Po burzy

„Ja pier…ę”. Tak – zdaniem autora memu, który krąży po Internecie – przyjęli Polacy wyniki wyborów parlamentarnych, w rezultacie których PiS przejął pełnię władzy nad krajem.

„Co za ulga – nareszcie będę dziennikarzem opozycyjnym! Ale mam nadzieję, że nie takim, który nie potrafi docenić sukcesu prawicy, złożyć gratulacji zwycięzcom i powiedzieć swoim: uczmy się, jak być niezmordowanym w walce o władzę” -zareagował na tę sytuację nestor polskiego dziennikarstwa Daniel Passent.

Ta jego deklaracja spotkała się natychmiast z reakcją z prawej strony, której nie zacytuję, bo się do tego nie nadaje.
A co ja o tym sądzę?

Przez wiele lat Polacy poddawani byli polityczno – medialnej pralni mózgów, którą zafundowały im postsolidarnościowe partie PO i PiS. Wybór między nimi był wyborem między dżumą a cholerą, bowiem – jak pisał przed laty profesor Bronisław Łagowski: ” W PO robią karierę cwaniacy, a w PIS raczej paranoicy.” Był to – zdaniem profesora – swoisty spadek peerelowskiej mentalności na zasadzie „tera my u władzy, bo nam się należy. Należy siem, za światowe obalenie komunizmu.” Koresponduje to ze znanym przed laty, ale już nieco zapomnianym powiedzeniem Jarosława Kaczyńskiego: „Teraz k…a MY”

Dlaczego po zwycięstwie nad wspólnym wrogiem czyli tzw. „komuną” między PO i PiS doszło do tak bezkompromisowej konfrontacji? Dlaczego ten konflikt jest tak ostry, że przybrał charakter wojny polsko – polskiej?

Wielokrotnie w swoich felietonach poszukiwałem odpowiedzi na to pytanie. Sprawa bowiem jest dość skomplikowana, ale u jej genezy leży niewątpliwie to, że – jak pisze Łagowski – „Opozycja antypeerelowska wychowała sama siebie w nastroju nienawiści, podejrzliwości i swoistym, moralistycznym i politycznym manicheizmie. Polityka dzieli się tylko na Dobro i na Zło. (…) Obecny patriotyzm polski konserwuje w swojej symbolice prawie wyłącznie uczucia negatywne jak złość, nienawiść, małoduszność.(…)Odrzucając bezwzględnie wszystko, co było przed 1989 rokiem, utrwalono klimat odrzucania zamiast rozróżniania i porozumiewania się. Zaczęło się od podważania okrągłego stołu, a kończy się na podważaniu wszystkiego i wszystkich, z prezydentem i z premierem na czele.”

*

W swej biografii miałem dość długi okres, gdy – jako dziennikarz specjalizujący się w wywiadach – mogłem poznać osobiście i przeprowadzić rozmowy z niemal wszystkimi głównymi aktorami polskiej, wielkopolskiej i pilskiej sceny politycznej. Mogłem przyjrzeć się im z bliska, zapoznać z ich życiorysami, ocenić poglądy i sposób zachowania się.

Czy były i są to postaci wybitne? Jeśli chodzi o starsze pokolenie moich rozmówców, to w ich oficjalnych życiorysach dominowała działalność opozycyjna: gazetki, strajki i spanie na styropianie. Ale mimo to jakoś wszyscy przeżyli ten okropny okres komuny, pokończyli w większości elitarne – jak na tamte czasy – uczelnie, odbierali tytuły magisterskie a nawet profesorskie z rąk sekretarzy PZPR. I tak większość z nich z robotniczo – chłopskiego środowiska awansowała do politycznych elit narodu.

Gdy z perspektywy własnych życiowych doświadczeń spoglądam na tych ludzi, to zadaję sobie pytanie: Co robiłby dzisiaj ten i ów, gdyby nie zawód polityka lub samorządowca? Zawód – jak na polskie warunki – nieźle opłacany?

