Wystarczy zemsta

Były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień, komentując wydarzenia ostatniego tygodnia, nazwał je po imieniu – to zamach stanu. Zdegustowani nocnymi decyzjami internauci piszą, że wyborcy aktualnego porządku politycznego „sprzedali kraj za 500 zł”. Opozycja krzyczy, że PiS chce odebrać Polakom wolność i wprowadzić rządy autorytarne. Wielu Polaków zastanawia się nad tym, jak to możliwe, że własnymi rękoma niszczymy nasze państwo, które w ostatnim 25-leciu dokonało niespotykanego dotąd w polskiej historii skoku cywilizacyjnego.

Mnie też nurtuje to pytanie, choć wiem, że nie po raz pierwszy w historii zdarza się irracjonalne dążenie Polaków do samozagłady własnego państwa.

W 2015 roku w demokratycznych wyborach naród wybrał PiS. Nie ma dziś znaczenia, że partia ta na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności i pazerności partyjek lewicowych ze swymi 37 procentami poparcia uzyskała większość parlamentarną. Nieistotna jest również frekwencja wyborcza, bo ci, co nie poszli, też dokonali wyboru. Ciekawe, ilu z tych, którzy „olali” wybory, pomstuje i z przerażeniem obserwuje to, co się w parlamencie „wyrabia”.

Komentatorzy, politycy a przede wszystkim socjologowie zastanawiają się teraz nad tym, dlaczego PiS doszło do władzy. Większość z nich twierdzi, że Polacy sprzedali się za obietnice socjalne (500 zł za dziecko, powrót do starego systemu emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku). To w moim przekonaniu tylko część prawdy. Nie dotyczy ona bowiem tak zwanego „twardego elektoratu” PiS, któremu przede wszystkim chodzi o zemstę. Aplikowana im przez całe lata „pisowska” propaganda sprawiła, że od swej partii i jej wodza oczekują tego, że rząd upuści krwi bogaczom, złodziejom, lemingom, komuchom, żydom, masonom, gejom, dzieciom z próbówki, a także wszystkim innym, którzy mają odmienne od nich poglądy. Nie chodzi o 500 zł, ani o wiek emerytalny. „Lud pisowski” ma to w nosie. Oni chcą zemsty za „okrągły stół”, za „grubą kreskę” i za „zamach smoleński”, żądają głów Tuska, Wałęsy, Komorowskiego, Michnika, Lisa, Olejnik i setek jeśli nie tysięcy tych, którzy bronią demokracji.

Skąd taka ocena? Wystarczy odpowiedzieć sobie na proste pytania: Dlaczego „lud pisowski” nie razi fakt, że posłem z ich partii jest były komunistyczny prokurator obalający Trybunał Konstytucyjny? Nikomu to nie przeszkadza, bo to „ich” komuch, a nie jakiś obcy. Kogo dziwi, że na urzędach siedzą przestępcy? Nikogo, bo to są „swoi” przestępcy, a nie z PO.

Twardy elektorat PiS – o czym wielokrotnie pisałem – to przede wszystkim Polacy, którym nie powiodło się w życiu. Nie potrafili poradzić sobie w czasie transformacji społecznej i teraz są sfrustrowani faktem, że zmarnowali szansę nie tylko swoją, ale także swych dzieci i wnuków. Dołączyli do nich ich potomkowie, którzy muszą teraz nadrabiać dystans do tych, których rodzice okazali się bardziej przedsiębiorczy i życiowo zaradni. Trudno im wszystkim przyznać się do własnych błędów. Dlatego potrzebują winnych. Znaleźli ich słuchając Radia Maryja i księży z ambon. I to właśnie dzięki takim postaciom jak Rydzyk, Kaczyński i Macierewicz dowiedzieli się, że zostali zdradzeni i oszukani, a zwieńczeniem tego oszustwa był zamach na ich prezydenta w Smoleńsku.

