Spór o podatek od marketów

Rząd, poszukując pieniędzy na zrealizowanie projektu 500 plus, zapowiada podatek od hipermarketów. Ma on dotyczyć wielkich sieci handlowych, których sklepy przekraczają 250 mkw. powierzchni. Wstępny projekt zakłada, że podatek wyniesie 2 proc. od obrotu i ma przynieść budżetowi państwa 3,5 mld złotych rocznie.

W odpowiedzi na pomysł rządu, 25 listopada zostało powołane Forum Polskiego Handlu (FPH), które zrzesza największe polskie sieci handlowe: Piotr i Paweł, Polskie Składy Budowlane, Media Expert, AGATA Meble, Stokrotka, Marc Pol, EKO, Topaz, Piotruś Pan, Arhelan, Przedsiębiorstwo Handlowe A-T oraz POLOmarket.

Forum Polskiego Handlu nie zamierza jedynie protestować przeciwko planom PiS. 2 grudnia na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego kupcy przedstawili własną propozycję opodatkowania sieci handlowych, zaznaczając, że popierają taki podatek, ale w innym kształcie.

Polscy kupcy krytykują pomysł uzależnienia podatku od powierzchni. Proponują, by nowy podatek – naliczany wyłącznie od obrotu – płaciły wszystkie przedsiębiorstwa handlu detalicznego, także małe sklepy, franczyzowe oraz sieci własne. Inną formułę uważają za niesprawiedliwą. Za niebezpieczne dla polskiego handlu uznają wyłączenie z podatku handlu w Internecie, co według FPH może prowadzić do budowania przewagi konkurencyjnej części zagranicznych sieci.

Pierwszy proponowany przez organizację próg podatku to 0,1 proc. od rocznego obrotu od 0 do 12 mln zł netto. Potem stawka jest progresywna, rośnie im wyższe są obroty (do 4 proc. podatku). Dzięki temu, jak przekonują autorzy pomysłu, małe i średnie polskie firmy zapłacą niższy podatek niż najwięksi gracze, więc takie rozwiązanie lepiej chroni interesy drobnych kupców.

*

Propozycje rządu spotkały się z też z krytyką ze strony sieci i stowarzyszenia handlowców, którzy protestują przeciwko daninie. Twierdzą, że jest to rozwiązanie niekonstytucyjne.

– Jeżeli powinniśmy być traktowani równo zgodnie z artykułem 32. konstytucji, jak wszystkie podmioty gospodarcze, to taki podatek selektywny nie do końca spełnia swoje zadanie – uważa Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD.

Ponadto przedstawiciele branży przekonują, że podatek od marketów odbije się zarówno na dostawcach, jak i na klientach, spowoduje odpływ kapitału z Polski.

Argumenty te nie przekonują polityków. Poseł PiS Marek Suski twierdzi, że „podatek powinien zatrzymać wypływanie z Polski ogromnych miliardów złotych, które tu są generowane, są wynikiem naszej konsumpcji, a jednocześnie zasilają wielkie sieci międzynarodowe, które nie pozostawiają w Polsce podatków. Powinien on obciążać tych, którzy dziś wcale albo prawie wcale nie płacą podatków.”

Tymczasem zaniepokojeni nowym podatkiem menagerowie sklepów wielkopowierzchniowych zaczynają renegocjować marże, czyli starają się zrekompensować dodatkowe koszty obniżonymi marżami dla dostawców, a być może i zwiększonymi marżami wobec klientów – przestrzega Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Poseł Suski zapewnia, że ustawodawca zadba o to, by koszty nie były przerzucane na klientów. Tym bardziej że wzrost cen w dużych zagranicznych sieciach handlowych spowoduje automatycznie, że mniejsze podmioty, przede wszystkim polskie, staną się bardziej konkurencyjne. Takie jest założenie autorów pomysłu.

– Polskich sieci jest niewiele. Jeśli zyskają, to – w moim przekonaniu – w bardzo małym stopniu, a gdyby ten podatek został jednak naliczany od powierzchni, to część tych obiektów kwalifikowałaby się do tego podatku – ripostuje prezes KIG.

Wobec ujawniających się z coraz większym nasileniem sporów wynikających z różnicy interesów obu grup handlowców, rząd zapowiada konsultacje społeczne, które mają rozpocząć się na początku stycznia.

Nowy podatek ma wejść w życie w I kw. 2016 r. W jakim kształcie? Jeszcze nie wiadomo.