Władza to nie tylko przechowalnia dla nieudaczników. Władza działa także jak narkotyk, dlatego tak trudno oddać ją w cudze ręce, nawet jeśli należą one do przyjaciela ze styropianowego łoża, czy postsolidarnościowej partii. Stąd agresja i nienawiść między politykami PO i PiS.

Niestety na skutek socjotechnicznych zabiegów i zaangażowania w tę wojnę mediów nienawiść ta spłynęła w dół. Dlatego dziś sąsiad skacze sąsiadowi do gardła, a frustraci leczą swe stresy opluwając wszystko i wszystkich na internatowych portalach. I tak już prawdopodobnie pozostanie aż do kolejnych wyborów.

Mimo to mam nadzieję, że za cztery lata Polacy odrzucą POPiS. Zniechęcenie do tych formacji zarysowało się już w tych wyborach. Pojawiły się nowe twarze i nowe ruchy polityczne zaakceptowane głównie przez młodzież.

Czy dożyję czasów, gdy do polityki powróci umiar i rozsądek – nie wiem. Pozostaje więc mi żyć w pisowskiej Polsce, czyli w narodowo socjalistycznym miksie i pocieszać się maksymą dobrego wojaka Szwejka, który mawiał: „nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.

Zbigniew Noska

Pogoda dla nierobów

Platforma Obywatelska niewątpliwie ma rację twierdząc, że zostawia Polskę w dobrym stanie ekonomicznym. Potwierdziły to w ubiegłym tygodniu opublikowane dane Eurostatu dotyczące rynku pracy. Wyrównana sezonowo stopa bezrobocia w Polsce, według metodologii Eurostatu, wyniosła we wrześniu br. 7,1 proc. Według wcześniejszych wyliczeń, w sierpniu br. stopa ta wynosiła w Polsce 7,2 proc.

To znacznie lepiej niż wynosi średnia w UE. Jak informuje unijne biuro statystyczne wyrównana sezonowa stopa bezrobocia w strefie euro wyniosła we wrześniu 10,8 proc., podczas gdy w sierpniu 10,9 proc, a we wrześniu 2014 r. 11,5 proc. Eurostat podkreśla, że to najniższy odczyt w strefie euro od stycznia 2012 r.

W całej UE stopa bezrobocia we wrześniu br. wyniosła 9,3 proc., podczas gdy w sierpniu br. ukształtowała się na poziomie 9,4 proc., a rok wcześniej wynosiła 10,1 proc. W tym przypadku to najniższy odczyt od września 2009 r.

Wśród krajów członkowskich najniższe bezrobocie odnotowały we wrześniu br.: Niemcy (4,5 proc.), Czechy (4,8 proc.) i Malta (5,1 proc.). Najwyższą stopę bezrobocia notuje Grecja (25 proc. w lipcu br.) i Hiszpania (21,6 proc.).

Kilka dni wcześniej GUS podał, że stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce spadła we wrześniu br. do 9,7 proc. z 9,9 proc. w sierpniu br.

Rozbieżności w prezentowanych przez Eurostat i GUS danych biorą się z różnych metodologii mierzenia bezrobocia, jakie przyjęły te instytucje. GUS bowiem swoje obliczenia opiera na liczbie osób zarejestrowanych w urzędach pracy w danym miesiącu. Z kolei Eurostat jako osoby bezrobotne traktuje te, które nie są zatrudnione, ale mogą podjąć pracę w ciągu dwóch tygodni, a w ciągu ostatnich czterech tygodni podejmowały próby znalezienia zatrudnienia.

To nie wszystkie dobre wiadomości dotyczące rynku pracy. Według Biura Inwestycji i Cykli Ekonomicznych, sytuacja na polskim rynku pracy nadal będzie się poprawiać. W raporcie wskazano blisko 10-procentowy wzrost ofert zatrudnienia trafiających do powiatowych urzędów pracy w porównaniu do roku ubiegłego. Najbardziej perspektywiczną branżą jest, według biura, produkcja komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych, a także produkcja mebli.

Zwolnienia (niestety ich też nie zabraknie) przewidywane są głównie w jednostkach małych (o liczbie pracujących 10-49 osób). Z kolei przedsiębiorstwa średniej wielkości oraz duże przewidują wzrost zatrudnienia.