„Dziś – pisze jeden z blogerów – ta masa ma siekierę w ręku i żąda od swoich przedstawicieli krwi, a władza podstawia tylko pieńki do rąbania. Cała para idzie w te struktury państwowe, które rządzą wymiarem sprawiedliwości tak, by siekiera śmigała w rytm Prawa i Sprawiedliwości. Pod pozorem walki z postkomuną, rozpasaniem, upadkiem moralnym, trwa walka z demonami, które w głowach rządzących i ich wyborców zostały zaszczepione przez lata propagandy, manipulacji i teorii spiskowych. To wszystko polane jest religijnym pierdolcem narodowym przez różne miernoty intelektualne i paru gości o psychopatycznych cechach z natręctwem wszędobylskiego spisku.”

Zgadzam się z tą opinią, choć zapewne wyraziłbym ją mniej dosadnie.

*

Mark Twain powiedział kiedyś, że „łatwiej naród ogłupić, niż powiedzieć mu, że jest ogłupiony”. I to niestety jest prawda, której właśnie doświadczamy. Wyborcy PiS tak bardzo zostali otumanieni przez propagandę, że ich partia nie musi wcale spełnić wszystkich obietnic wyborczych. Nie oczekują od niej „wielkiej zmiany” i „naprawy państwa”, obojętna jest im przyszłość Polski. Wystarczy zemsta.

Zbigniew Noska

www.noska.pl

Po co ci to było, Beatko?

Wszystko wskazuje na to, że żadna z obietnic Beaty Szydło zapowiedzianych w jej expose nie zostanie zrealizowana w zapowiadanych 100 pierwszych dniach rządów.

Już dziś wiadomo, że podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy złotych może nastąpić co najwyżej od 1 stycznia 2017 roku i nie będzie dotyczyć wszystkich. Propozycji powrotu do „starego” wieku emerytalnego nie da się wprowadzić przy obecnie obowiązującej konstytucji (stąd – jak przyznał „pisowski” marszałek senatu – awantura wokół Trybunału Konstytucyjnego). Na temat wprowadzenia bezpłatnych leków dla Polek i Polaków, którzy ukończyli 75 rok życia, trwa milczenie, a na sztandarowy pomysł – 500 złotych na dziecko nie ma pieniędzy i nowi ministrowie nie potrafią ich znaleźć w budżecie.

Według minister Rafalskiej prace nad projektem 500 plus „mogą się zamknąć pod koniec pierwszego kwartału, na początku drugiego. Może 1 kwietnia.”

Poza terminem wejścia ustawy nie wiadomo, czy w obecnym kształcie pozostanie lista odbiorców pomocy. PiS coraz częściej mówi o dodatkowych warunkach, które będzie trzeba spełnić, by otrzymać 500 zł.

Według autorów ustawy, świadczenie wychowawcze ma przysługiwać na drugie i każde kolejne dziecko. Na pierwsze dziecko świadczenie będzie przysługiwało tylko wówczas, kiedy dochód rodziny w przeliczeniu na osobę nie przekracza 800 zł.

Nie wiadomo, jednak czy z pomocy będą mogli skorzystać wszyscy, o czym mówiła kilka dni temu premier Beata Szydło. Czy bogatsi też powinni dostawać dodatek, czy – jak zastanawiała się szefowa polskiego rządu – „powyżej pewnego poziomu może trzeba zrezygnować z tego programu”? Jaki to będzie pułap finansowy, na razie odpowiedzi brak.

Zgodnie z projektem dodatek 500 złotowy ma pozostawać pod baczną obserwacją urzędników. W skrajnym przypadku, gdy ośrodek pomocy społecznej uzna, że osoba uprawniona marnotrawi wypłacane jej świadczenie wychowawcze lub wydaje niezgodnie z przeznaczeniem, możliwe jest nawet wstrzymanie wypłaty.

Według projektu ustawy organem, który ma zajmować się przyznawaniem bądź też odbieraniem świadczenia wychowawczego, będzie wójt, burmistrz lub prezydent miasta, natomiast obywatel ubiegający się o nie będzie musiał wypełnić wniosek i dołączyć do niego cały zestaw „kwitów”.

Na razie na projekt 500 plus, który kosztować ma około 20 miliardów rocznie, nie ma pieniędzy stąd wewnątrz partii rządzącej pojawiają się różne pomysły dotyczące tego, jak w praktyce miałoby wyglądać wsparcie dla rodzin. Prof. Henryk Żyżyński wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych głośno wyraża swoje wątpliwości dotyczące tego, czy 500 złotych faktycznie trafi do dzieci.

