przedsiębiorców, którzy obecnie są głównym twórcami dochodu narodowego i miejsc pracy w Polsce. Petru proponuje trzy zasady, wokół których zbudowany jest program Nowoczesnej PL. Są to: wolność, sprawiedliwość i przejrzystość.

Jeśli chodzi o wolność gospodarczą Petru chce przywrócić zasadę: „to co nie jest zabronione, jest dozwolone”, która obowiązywała na początku polskiej transformacji i była przyczyną polskiego sukcesu. Zasada sprawiedliwości ma być realizowana poprzez hasło: „Polska bez uprzywilejowanych grup”. Natomiast podstawą przejrzystości mają być proste, podatki – 16 proc. PIT, 16 proc. CIT, 16 proc. VAT.

Główny problem przedsiębiorców – zdaniem Petru i trudno się z nim nie zgodzić – jest sprzeczne, skomplikowane i szybko zmieniające się prawo. W samym 2014 roku powstało 10 tysięcy stron nowego prawa gospodarczego, sama ustawa o podatku PIT była zmieniana od początku 220 razy. – Uprośćmy więc radykalnie przepisy podatkowe, zlikwidujmy biegunkę legislacyjną – apelował Petru i zaproponował wprowadzenie zasady obowiązuje w Kanadzie: „one be in, one be out” (wprowadzenie jednego nowego przepisu powoduje uchylenie dwóch starych).

Kolejnym postulatem NowoczesnejPL jest likwidacja przywilejów emerytalnych i przywilejów dla związków zawodowych. Petru chce, by każdy nowo rozpoczynający pracę górnik nie miał wcześniejszej emerytury, a każdy nowo rozpoczynający rolnik nie był w KRUS, tylko w ZUS. Miałoby to obowiązywać już od 2016 roku. Domaga się też zlikwidowania przywilejów związkowców, w tym – korzystania z „wypasionych hoteli”.

Trudno się z nim nie zgodzić. W samym PKP związki kosztują 30 milionów zł. a w górnictwie na etatach związkowych zatrudnionych są tysiące nierobów, których podwozi się autobusami do Warszawy, by tam paląc opony, wymuszali na wystraszonych ministrach kolejne przywileje dla swej upadającej i przynoszącej krajowi więcej strat niż korzyści branży.

Podzielam ten punkt widzenia i dlatego spodobały mi się propozycje programowe NowoczesnejPL. Są one kierowane do ludzi młodych, odważnych, którzy biorą swe życie we własne ręce i nie czekają na zasiłki czy ulgi od państwa. To program dla przedsiębiorczych, młodych Polaków. Chciałbym, aby takie były nasze dzieci, stąd tytuł mojego felietonu zaczerpnięty z popularnego przed laty filmu.

Zbigniew Noska

Gaz w dół

Nie wszyscy zapewne to jeszcze dostrzegli, ale od 1 września za gaz zapłacimy mniej. Spadające ceny surowców i niższe kursy na Towarowej Giełdzie Energii pozwoliły obniżyć taryfy dla klientów indywidualnych i biznesowych. Na rachunkach powinniśmy zobaczyć kwoty o około 4,5 proc. mniejsze niż do tej pory. Nowe stawki za gaz mają obowiązywać przez najbliższe 4 miesiące.

Wrześniowa obniżka cen gazu ma nadzwyczajny charakter. PGNiG miał już taryfę na ten rok zatwierdzoną przez Urząd Regulacji Energetyki i miała ona obowiązywać do końca grudnia. Wobec systematycznych i – jak wiele wskazuje – trwałych spadków cen, w połowie roku rozpoczęły się przygotowania do wprowadzenia nowych stawek.

– Nasze decyzje taryfowe podążają za zmieniającym się rynkiem – tłumaczy jeden z prezesów zarządu – Od jakiegoś czasu obserwujemy spadek cen gazu na Towarowej Giełdzie Energii, dlatego aby zachować właściwą pozycję konkurencyjną i bronić rynku, nasza spółka stara się w taki sposób kształtować swoje taryfy, aby odpowiadały sytuacji rynkowej.