W ujęciu branżowym, znaczne zwolnienia przewidywane są w branży przetwarzającej koks i ropę naftową oraz wśród załóg przedsiębiorstw produkujących odzież. Największe pozytywne zmiany w kreowaniu nowych miejsc pracy oczekiwane są przez przedstawicieli branży produkującej komputery, wyroby elektroniczne i optyczne oraz przez producentów mebli.

*

Mam też dla czytelników tej rubryki złą wiadomość. PiS zaczyna finalizować swoje obietnice wyborcze. Jedną z nich jest likwidacja gimnazjów. Spowoduje to – jak przewidują eksperci – wzrost bezrobocia wśród nauczycieli.

Z niepokojem na poczynania partii rządzącej patrzą też bankowcy. PiS bowiem – poszukując środków na realizację swych obietnic przedwyborczych – zapowiada szybkie wprowadzenie podatku bankowego. Oznacza to wzrost opłat bankowych, który dotknie każdego z posiadaczy konta.

Tak więc – jak już wielokrotnie pisałem – trzeba się modlić o to, by PiS nie realizował swych obietnic. Zapłacą za nie głównie Polacy zaliczający się do tak zwanej klasy średniej, a skorzystają w znacznej mierze ci, którym pracować się nie chce. PiS u władzy oznacza bowiem pogodę dla nierobów.

Zbigniew Noska

„Bieda” górników

Dobrze, że skończyła się wreszcie kampania wyborcza. Po okresie letniej suszy mieliśmy bowiem powódź, bo tyle wody wylali wszyscy uczestnicy startujący w wyborach. Trudno ocenić, która formacja chciała nas najbardziej uszczęśliwić, ale kwota 1 biliona 400 miliardów złotych, o której mówił prezes PiS, zrobiła – jak widać – na łatwowiernych rodakach największe wrażenie. Na mnie odwrotne od zamierzonego, bo w św. Mikołaja przestałem wierzyć już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tak jak nie wierzyłem i nadal nie wierzę w rzekomą „biedę” górników, o której tyle mówiły wszystkie partie ubiegające się o mandaty na Śląsku. I nie tylko tam.

Liczby, którym bardziej ufam niż politykom, są w tym względzie jednoznaczne. Górnicy zarabiają znacznie lepiej niż średnia krajowa. Jedna z central związkowych lansowała nawet tezę, że 6800 zł miesięcznie dla robotnika i 9022 zł miesięcznie dla inżyniera – to dowód na biedę wśród polskich górników. Na swoich stronach internetowych Związek Zawodowy Pracowników Dołowych (bo o nim tu mowa) opublikował szczegółowe zestawienie średnich płac. Wynikało z nich, że robotnicy na dole zarabiają średnio 6800 zł brutto na miesiąc, a najmniej zarabiający pracownicy administracji 4,7 tys. miesięcznie. Na drugim końcu listy płac znajdowała się kadra techniczna Zakładu Górniczych Robót Inwestycyjnych, która zarabiała średnio ponad 10 tys. brutto miesięcznie. Warto przypomnieć w tym kontekście, że średnia krajowa to około 4 tys. złotych brutto. Tymczasem wspomniany już związek zawodowy opublikował te dane, jako dowód na zubożenie górniczych rodzin.

Gdy rozgorzała dyskusja o kryzysie w górnictwie, związkowcy szybko zdjęli listę ze swoich stron, po czym w relacjach telewizyjnych pojawiali się górnicy twierdzący, że za trudną i ryzykowną pracę otrzymują bardzo mało, mniej niż 2 tys. na rękę. Powstał nawet fanpage na Facebooku, na którym pracownicy kopalń publikowali swoje „paski” z wyjątkowo niskimi płacami. W ten sposób próbowano manipulować opinią publiczną. A jest to o tyle łatwe, że górnicy faktycznie nie orientują się, jak dużo środków otrzymują w dodatkowych świadczeniach: deputatach, nagrodach, trzynastkach, czternastkach i Bóg jeden wie, w czym jeszcze.