– Chciałbym, by nie było sytuacji, w której dzieci z biedniejszych rodzin będą pokrzywdzone, bo środki zostaną przeznaczane na inne potrzeby. Skoro zakładamy, że pieniądze pójdą na wsparcie dzieci, to oczekiwałbym, że rodzice kupią im za te środki ubrania, obuwie, czy zapłacą za lekcje języków obcych. A pewności, że tak będzie, w tym momencie nie mamy Dlatego – jego zdaniem – warto byłoby rozważyć wsparcie dla rodzin, ale nie w postaci żywej gotówki, a np. bonów na konkretne produkty lub usługi.

*

Dla mnie zagadką pozostanie dlaczego premier Beata Szydło tak rygorystycznie w swoim expose określiła terminy realizacji pisowskich obietnic socjalnych. Przecież było już po wyborach i można było przestać okłamywać elektorat. Wytłumaczyć to można tylko w jeden sposób. Pani premier wygłaszając swe expose nie miała pojęcia, jaki jest stan państwowej kasy lub – co wydaje mi się bardziej prawdopodobne – na ekonomii się nie zna. A jeśli tak, to czarno widzę jej przyszłość.

Jeśli „wyjdzie szydło z worka” i okaże się, że obietnice PiS nie będą zrealizowane w ciągu stu dni, pani premier może stracić swą funkcję. Stanie się kozłem ofiarnym, który bez wahania prezes Kaczyński złoży na ołtarzu swej polityki.

I po co ci to było, Beatko?

Zbigniew Noska

www.noska.pl

Trwa festiwal obietnic

Mimo że kampania wyborcza skończyła się już ponad miesiąc temu, festiwal obietnic socjalnych rządu trwa. Premier Beata Szydło w swym expose zapowiedziała ich ponad 60. Ale to jeszcze nie wszystko. Do Pani Premier dołączyli również jej ministrowie.

Podczas rozmowy z jednym z portali internetowych minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska zapytana o to, czy rząd zamierza promować oszczędzanie, poprzez zmiany w systemie emerytalnym, odpowiedziała twierdząco.

Jej zdaniem nie ma w Polsce zwyczaju oszczędzania „na starość”, bo tak zwany trzeci filar nie zafunkcjonował zbyt dobrze. Zwróciła też uwagę, że Polacy najczęściej deklarują, że nie stać ich na oszczędzanie, dlatego rząd będzie starał się zachęcać do odkładania pieniędzy „na starość”.

Jakie to mogłyby być zachęty? Minister Rafalska nie wyklucza likwidacji istniejących podatków. – Można pójść w tym kierunku, w którym oszczędzanie na III filarze będzie wolne od podatku Belki – zadeklarowała w studiu Wirtualnej Polski.

W tym miejscu muszę przypomnieć, że zgodnie z koncepcją reformy emerytalnej AWS tak zwany III filar to indywidualne konta emerytalne, indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego oraz pracownicze programy emerytalne. Już teraz takie oszczędzanie może być z podatku Belki zwolnione, jednak warunki są mocno restrykcyjne: w przypadku IKE trzeba opłacać je przez co najmniej 5 lat kalendarzowych, a zwolnienie z podatku obowiązuje dopiero po ukończeniu 60. roku życia. Jest też limit roczny środków, jaki można w ten sposób odłożyć w III filarze. Jeśli ktoś chce odkładać więcej, musi korzystać z tradycyjnych form oszczędzania i dzielić się z fiskusem zyskami.

Obietnica Pani Minister jest więc niezwykle ponętna, choć jak zawsze powstaje pytanie, czy jest realna, zwłaszcza, że jak wiadomo – Polska jest w ruinie.

*

Zbliża się Barbórka więc – jak za dawnych gierkowskich czasów – posypały się obietnice pod adresem górników – bastionu związków zawodowych przewodniczącego Piotra Dudy – sojusznika PiS w ostatnich wyborach. W tym roku będzie hucznie i radośnie na górniczych imprezach, albowiem kompanie węglowe zadłużywszy się sypnęły groszem trochę na zasadzie „zastaw się a postaw się”.