W tym miejscu muszę wyjaśnić Moim Czytelnikom, że ceny gazu na światowych rynkach powiązane są z cenami ropy naftowej, a ta od ponad roku systematycznie tanieje. Rok temu baryłka tego surowca kosztowała ponad 100 dolarów, a dziś ok. 44 dolary. To, ile się płaci za gaz, nie jest aż tak silnie powiązane z rynkiem. Ceny w taryfach wynikają na ogół z długoterminowych umów z dostawcami, ale i one wraz ze spadkiem notowań ropy są coraz niższe.

*

Pewną satysfakcję sprawia mi fakt, że – jak pisałem kilka tygodni temu w komentarzu pod tytułem „Koniec mitu zakręconego kurka” – Rosjanie prędzej czy później będą zmuszeni ustąpić w negocjacjach z Polską. I tak się właśnie dzieje. PGNiG jest bliżej porozumienia się z Gazpromem w zakresie negocjowanej obniżki cen gazu rosyjskiego

W miniony piątek poinformowano, że 17 września w porozumieniu z Rosjanami, z powodzeniem powołało na trzyletnią kadencję nową radę nadzorczą i zarząd EuRoPol Gaz – firmy będącej właścicielem polskiej części gazociągu jamalskiego. Zatwierdzone zostały także wszystkie sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spółki za lata 2012-2014. Decyzje te zakończyły trwający od ponad 3 lat pat w stosunkach między obu firmami. To dobry sygnał. Powołanie zarządu polsko-rosyjskiej spółki to dowód na cywilizowanie stosunków między stronami. Górę bierze podejście biznesowe, a nie polityczne.

Mimo że PGNiG wezwało Gazprom do arbitrażu, spółka prowadzi równolegle rozmowy ze stroną rosyjską. Każdy krok do przodu, a takim jest zażegnanie sporu pomiędzy udziałowcami EuRoPol Gazu, może oznaczać lepszą pozycję negocjacyjną Polski. Ta z kolei jest coraz lepsza także ze względu na malejące ceny gazu i niższy popyt na surowiec. Sytuacja na rynku zmienia się tak diametralnie, że warunki zaczynają dyktować odbiorcy błękitnego paliwa. Najlepszym przykładem jest Litwa, która m.in. poprzez uruchomienie terminalu LNG poprawiła swoją pozycję w negocjacjach z Gazpromem i osiągnęła spore obniżki.

Obniżka cen gazu to kolejny pozytywny impuls dla polskiej gospodarki, która w tym roku rozwija się w granicach 3 – 4 procent wzrostu i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie.

Zbigniew Noska

Kłopoty z Franciszkiem

Papież Franciszek ciągle sprawia kłopot środowiskom fundamentalistów katolickich w Polsce. Jego opinie i słowa tak daleko odbiegają od ich działań, że coraz częściej przedstawiciele tych środowisk atakują papieża, a w Internecie pojawiają się hejterzy, którzy bez ogródek życzą mu rychłej śmierci. Jaki jest powód tego narastającego zjawiska wrogości?
Kilka tygodni temu Franciszek ogłosił, że upoważnia wszystkich kapłanów do rozgrzeszania grzechu aborcji. Warunkiem jest, by grzesznik „żałował z całego serca i prosił o przebaczenie”.

„Jestem świadom wielkiej presji, jaka prowadzi kobiety do tej decyzji. Wiem, że to ciężkie moralne i egzystencjalne doświadczenie” – napisał papież w liście do abp. Rino Fisicheli, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji z okazji Roku Świętego Miłosierdzia, który rozpocznie się 8 grudnia. „Niech kapłani przygotują się do tego wielkiego zadania, by potrafili łączyć słowa szczerego przyjęcia z refleksją, która pomoże zrozumieć popełniony grzech oraz wskaże drogę autentycznego nawrócenia, by pojąć prawdziwe i wielkoduszne przebaczenie Ojca, który wszystko odnawia swoją obecnością”.