Zbigniew Noska

„Poznaniokiem” być

W jednym z moich przedświątecznych felietonów pytałem moich czytelników o to, „dlaczego Wielkopolska, choć przecież pozbawiona surowców, wielkiego przemysłu i żyznych gleb, znajduje się ciągle w czołówce rankingów gospodarczych. Co o tym decyduje? Zaradność i pracowitość Wielkopolan? Ich tradycyjnie pragmatyczny patriotyzm oparty na konkurencji gospodarczej a nie wywoływaniu bezsensownych powstań? A może bliskość Niemiec i łatwość kontaktów z tym krajem wyniesiona jeszcze z okresy zaborów?” Po części odpowiedź na to pytanie znajduję w nie tak jeszcze bardzo odległej historii naszego regionu.

W przerwie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem przypada rocznica wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Za każdym razem kiedy o niej piszę, nurtuje mnie ta sama kwestia. Dlaczego to tak ważne dla integralności państwa polskiego wydarzenie jest mało znane i popularyzowane? Chlubi się nim zaledwie garstka Wielkopolan, którzy – tak jak ja – pielęgnują tradycje udziału w powstaniu członków swojej rodziny.

Mija właśnie 97 rocznica wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Walki uliczne rozpoczęte 27 grudnia 1918 r. w Poznaniu dały sygnał do powstania na terenie Poznańskiego. Walki trwały blisko dwa miesiące. Były zacięte, krwawe i przyniosły zwycięstwo. Chmielniki, Grójec Wielki, Inowrocław, Kcynia, Kopanica, Łomnica, Nakło nad Notecią, Nowa Wieś Zbąska, Paterek, Rawicz, Sarnowa, Szamocin, Szczepice, Tarkowo, Zbąszyń, Wągrowiec, Budzyń, Chodzież, Żnin i Szybin – to miejsca na mapie Wielkopolski nasiąknięte powstańczą krwią. Według najnowszych badań naukowych w powstaniu poległo 2261 osób.

Dzięki temu zwycięstwu Wielkopolska znalazła się w granicach państwa polskiego, a zorganizowana w czasie powstania Armia Wielkopolska stanowiła trzon wojsk, które wzięły potem udział w Bitwie Warszawskiej. Była liczniejsza i lepiej wyszkolona – o czym dziś niewielu pamięta – od słynnej „Błękitnej Armii” gen Hallera, która w 1919 roku przybyła z Francji do Polski.

Mimo to Powstanie Wielkopolskie nazywane nie do końca słusznie „jedynym zwycięskim powstaniem” w historii Polski nie ma właściwego miejsca. Dlaczego tak się dzieje?

Zryw Wielkopolan w 1918 roku nie był insurekcją romantyczną, zgodną z polską tradycją. Nie stworzono więc wielkich dzieł sztuki, które utrwaliłyby na zawsze w polskiej świadomości to patriotyczne wydarzenie. Stosunkowo niewielka była również liczba ofiar, co wprawdzie dobrze świadczyło o perfekcyjnym przygotowaniu powstania i rozważnie prowadzonych walkach, ale nie mieściło się w narodowej martyrologii, w której panuje smutna tendencja – im większa ofiara krwi, tym większe znaczenie. Powstanie Wielkopolskie nie miało wreszcie spektakularnego bohatera. Nawet dowódcy: mjr. Stanisław Taczak i gen. broni Józef Dowbor-Muśnicki nie przebili się w historii polskiej wojskowości.

*

Co roku 27 grudnia wspominam Powstanie Wielkopolskie i mam nadzieję, że będą to robić także moje wnuki. Co roku ubolewam też nad tym, że Powstanie Wielkopolskie w świadomości przeciętnego Polaka nie zajmuje nawet ułamka procenta tego, co wie on o klęsce i tragedii Powstania Warszawskiego, bo nauczono go patrzeć na historię przez pryzmat przegranych zwycięstw.

*

Zwycięski powstańczy czyn dziś w okresie narodowej zawieruchy skłania także do innych refleksji. Pewien mój znajomy rozsierdzony awanturą wokół Trybunału Konstytucyjnego starał się mnie przekonać, że jedynym ratunkiem na pogodzenie Polaków jest… postawienie granicy na Wiśle.

– Niech tam – dowodził – rządzą się po swojemu, niech użerają się z sobą i wymachują szabelką pod nosami Rosjan i Ukraińców. Za kilka lat problem się sam rozwiąże. Poumierają z głodu, bo gdy my tu ciężko pracujemy, oni potrafią tylko gadać i wyciągać rękę po „państwowe”.