*

Nie ulega wątpliwości, że praca górnika jest ciężka i wyższe zarobki w tej branży są uzasadnione. Ale w Polsce to docenienie górniczego trudu począwszy od PRL-u przyjęło karykaturalne rozmiary. Górnicy w naszym kraju zarabiają 90 proc. więcej, niż zatrudnieni w innych sektorach gospodarki – wynika z raportu firmy Sedlak&Sedlak. To największa różnica spośród badanych krajów. Podobna przepaść jak w Polsce występuje tylko w Rosji (86 proc). Z kolei u naszych południowych sąsiadów Czechów górnicy mogą liczyć na zarobki o 36 proc. wyższe, niż w innych branżach. Najbardziej wyrównane płace są w Niemczech, gdzie pracownicy kopalń zarabiają jedynie 10 proc. więcej, niż w reszcie gospodarki.

*

No koniec kilka słów warto poświęcić górniczym związkom zawodowym. Jest ich łącznie około 240. Uzwiązkowienie w tej branży jest najwyższe w Polsce. Wynosi prawie 100 procent, a w niektórych kopalniach nawet 120 procent, bo są tam pracownicy, którzy zapisują się do kilku związków. Koszt ich utrzymania to prawie dwadzieścia milionów złotych.

Nie ulega wątpliwości, że ochrona związkowa jest górnikom potrzebna, ale nie w takiej formie organizacyjnej. Górnicze związki zawodowe – tak jak cały ruch związkowy w Polsce – są chore. To rak na górniczej branży.

Zbigniew Noska

Dwa listy

„Co łaska”. Zawsze irytowała mnie taka odpowiedź, gdy któregoś ze sług kościoła pytałem o cenę usługi, jaką u niego zamawiałem. Nie bardzo wiedziałem, co mam wówczas zrobić. Wąż w mojej kieszeni syczał, że powinienem się wykpić znanym mi skądinąd powiedzeniem „Bóg zapłać”, ale ambicja nie pozwalała na to.

Kilka dni temu dotarł do mnie list, który zmienił mój stosunek do tej kwestii. Jego autorką jest młoda dziewczyna pochodząca z podpilskiej parafii, która u swojego proboszcza załatwiała formalności związane z pogrzebem.

„Niedawno zmarł mi dziadek – pisze w owym liście – Jak przystało na katolików, poszliśmy do Proboszcza, aby załatwić wszelkie formalności. I co się okazało? Nasz ksiądz ma cennik dotyczący wszystkich udzielanych sakramentów. Za pogrzeb ksiądz zażądał 700 złotych, tłumacząc się, że musi opłacić wywóz śmieci z cmentarza i jakiejś pani za sprzątanie kaplicy. Do tego dochodzi jego honorarium i tak zwana opłata za miejsce na cmentarzu na 20 lat.”

Z dalszej części listu wynika, że ksiądz – delikatnie rzecz ujmując – dalece mija się z prawdą. Za wywóz śmieci z cmentarza płaci bowiem gmina, a sprzątaniem kaplicy po pogrzebie zajmuje się rodzina zmarłego. Natomiast swojego dziadka autorka listu chowała w grobie babci, która zmarła trzy lata temu i wówczas za miejsce zapłaciła.

Wiedząc o tym, autorka listu najpierw grzecznie, a potem coraz bardziej natarczywie zaczęła prosić o zmniejszenie opłaty. „Mówię do księdza że to jest prawie pensja mojej mamy i że nie stać nas na tak dużą opłatę i że z tego, co się orientuję, to ksiądz powinien pochować zmarłego nawet za przysłowiowe „Bóg zapłać”. Na to ksiądz: „Na jakim ty świecie żyjesz dziewczyno! Za Bóg zapłać to wiesz… A mi kto zapłaci? Czy ja nie potrzebuje pensji? Dziewczyno obudź się”. Na moje pytanie: czy został proboszczem z powołania, czy dla pieniędzy – nie odpowiedział. Pytam więc dalej księdza. A jak ktoś naprawdę nie ma aż tylu pieniędzy to co? To proszę bardzo, ja nie muszę pochować zmarłego. Można zrobić pogrzeb w Pile. Nie mam nic przeciwko. Ale jeśli ja nie będę mógł go pochować, to na cmentarz nie wpuszczę.”