Dotąd w nauczaniu Kościoła Rzymskokatolickiego aborcja powodowała automatyczną ekskomunikę. Formalnie grzech aborcji mógł być odpuszczony jedynie przez biskupa lub upoważnionego przez niego kapłana. Dzięki decyzji Franciszka to uprawnienie uzyskują wszyscy księża.

W tym samym czasie w Polsce za sprawą fundamentalistów katolickich powraca kwestia całkowitego zakazu przerywania ciąży. Autorem obywatelskiego projektu ustawy jest Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Stop aborcji” stworzony głównie przez członków i sympatyków Fundacji Pro-prawo do życia. Pełnomocnikiem Komitetu jest Kaja Godek, w gronie współpracowników znalazł się także prof. Bogdan Chazan. Projekt zakłada stosowanie sankcji karnych wobec każdego, kto dokonuje lub współuczestniczy w zabiegu aborcyjnym. Kto za zgodą kobiety przerwie jej ciążę, ma podlegać karze pozbawienia wolności do lat 3. Taką samą sankcją objęty byłby ten, kto udziela ciężarnej pomocy w dokonaniu aborcji lub ją do tego nakłania.

*

Konsternację w środowisku polskich fundamentalistów powoduje także stosunek papieża do środowisk homoseksualnych i tak zwanej ideologii gender. We Włoszech ukazała się niedawno książeczka edukacyjna pt: „Piccolo uovo” („Małe jajko”) Przedstawiono w niej na przykładzie zwierząt różne rodzaje rodzin, np. rodziny z adoptowanymi dziećmi, samotne matki czy też rodziny mieszane. Główny bohater książki, tytułowe małe jajko, spotyka między innymi parę pingwinów w cylindrach, które wychowują małe pingwiny oraz dwie samiczki królika, które wychowują małego króliczka. Po ukazaniu się książki konserwatyści włoscy oskarżyli autorkę, Francescę Pardi, o promowanie ideologii gender. Burmistrz Wenecji Luigi Brugnaro zakazał sprzedaży książki w księgarniach weneckich. Tymczasem sekretariat papieża Franciszka, któremu wydawnictwo przesłało książkę wraz z innymi publikacjami dotyczącymi środowisk LGBT, wystosował do autorki list, w którym między innymi napisano, że Jego Świątobliwość jest wdzięczna za przemyślany gest i za uczucia, jakie książka wywoła oraz ma nadzieję na dalszą owocną aktywność w służbie młodych pokoleń i szerzeniu prawdziwie ludzkich i chrześcijańskich wartości.
To wydarzenie jest przemilczane przez media i katolickich hierarchów w Polsce.

*

Zamiast puenty polecam moim czytelnikom do przemyślenia taki oto fakt. Szefowie państw i rządów odwiedzający Watykan zwyczajowo otrzymują medal pamiątkowy. Podczas ostatniego takiego spotkania Franciszek podarował swemu gościowi nowy medal, zastępujący – jak odnotowano – te wręczane dotychczas. Przedstawia on pękniętą skałę, z której wyrasta gałązka oliwna. Na medalu widnieje napis: „Szukaj tego, co łączy, przezwyciężaj to, co dzieli”.

Zbigniew Noska

Płace rosną jak szalone Żart? Nie. Statystyka.

Poziom podstawowej wiedzy o finansach jest w Polsce dramatycznie niski. Aż 70 proc. Polaków nie umiałoby obliczyć kwoty netto swojej pensji na podstawie wiedzy o stanie własnych zarobków brutto. Niemal połowa osób nie posiada nawet 1 tys. zł oszczędności w swojej kieszeni, co może oznaczać dla nich dramat w momencie konieczności poniesienia nawet najdrobniejszego niespodziewanego wydatku. Wielu nie odróżnia umowy o pracę od umowy o dzieło, czy nie wie, jakie przysługują im ulgi podatkowe. Nie potrafi także obliczyć raty kredytu czy ubezpieczyć się.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest brak odpowiedniej edukacji. Tego wszystkiego dzieci powinny nauczyć się w szkole, ale program jest przeładowany. W efekcie na przykład dzieci na matematyce uczą się rozwiązywać zadania z dwiema niewiadomymi, a mają problemy z obliczeniem procentów.