Oczywiście nie zgodziłem się z jego pomysłem, ale mimo to poczułem coś w rodzaju dumy. Wszak być Wielkopolaninem oznacza dla niego (Polaka wywodzącego swe korzenie z kresów) być pracowitym, zaradnym i pragmatycznym.

Takimi ludźmi byli nasi pradziadowie – powstańcy i tacy w większości jesteśmy my – „poznanioki” wywodzący swe korzenie z „Polonia Maior” kolebki naszej państwowości.

Zbigniew Noska

Spór o Polskę

Sądzę, że zdecydowana większość z nas ma nadzieję, że choć przez chwilę umilknie codzienny jazgot i ujadanie. W ciągu ostatnich dni osiągnął on bowiem poziom, dla którego – jak to określił jeden z polityków – skończyła się skala. Nadchodzą święta. Wreszcie napawać się będzie można spokojem i korzystając z ciszy, leniwie snuć swe różnorakie refleksje.

Wpisując się w ów klimat i ja chciałbym poddać kilka myśli pod rozwagę. Otóż od kilku lat z rosnącą intensywnością spieramy się z sobą o Polskę i to nie przebierając w środkach. Najogólniej rzecz ujmując rysują się w tej kwestii dwa przeciwstawne obozy. Pierwszy z nich odwołuje się przede wszystkim do ostatniego ćwierćwiecza. Podkreśla znaczenie narodowej zgody i pokojowej transformacji ustrojowej. Odwołuje się do polskich tradycji tolerancji, patriotyzmu oraz solidarności europejskiej. Przekonuje, że świadomość historyczna Polaków wymaga prawdy o czynach haniebnych, jak i niezwykłych i bohaterskich. Drugi obóz, będące dziś wyraźnie w ofensywie, odwołuje się do ksenofobii i nacjonalizmu, do negacji osiągnięć III Rzeczypospolitej, postulując historyczne i polityczne rozliczenia. Przekonuje, że wiedza Polaków o ich historii powinna być bardziej niż dotąd kreowana przez państwo oraz uległe wobec niego instytucje kulturalne i media.

Nie ukrywam, że bliższy jest mi pierwszy pogląd.

*

Spór Polaków o ocenę własnej historii nie jest czymś nowym. Sięga czasów romantyzmu i zawiera się z jednej strony w mickiewiczowskim mesjanizmie porównującym Polskę i jej dramatyczne losy do męczeństwa Chrystusa, a z drugiej w krytycyzmie Słowackiego, który w „Grobie Agamemnona” pisał o Polsce:

„Boś ty, jedyny syn Prometeusza

– Sęp ci wyjada nie serce – lecz mózgi.

Choć Muzę moją w twojej krwi zaszargam,

Sięgnę do wnętrza twych trzew – i zatargam.”

To ostatnie zdanie jest mi szczególnie bliskie, bo wyznacza kierunek i sens mojego dziennikarstwa.

*

Nie zamierzam zakłócić świątecznej atmosfery moich czytelników i nie próbuję polemizować ani z jedną ani z drugą stroną sporu o Polskę

Punktem wyjścia uczynię pojawiające się w dyskusji nad wyraz słuszne stwierdzenie, pod którym podpisują się obie strony barykady, że polityka historyczna ma służyć budzeniu patriotyzmu. Patriotyzm zaś – w bardzo skróconej formie – to nic innego jak duma z własnego państwa, to poczucie narodowej tożsamości, czyli świadomość, żeśmy „ten sam pień piastowy”.

I tu dochodzę do sedna sprawy. Tak właśnie jest. A raczej być powinno. Słucham takich dyskusji i martwię się prawionymi sobie nawzajem złośliwościami, przypinanymi łatkami, próbami „dowalenia” kontrrozmówcy. I jeszcze widzę te półuśmieszki albo zadowolenia z siebie samego, albo wyrażających litość dla właśnie mówiącego.

A wszystko obliczone jest na poniżenie innych, na wywrzeszczenie własnej, jedynej prawdy objawionej, zakrzyczenie adwersarza, udowodnienie mu, że nie jest prawdziwym Polakiem. Najgorsze, że to dotyczy wszystkich, albo prawie wszystkich mówiących do mnie z ekranu telewizyjnego i piszących na forach internetowych. Tu nie ma wyraźnie lepszych i wyraźnie gorszych. Wydaje mi się, że to taki chór z partiami rozpisanymi na głosy. I myślę sobie jeszcze o tym, że ta melodia zbyt często zieje nikczemnością i ludzką małością.