Bardziej światłych górników, którzy przecież liczyć potrafią i są zaniepokojeni o przyszłość swej branży, uspokoił wicepremier Morawiecki.

– Polska nie chciałaby zmieniać szybko i zbyt gwałtownie uzależnienia od jednego źródła energii czyli węgla – zadeklarował – Politykę energetyczną i sytuację energetyczną Polski i Francji bardzo dużo łączy. Po pierwsze, jesteśmy uzależnieni od jednego źródła energii. Francja od energii atomowej w powyżej 70 procentach, a Polska od węgla w około 90 procentach. Po drugie, Francja i Polska chyba nie chciałyby tego szybko i zbyt gwałtownie zmieniać. To drugi element, który nas łączy. Po trzecie, Francja i Polska dostają po głowie od ekologów za to, że mamy taki miks (energetyczny), a nie inny.

Morawiecki przypomniał zarazem, że w ramach zobowiązań protokołu z Kioto „zredukowaliśmy naszą emisję CO2 nie o 6, a o 30 procent względem początku lat dziewięćdziesiątych”. – Niewiele jest krajów na świecie, które mają podobną redukcję CO2, jak Polska – dodał.

– Polska – zdaniem ministra – nie może sobie pozwolić w tym trudnym momencie gospodarczym na wykonywanie gwałtownych ruchów. Chcemy absolutnie inwestować w podnoszenie efektywności energetycznej, poprawiając nasz miks energetyczny i wypełniamy nasze zobowiązania.

Trzeba mieć nadzieję, że ta deklaracja ma charakter barbórkowej obietnicy, bo inaczej nam Polakom żyjącym na wielkopolskich (i nie tylko) nizinach przyjdzie przez lata dopłacać do tej nierentownej i rujnującej polską energetykę branży.

Zbigniew Noska

Król Jarosław

„Polska wybrała sobie króla” – tak wynik wyborów w Polsce skomentowała jedna z niemieckich gazet. Wydarzenia ostatnich tygodni potwierdziły trafność tego złośliwego w zamyśle prasowego tytułu.

Nawet ja – konsekwentnie od lat przestrzegający moich rodaków przed PiS-em i jego przywódcą – muszę przyznać, że Prezes zasługuje na koronę.

Wszyscy zajmujący dziś liczące się pozycje w państwie zawdzięczają je tylko jemu. Możliwi konkurenci Prezesa, osoby z jako takimi zdolnościami, popadły w niełaskę i zostały wycięte lub odeszły same, a zostały odpady, które same mogłyby najwyżej być popychadłem w urzędzie gminnym lub marnym adiunktem w prowincjonalnej uczelni. To o tych na szczycie. Nie dziwi więc laudacja, jaką na cześć Jarosława Kaczyńskiego wygłosił prezydent Duda podczas nominacji Beaty Szydło: „Nie ma dzisiaj wątpliwości co do jednego: otóż z całą pewnością jest pan Panie Premierze, Prezesie Jarosławie Kaczyński wielkim politykiem i wielkim strategiem (…) z całą pewnością jest pan także wielkim człowiekiem (…) wielki człowiek i patriota (…) jest Pan wielkim strategiem (…) jestem dla Pana pełen podziwu (…) świadectwa Pańskiej wielkości są jednoznaczne”.

Dzięki Prezesowi marni lizusi i intryganci dostają dobrze płatne posady, ochronne przed wymiarem sprawiedliwości (patrz Kamiński), wyjeżdżają na kursy języków, zajmują lukratywne posady europosłów itd. itp.