Na takie dictum autorka listu uległa i zgodziła się na żądaną przez księdza kwotę. Ale na tym nie skończyły się jej kłopoty.

„Gdy zabierałam się do wyjścia, ksiądz dał mi wizytówkę firmy pogrzebowej, w której powinniśmy zamówić trumnę i obsługę pogrzebu. Powiedziałam, że już to zrobiliśmy i podpisaliśmy umowę z inną firmą w Pile. Kazał nam ją odmówić, ponieważ on innej firmy jak tej, co podał, nie wpuści na cmentarz. Tłumaczyłam proboszczowi, że oni już są w drodze po dziadka. A on uparcie powtarzał: „Jest wolny rynek, innej firmy nie wpuszczę”

I w tej kwestii autorka listu musiała ustąpić, a ja pomyślałem sobie, że w słowach „co łaska” tkwił jednak jakiś sens. Ale rozumieją go proboszczowie z mojego pokolenia. Młodsi sakramentami handlują według zasad wolnorynkowych.

*

Drugi list znalazłem w Internecie. „Mam na imię Karolina. Razem z mężem prowadziliśmy we Polsce normalne życie. Pracowaliśmy, płaciliśmy podatki, chodziliśmy na spacery, studiowaliśmy, spotykaliśmy się z przyjaciółmi i podróżowaliśmy. Obydwoje jesteśmy praktykującymi muzułmanami. Nikogo nie nawracamy, nie narzucamy się z własnymi przekonaniami, nie oceniamy innego stylu życia. Oczywiście zawsze ludzie patrzyli na nas z zaciekawieniem, szczególnie gdy rozmawialiśmy po arabsku na ulicy. Kilka razy zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja, gdzie ktoś kazał nam „wracać do siebie” lub nazwał nas “brudasami”, ale były to incydenty, które można policzyć na palcach jednej ręki. Sytuacja zmieniła się diametralnie w chwili, gdy pojawił się “problem z uchodźcami”. W ciągu miesiąca mój mąż został napadnięty trzy razy. Wciąż słyszymy wyzwiska i groźby. Ostatnio zostałam opluta. Teraz boimy się wychodzić z domu. Dzwonimy do siebie co godzinę, żeby upewnić się, czy wszystko u nas OK. Ale tak się żyć nie da. Ci ludzie zwariowali… Wciągają się w jakiś wir nienawiści. Krzyczą, że nie chcą “arabskiej dziczy”, a sami zachowują się dużo gorzej”

*

Co łączy te dwa listy? Pokazują patologie polskiego katolicyzmu, których powinniśmy się wstydzić.

Zbigniew Noska

Mit wielkiej zmiany

Od lat podczas kampanii wyborczych obserwuję dziwne zjawisko. Oto wielu wyborców wierzy w to, że zmiana ekipy rządzącej będzie rewolucją na skalę tej z 1989 roku. Także dziś na kilka dni przed wyborami wielu moich rodaków (zwłaszcza tych z PiS) wierzy, że jeśli wygrają „nasi”, a „tamci” (czyli lemingi i wszelkiego rodzaju lewactwo) zostaną pokonani, z ich życia znikną przeszkody, które ograniczały ich kariery i uniemożliwiały im bogacenie się.

Nic bardziej mylnego. Na zmianie zyska nieliczna gromada działaczy partyjnych, którzy po czystkach kadrowych w podległych państwu instytucjach, zajmie tam intratne posadki. Życie pozostałych nie zmieni się. Nie będzie rewolucji na miarę tej z 1989 roku. Wraz z upadkiem PRL zniknęły bowiem ograniczenia wolności i rozwoju kapitalizmu. Nie ma ich od ponad ćwierć wieku. Nie wróciły ani za rządów AWS, ani SLD, ani tym bardziej w czasach hegemonii Platformy Obywatelskiej.