Piszę o tym w świątecznym numerze, nie po to aby komuś dokopać, aby odegrać się na tych, którzy nie szczędzą mi obelg na moim blogu, ale po to, aby skłonić do refleksji i opamiętania się. A także dlatego, że – jak pisał bliski mojemu sercu poeta – „bom smutny i sam pełen winy”.

*

Życie bez świąt byłoby, jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć. Czym dziś pokrzepiamy nasze serca w świąteczny czas Bożego Narodzenia? Czego życzymy sobie na święta? Zawsze wszystkiego, co najlepsze. Ale co to jest to „najlepsze”? Co jest tak cenne i piękne, że pozwala w świąteczne dni ogrzać się i pokrzepić na cały nadchodzący rok?

Wigilia wpisała się w polską tradycję jako czas prawdziwego zbliżenia, wzajemnego odpuszczenia win, jako lekcja miłości. Zawsze w dniu tym ludzie garną się do siebie i z pierwszą gwiazdką siadają do wieczerzy.

W starym kalendarzu, który stał kiedyś na półce w pokoju mojej mamy, znalazłem takie oto słowa, które chciałbym – zamiast życzeń – zadedykować Moim Czytelnikom.

„Pamiętaj o tym, że Boże Narodzenie nie kończy się 25 grudnia. Zawsze ilekroć się uśmiechasz do swego brata i wyciągasz do niego rękę, jest Boże Narodzenie. Zawsze ilekroć milkniesz, by innych wysłuchać, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie. Zawsze kiedy dajesz odrobinę nadziei tym, którzy przytłoczeni są ciężarem fizycznego i duchowego ubóstwa, kiedy rozpoznasz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie.”

Zbigniew Noska

Odrobina świątecznego optymizmu

Zbliżają się święta, a wraz z nimi rodzinna atmosfera i optymizm, który charakteryzuje zdecydowaną większość Polaków, gdy oceniają swoją sytuację materialną. Dlatego dziś będzie o samych dobrych wiadomościach tym bardziej, że gospodarka rozwija się pomyślnie.

*

Stopa bezrobocia wyniosła w listopadzie 9,7 proc. – podało w minioną środę Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, powołując się na swoje dane. Resort podkreśla, że to kolejny miesiąc, w którym bezrobocie utrzymuje się na jednocyfrowym poziomie. Wprawdzie w porównaniu do poprzedniego miesiąca wzrosło o 0,1 punktu procentowego, ale w tym okresem w roku ubiegłym jego poziom był zdecydowanie wyższy – 11,4 proc.

Pod koniec listopada w urzędach pracy zarejestrowanych było 1 532,7 tys. osób. Najniższe bezrobocie zanotowano w Wielkopolsce (6,1 proc.), na Śląsku (8,1 proc.) oraz w Małopolsce (8,3 proc.). Jeśli chodzi o miasta wojewódzkie zdecydowanie przoduje Poznań z bezrobociem w granicach dwóch procent.

Dane urzędów pracy wskazują na to, że wzrost liczby bezrobotnych w listopadzie wynikał w głównej mierze z rejestracji osób powracających do bezrobocia po zakończeniu umów na czas określony, czy po zakończeniu prac sezonowych w budownictwie i leśnictwie. Jest to typowe zjawisko w okresie jesieni i zimy. W grudniu według resortu należy się liczyć z podobnym zjawiskiem, ale wskaźnik bezrobocia nie powinien przekroczyć 9,9 procent. „Pozwala to z optymizmem patrzeć na sytuację rynku pracy w 2016 roku” – podkreśla ministerstwo.

Mnie natomiast ciągle zastanawia, dlaczego Wielkopolska, choć przecież pozbawiona surowców, wielkiego przemysłu i żyznych gleb, znajduje się ciągle w czołówce rankingów gospodarczych. Co o tym decyduje? Zaradność i pracowitość Wielkopolan? Ich tradycyjnie pragmatyczny patriotyzm oparty na konkurencji gospodarczej a nie wywoływaniu bezsensownych powstań? A może bliskość Niemiec i łatwość kontaktów z tym krajem wyniesiona jeszcze z okresy zaborów? Warto się nad tym zastanowić przy świątecznym stole.