Dziś pusty śmiech mnie ogarnia, gdy czytam spekulacje o przyjaźni Beaty i Andrzeja, że mogą się postawić Jarosławowi. Sam przez moment uwierzyłem w tę bajeczkę, czego się teraz wstydzę. Naiwny, nie wziąłem pod uwagę, że przecież On tak wybrał sobie te pionki, żeby nie były fizycznie zdolne do własnego zdania, a cóż dopiero sprzeciwu. Są to egzemplarze z trzeciego lub czwartego szeregu, dobrze wyselekcjonowani i wytresowani. Nic nie zrobią samodzielnie, nie potrzebują nawet suflera, bo myślą, jak on. Gdy Prezes powie słowo, to wyrzekną się nawet swojej rodziny. W debacie kandydatów Duda potrafił – ujawniając swój antysemityzm – plunąć w twarz swemu teściowi – profesorowi UJ i wybitnemu żydowskiemu poecie. Beata została na razie oszczędzona. Jej górnicze pochodzenie jest przydatnym argumentem w pisowskiej propagandzie „bratania się z ludem”.

Z tak wyselekcjonowanym dworem król Jarosław nie tylko zdobył pełnię władzy, ale natychmiast przystąpił do jej konsumpcji. Nie czekając na utworzenie i zaprzysiężenie swojego rządu, natychmiast, z biegu, bez przystanku dla złapania tchu, zabrał się do przekreślania swoich obietnic.

Jeszcze kilka miesięcy temu kandydat Andrzej Duda obiecywał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków, a słowo „zgoda” odmieniał przez wszystkie przypadki. Gdy został wybrany, zignorował Ewę Kopacz – premier polskiego rządu, odmawiając jej spotkania, a następnie złamał kilkakrotnie konstytucję, by poszerzyć wpływy Swego Pana także na władzę sądowniczą. Jego Wysokość też się nie ociąga. Zamiast swojej obietnicy, że w odnowionej Polsce, będzie obowiązywał szacunek dla opozycji, wymierzył jej kilka bolesnych kopniaków.

Przedstawicieli nowych władz energia aż rozsadza. Beata Szydło w swoim expose złożyła ponad sześćdziesiąt obietnic o charakterze ekonomicznym. Ich realizacja jest mało prawdopodobna, dlatego im bardziej trzeba będzie zdzierać paznokcie na walce z oporem rynkowej gospodarki, tym częściej trzeba będzie wygrywać potyczki na łatwiejszym polu – kultury, edukacji, polityki historycznej. „Pamięć polskich bohaterów” i „kanon lektur” oznacza tzw. żołnierzy wyklętych, Sienkiewicza, JPII i Lecha Kaczyńskiego w szkołach i na akademiach. Kultura politycznym manipulacjom poddaje się dużo łatwiej niż gospodarka.

A kolejka instytucji do przejęcia jest długa: telewizja, radio, muzea, teatry. Jeśli energii nie starczy na „inwestycje za bilion” (a nie starczy, bo to wirtualna suma), to zobaczymy typowo polski spektakl – wojny kulturowe na ulicach. Pierwsza „różańcowa okupacja” odbyła się właśnie we Wrocławiu, gdzie teatr wystawił „porno-spektakl”. Skądś trzeba brać paliwo do mobilizowania wiernych wyborców na wypadek, gdyby ekonomiczne obietnice „nie wypaliły”. Im mniej chleba, tym więcej igrzysk.

*

Mój znajomy, który kilka lat temu wyjechał „za chlebem” do Anglii po lekturze poprzednich moich felietonów napisał mi w mailu. ” Dopóki PiS pozostanie przy władzy w Europie my Polacy będziemy chodzili z opuszczonymi głowami, prześlizgując się opłotkami, niosąc wstyd w plecaku podróżnym. I nie wrócimy do Polski, czując, że w naszej Ojczyźnie ktoś podzieli nas na prawdziwych Polaków i tych po drugiej stronie czyli ZOMO.”

Zbigniew Noska

Pacynki Prezesa

Z chwilą powołania Beaty Szydło na premiera RP skończyła się w Polsce demokracja. Ktoś uzna to stwierdzenie za przesadę, ktoś inny posądzi mnie o antypisowską histerię, gdy tymczasem ja stwierdzam zwykły fakt. Demokracja – o czym wie student nawet pierwszego roku politologii – kończy się wtedy, gdy rzeczywista władza przechodzi w ręce jednostki nie pełniącej żadnej funkcji w instytucjach konstytucyjnych państwa. Nikt nie zaprzeczy, że dziś Polską rządzi Jarosław Kaczyński zwykły poseł, a pani premier i pan prezydent to marionetki w jego ręku.