Ponad 70 proc. Polaków jako powód nieposiadania jakichkolwiek nadwyżek finansowych wskazuje zbyt niskie zarobki. Z kolei 14 proc. stwierdza, że „oszczędzanie zupełnie nie ma sensu”. W rezultacie Polacy mają 2 razy mniejsze depozyty niż Czesi, a aż 9 razy mniejsze niż Belgowie. Zdaniem ekspertów problemem nie są nasze zbyt niskie dochody. Oszczędzać można zawsze. Najpierw trzeba jednak wykształcić w sobie ten nawyk, odkładając nawet symboliczne sumy. W rezultacie gdy nauczymy się systematycznie posiadać drobne nadwyżki finansowe, to będziemy w stanie wygenerować wolny kapitał. Następnie można go zainwestować i pomnożyć.

Na tym braku wiedzy ekonomicznej przez Polaków zerują politycy, którzy rzucają w przestrzeń publiczną kłamliwe opinie i liczby, a Polacy łykają je bezkrytycznie wierząc swoim politycznym idolom a nie statystyce. Dlatego dla wielu moich czytelników jak bluźnierstwo zabrzmi informacja, że pensje w Polsce rosną jak szalone, co potwierdzają liczby.

Jak wskazują dane Głównego Urzędu Statystycznego zarobki Polaków systematycznie rosną. Średnio dostajemy już 4,1 tys. zł brutto, czyli niecałe 2,9 tysiąca na rękę. Od 2012 roku przeciętne wynagrodzenia wzrosły o prawie 15 proc. W ciągu dwóch lat przeskoczyliśmy Turcję, blisko nam do Rosji, Estonii i Czech. Patrząc na wskaźniki zadłużenia Polski można mieć jednak wrażenie, że to wszystko… na kredyt.

Pomiędzy 2012 i 2014 rokiem zarobki Polaków liczone w euro i z uwzględnieniem siły nabywczej wzrosły o +5,5 proc. Był to szósty największy przyrost na świecie. Szybciej rosły tylko płace w Bułgarii (+8,0 proc.), Islandii (+7,8 proc.), Grecji (+7,4 proc.), Indiach (+6,0 proc.) i Rosji (+6,0 proc.).

Dzięki temu Polacy „zarobkowo” prześcignęli Turków, a biorąc pod uwagę, że pensje w Polsce w samym pierwszym kwartale bieżącego roku zwiększyły się o kolejne 2,8 proc. w złotówkach w skali roku, to najprawdopodobniej już teraz wyprzedzamy pod tym względem Rosję. Tym bardziej, że kurs rubla spadł o 5,4 proc. od początku roku, nie mówiąc o cenach paliw, które mają decydujący wpływ na gospodarkę naszego wschodniego sąsiada.

Niewiele wyprzedzają nas jeszcze Estonia i Czechy, a trochę więcej brakuje Polakom do wynagrodzeń Słoweńców i Portugalczyków.

O poziomie życia w naszym kraju decyduje jednak nie tyle wysokość zarobków, lecz ich siła nabywcza. Organizacja OECD co roku publikuje wskaźnik Purchasing Power Parity (PPP), który ją obrazuje. Przelicznik PPP wyjaśnia ile zarabiamy realnie na tle świata i jak nasze zarobki się zmieniły w latach 2012-2014. Wynika z niego, że najlepiej zarabiającymi ludźmi na świecie są Szwajcarzy, o aż 29 proc. wyprzedzając drugich w rankingu Luksemburczyków. Polska zajmuje odległe 30 miejsce, choć szybko wspina się w górę.

Zbigniew Noska