*

Rośnie liczba bogaczy w Polsce. Dokładnie 969 tys. Polaków zarabia powyżej 7,1 tys. zł brutto. Ta grupa finansowej elity z roku na rok rośnie. Tak samo jak jej wydatki na dobra luksusowe. Wartość polskiego rynku drogich samochodów, jachtów czy biżuterii to już 14,3 mld zł. Suma zarobków najbogatszych to aż 154,7 mld zł. I rośnie w astronomicznym tempie. Jeszcze pięć lat temu było to o jedną trzecią mniej. W 2018 roku będzie to z kolei już blisko 210 mld zł.

Osobną kwestią są najbogatsi z bogatych. Ich określa się mianem High Net Worth Individuals (posiadają minimum milion dolarów w płynnych aktywach, np. gotówce czy akcjach). Takich osób w naszym kraju jest zaledwie 43 tys. Dla porównania w Wielkiej Brytanii jest ich ponad 2,3 mln, a we Francji blisko 1,8 mln.

Autorzy raportu „Rynek dóbr luksusowych w Polsce”, z którego pochodzą przytaczane przeze mnie dane, sprawdzili, na co najbogatsi wydają pieniądze. Na pierwszym miejscu są od lat samochody luksusowe. W sumie Polacy kupują je za blisko 7 mld zł. Są bowiem próżni. Dorobiwszy się, chcą pochwalić się przed otoczeniem swoim statusem majątkowym.

Polscy milionerzy coraz częściej zaczynają konsumować swoje bogactwo, żyjąc chwilą, a nie inwestując. Dlaczego tak się dzieje? „Ci, którzy doszli do sukcesu finansowego, chcą znaleźć wytchnienie od codziennych obowiązków. Luksusowy hotel czy spa jest dla nich dobrym rozwiązaniem” – mówi współautor wspomnianego już przeze mnie raportu. Ekspert ten dodaje, że polscy bogacze są też bardzo… oszczędni. Ponieważ nadal brakuje im jeszcze sporo do majątków Niemców czy Skandynawów, więc nawet przy wyborze luksusowych marek starają się być pragmatyczni.

*

Luksus „Made in Poland” to zjawisko stosunkowo młode, ale w wielu segmentach rynku obecność polskich marek staje się w ostatnich latach coraz silniejsza. W przypadku odzieży polskie akcenty widoczne są w postaci projektantów mody oraz ekskluzywnych marek, takich jak La Mania czy Emanuel Berg. Do polskich produktów z wyższej półki kwalifikują się też alkohole, takie jak wódki Belvedere czy Chopin. Furorę na świecie robią polskie stocznie luksusowych jachtów takie jak Delphia, Galeon czy Sunreef. Kilka lat temu do ekskluzywnego grona Comite Colbert zaproszono markę Dr Irena Eris. Polskie kosmetyki są tam jedynymi, które nie pochodzą z Francji.

Mamy więc powody do dumy zwłaszcza, gdy niektórym wydaje się, że nasz kraj coraz bardziej pogrąża się w ruinie. Ale malkontentów jest coraz mniej i – mam nadzieję – przestaną zrzędzić przy wigilijnym stole. Jeśli spróbują się jednak odezwać, proponuję zamknąć im usta argumentami z mojego świątecznego komentarza gospodarczego.

Zbigniew Noska

Dejavu

„Czuję się, jak w młodości – napisała do mnie znajoma z dawnych lat – czuję się jak wtedy, gdy będąc młodą pracownicą kultury musiałam latać z tekstami do urzędu cenzorskiego, gdzie znudzona pani za biurkiem czytała każdą literkę scenariusza imprezy masowej (tak to się wtedy nazywało) i żądała stosownych wyjaśnień na okoliczność takiego lub innego zwrotu. Z czasem darmowe bilety na atrakcyjne imprezy, dostarczane odpowiednio wcześnie, złagodziły nieco humor tej paniusi, ale człowiek musiał być czujny. Jak już się przeskoczyło ten płotek, gnało się dalej, czyli z torbą wypełnioną półlitrówkami dla zaprzyjaźnionego drukarza, ciemną nocą pilnowało się, aby zbyt wcześnie nie wytrzeźwiał i wydrukował do rana potrzebne plakaty i już można było przystąpić do plakatowania. Bułka z masłem. Eeeeeeehhhhh, łza się w oku kręci. Witaj Polsko mojej młodości !!!”