Tak już w Polsce bywało. Po zamachu majowym w 1926 roku rzeczywistą władzę sprawował Józef Piłsudski, który nie był ani prezydentem, ani premierem, ani nawet ministrem, lecz szefem GISZ – czyli człowiekiem nominowanym na wodza naczelnego w czasie wojny.

W PRL sytuacja była podobna. Polską rządził I sekretarz PZPR, a premier i prezydent (nazywany wówczas przewodniczącym Rady Państwa) byli członkami Biura Politycznego PZPR, na którym zapadały najważniejsze decyzje.

Żaden szanujący się historyk nie nazwie Polski z lat 1926-39 ani PRL demokracją, dlatego moja teza o końcu demokracji w Polsce ma swoje politologiczne i historyczne uzasadnienie.

Gdybym był złośliwy, to z łatwością poszukałbym podobieństw i różnic pomiędzy Biurem Politycznym PZPR a Komitetem Politycznym PiS i bez trudu udowodniłbym, że statut PZPR był bardziej demokratyczny od statutu PiS, ale nie chcę straszyć moich czytelników.

*

Pozycja Beaty Szydło, choć formalnie obowiązuje w Polsce system gabinetowo – parlamentarny (co oznacza władzę wykonawczą w ręku Rady Ministrów) jest znacznie słabsza od sytuacji prezydenta. W każdej chwili może bowiem być odwołana przez posła Kaczyńskiego – prezesa partii, która ją na to stanowisko desygnował. Prezydent został wybrany przez naród i przez pięć lat nikt odwołać go nie może, ale Duda, który z łaski Prezesa, (choć wbrew jego oczekiwaniom) prezydentem został, ma mentalność pacynki i (co gorsza) w pełni podziela poglądy swego ojca chrzestnego.

*

Andrzej Duda ma za sobą 100 dni prezydentury, które należy uznać za nieudane. Wbrew konstytucji jest reprezentantem jednej tylko strony sporu politycznego i nawet tego nie ukrywa. Dlatego popełnia błędy, które kompromitują jego urząd.

W dniu Święta Niepodległości Duda wręczał ordery. Jeden z nich dostał przedstawiciel kościoła. Nie był nim ani kardynał Macharski, ani arcybiskup Gocłowski czy arcybiskup Muszyński (purpuraci zasłużeni dla Polski i kościoła), lecz arcybiskup Hoser, najbardziej twardogłowy przedstawiciel kościelnej hierarchii. Jego największe osiągnięcia to uciszenie księdza Lemańskiego i krycie księdza pedofila z praskiej diecezji. Abp Hoser ma też w swym życiorysie inną czarną plamę. Jest nim Rwanda, gdzie doszło do ludobójstwa, a Hoser przedstawiciel Watykanu popierał jedną (słabszą) stronę konfliktu.

W czasie wystąpień z okazji otwarcia obrad sejmu i senatu sformułował Pan Prezydent (określmy to delikatnie) kontrowersyjną definicję demokracji. Czyniąc aluzję do wyborów samorządowych i dziękując PKW za sprawne przeprowadzenie wyborów powiedział, że przywróciły one obywatelom wiarę w demokrację. Czyli wybory samorządowe, które PiS przegrał w tym sensie, że poza jednym wyjątkiem, nie był w stanie przejąć władzy w sejmikach wojewódzkich, demokrację podważały. Ale już wybory, które PiS-owi dały władzę, były demokratyczne. Logika Kalego. Wygrywa jego partia, wybory są demokratyczne, przegrywa, demokratyczne nie są.
Z kolei w wystąpieniu senackim Duda stwierdził, że wybory pokazały dojrzałość polskiej demokracji, bo jedna partia uzyskała większość. Stąd wniosek, że skoro PiS zdobywa większość, demokracja jest dojrzała. Gdyby lewica wzięła o kilka dziesiątych procent głosów więcej, i PiS większości by nie miał, byłaby niedojrzała.

Aż strach pomyśleć co się stanie, gdy PiS znowu przegra. Demokracja zapewne przestanie być dojrzała, a wybory sfałszowane. Logika Prezesa.

Zbigniew Noska