Mówiąc wprost, na żadną siłę polityczną nie da się dziś zrzucić tego, że twoje życie nie wygląda tak, jak byś tego sobie życzył. Wśród „przywar” demokracji jest bowiem i ta, z której wynika, że jeśli nie jesteś dość przedsiębiorczy, to żadna zmiana władzy nie da ci sposobu na bogacenie się. Jeśli nie jesteś zbyt bystry, by kształcić się i piąć się po drabinie kariery, żadna zmiana rządu nie poprawi twoich szans na rynku pracy.

*

Nie licz też na to, że nowa władza dobierze się do skóry twojemu sąsiadowi, któremu zazdrościsz powodzenia i sukcesów. Wspominam o tym, bowiem przekonanie, że PiS zemści się nie tylko na wszystkich, którzy ich nie popierają, ale także na osobistych wrogach każdego z członków tej partii jest zaskakująco popularna zwłaszcza na portalach społecznościowych.
I przypomina znowu nastroje z przełomu lat 80-tych i 90-tych, gdy liczono, że Lech Wałęsa i „Solidarność” rozprawi się nie tylko z komunistycznymi zbrodniarzami, ale i każdym, kogo choćby z najmniejszego powodu komunistą można nazwać. W rzeczywistości nie udało się za bardzo nawet to pierwsze. Nie sądzę więc, aby młody prezydent czy nowy rząd mieli ochotę i czas na to, by zajmować się mszczeniem na tych, których nie lubią ich wyborcy.

Z jednym wyjątkiem. Powody do obaw mogą mieć jedynie urzędnicy. Nawet ci, którzy polityką w ogóle się nie interesują. Wylecą w najbliższych miesiącach tylko dlatego, że zostali zatrudnieni lub blisko współpracowali z uwikłanym politycznie szefostwem. Po wyborach parlamentarnych „miotła kadrowa” będzie działała od ministerstw po urzędy wojewódzkie i spółki skarbu państwa. Część z nich to tak zwane publiczne media, więc zapewne tutaj również należy spodziewać się czystek.

Jeśli jednak sądzisz, że PiS zemści się na twoim szefie, czy sąsiedzie popierającym lewicę lub Platformę, który pracuje w sektorze prywatnym, to jesteś w głębokim błędzie. Nigdy nie przeskoczysz tego, który jest inteligentniejszy i bardziej od ciebie przedsiębiorczy. Żadna władza tego za ciebie nie zrobi, chyba że totalitarna.

*

Wybory nie zrobią też z Polski potęgi gospodarczej ani tym bardziej politycznej. Reguły gry w Unii Europejskiej są ustalone na lata. Hegemonia gospodarcza Niemiec jest w krótkim czasie nie do podważenia i dla Polski ekonomicznie korzystna. Karty w ręku trzyma kanclerz Niemiec (bez względu na to, kto nim jest) i ci, którym pozwoli on być swoimi sojusznikami. Wygrana PiS – ugrupowania konfrontacyjnie nastawionego wobec tego układu europejskich sił – jest dla wielu nadzieją na stworzenie Wielkiej Polski – potęgi trzymającej w ryzach Europę Środkową i zdolnej konkurować na wszelkich poziomach z Niemcami. To mrzonka tym bardziej, że podobne ambicje mają niemal wszystkie kraje tak zwanego „międzymorza”.

*

Wiara w mit wielkiej zmiany sprawi, że wielu z tych, którzy 25 października zagłosują na PiS, już za kilkanaście miesięcy po zwycięstwie „swoich” zacznie ich nienawidzić. Odczuli to na własnej skórze niemal wszyscy politycy, który już w Polsce rządzili.

Czas bowiem zrozumieć, że żaden rząd nie urządzi Polakowi jego życia. Bez odpowiedniego wykształcenia, własnego wysiłku i zaangażowania realizacja życiowych ambicji i materialny sukces nie są możliwe. A nieudacznik bez względu na to, jaką partię poprze, zawsze pozostanie nieudacznikiem.

Zbigniew Noska