Świetnie rozumiem moją koleżankę ze „słusznie minionych lat”. Ja też odczuwałem swoiste dejavu, gdy czytam wypowiedzi wicepremiera Glińskiego na temat rzekomej pornografii w teatrze we Wrocławiu, a teraz dowiaduję się, że jego urzędnicy zabierają się do kontroli najznakomitszej polskiej sceny – Teatru Starego w Krakowie.

*

Cenzura w Polsce kojarzy się z czasami PRL, kiedy to każdy prasowy materiał, spektakl teatralny, film, widowisko ludyczne – wszystko, co było przeznaczone do publicznego upowszechniania, trafiało do cenzora, który wykreślał niewygodne dla władzy fragmenty. Nie chodziło tylko o krytykę „komuny” – jak dziś niektórzy sądzą – ale także o kwestie obyczajowe. „Komuna” była bowiem wyjątkowo pruderyjna, a tak zwane „zapisy cenzorskie” dotyczyły także wszelkiego rodzaju golizny. Ścisłej ochronie cenzury podlegali także – co zapewne wielu zdziwi – księża. W latach osiemdziesiątych, kiedy jako naczelny Tygodnika Pilskiego miałem do czynienia z mieszczącym się w Bydgoszczy oddziałem urzędu cenzorskiego, łatwiej było skrytykować sekretarza POP ( Podstawowej Organizacji PZPR) niż księdza pedofila. Już wtedy kilku takich udało nam się wytropić, ale teksty o nich nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Po roku 1989 urząd cenzorski zniknął. W demokracji bowiem panuje rzeczywista, choć nie pozbawiona odpowiedzialności prawnej wolność słowa i publikacji, a represjonowanie czy wywieranie nacisków na niezależne wydawnictwa jest zabronione. System demokratyczny oparty na konstytucji nie chroni żadnej „jedynie słusznej linii politycznej” przy pomocy cenzury, lecz zastępuje ją debatą publiczną. Obowiązuje w nim siła argumentu, a nie argument siły. Tak przynajmniej było do 25 października 2015 roku, kiedy władza znajdowała się w rękach ludzi, którzy wybrani zostali przez naród i funkcjonowali w ramach przewidzianych przez konstytucję instytucji.

Dziś kiedy premier i prezydent są marionetkami w ręku szefa partii, z której się wywodzą, a sejm maszynką do głosowania sterowaną przez Prezesa, który wszystko może, a za nic nie odpowiada – cenzura powróciła. Jest bowiem immanentną cecha każdego systemu autorytarnego.

Myli się jednak ten, kto sądzi, ze przybierze ona charakter instytucjonalny. Cenzura w „pisowskim” wydaniu spróbuje zastosować inne, choć o wiele bardziej dokuczliwe metody. Ich próbkę dał nam wicepremier Gliński. Nie będziesz – dyrektorze teatru we Wrocławiu i w Krakowie uległy wobec „jedynie słusznej linii” – nie dostaniesz pieniędzy. Poprzesz w debacie stanowisko opozycji, odetniemy ci „państwowych ” reklamodawców.

Najbardziej jednak niezawodnym współpracownikiem władzy w systemie pisowskim jest autocenzor. Tę metodę wytrenowały tak zwane „media niepokorne” Po co PiS ma naciskać, wymuszać, czy łajać, skoro dziennikarz ocenzuruje się sam i zrobi to z dumą, gdyż wierzy w to, że taka autocenzura jest dowodem spełnienia obywatelskiego i patriotycznego obowiązku? Oczywiście należy wcześniej takiego dziennikarza ukształtować, zaprosić do wpływowych środowisk, dla których los ojczyzny jest najwyższym i najgłośniej wyrażanym priorytetem, obiecać określone apanaże, w końcu przekupić wysokimi honorariami i „biorącymi miejscami” na listach wyborczych. Istnieje bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że tak spreparowany „dziennikarz patriotyczny” wyłamie się choćby o milimetr od zakreślonej na górze linii.

*

Zgodnie z przedwyborczymi obietnicami idzie nowe. Szybko. Nocą. Nie podpalono wprawdzie Reichstagu, ale podłożono ogień pod Trybunał Konstytucyjny. Nad tym wszystkim unosi się duch „Got Mit Uns” jeszcze nie zapisany na klamrach wojskowych pasów. A „muzycy” od Kukiza za chwilę zaczną pisać hymn nasz nowy. „Jak Kaczyński od Warszawy po „peowskim” zaborze, dla ojczyzny ratowania….”

Idzie nowe. A mimo wszystko mam poczucie dejavu.

Zbigniew Noska