Stracą milion?

Mimo deklaracji kolejnych rządów, że zrobią wszystko, aby ułatwić życie małym i średnim przedsiębiorcom, ich sytuacja się nie zmienia. Potwierdzają to badania, które od lat przeprowadzane są na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Pytani o to, co jest największą przeszkodą w prowadzeniu działalności gospodarczej właściciele małych i średnich firm najczęściej wskazują na koszty pracy (69 proc.). Na drugim miejscu znalazła się niestabilność prawa (66 proc. wskazań); nadmiar obowiązków biurokratycznych (61 proc.); skomplikowane prawo gospodarcze (49 proc.); samowolne i arbitralne decyzje urzędników (49 proc.). 45 proc. badanych firm uważa, że barierą są wysokie podatki. Na urzędy i urzędników wskazało 39 proc., na powolne rozstrzyganie sporów sądowych 34 proc., na kontrole urzędu skarbowego i ich instytucji – 27 proc. oraz na bariery inwestycyjne – 17 proc.

W tym miejscu zauważyć należy, że większość tych przeszkód to bariery „bezkosztowe”. Zarówno kwestie biurokratyczne, skomplikowania przepisów, czy obowiązki informacyjne nałożone na firmy, to wyłącznie dobra wola rządu. Zależy od decyzji politycznej a nie finansowej.

Przy okazji zbadano również powody podejmowania (zwłaszcza przez młodych) działalności gospodarczej. Najczęściej wskazywanym czynnikiem zachęcającym do założenia własnej firmy jest bezzwrotna pomoc finansowa (61 proc.) i wydłużony okres płatności preferencyjnej stawki ZUS (60 proc.). Natomiast wśród przeszkód wymieniano brak chęci wzięcia odpowiedzialności za ewentualne trudności lub niepowodzenia firmy (61 proc.), brak środków finansowych (48 proc.) oraz brak pomysłu na działalność gospodarczą (45 proc.).

*

Tyle liczb. Rzeczywistość je potwierdza i…skrzeczy, albowiem wbrew deklaracjom zawartym w expose premier Beaty Szydło warunki działalności gospodarczej małych i średnich przedsiębiorstw od 1 stycznia pogarszają się. Wzrasta wysokość składki ZUS, zwiększa represyjność ze strony Państwowej Inspekcji Pracy.

Dzięki publikacji najnowszych danych GUS wiadomo, że od 1 stycznia wzrasta składka ZUS dla właścicieli firm jednoosobowych. I tak łączna miesięczna kwota składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne (łącznie z dobrowolną składką chorobową) przedsiębiorców wyniesie 1121,52 zł. Z kolei obniżona składka dla osób prowadzących działalność gospodarczą przez pierwsze dwa lata ukształtuje się na poziomie 465,28 zł. Składka dla przedsiębiorców wzrośnie więc o 2,7 proc. Oznacza to, że zapłacą oni o 29,24 zł więcej. Z kolei składka preferencyjna wzrosła o 4,3 proc – w przeliczeniu to 19,08 zł.

I kolejna zła informacja dla przedsiębiorców. Państwowa Inspekcja Pracy nie będzie już zawiadamiać przedsiębiorców o planowanej kontroli – poinformowała rzecznik Izby Danuta Rutkowska. Konieczność takiego informowania prowadziła do mniejszej skuteczności Inspekcji, była też negatywnie oceniana m.in przez posłów. Ma to zapobiec zatrudnianiu „na czarno”. Motywacja chwalebna tylko z pozoru. Świadczy bowiem o braku zaufania „państwa pisowskiego socjalizmu” do „prywaciarzy”.

*

Jeśli już wkroczyłem na pole polityczne warto zacytować prezesa ZPP Cezarego Kaźmierczaka: „Przedsiębiorcy w sumie dysponują około czterema milionami głosów, z czego zwykle milion przypada na PiS. Jeżeli PiS nie weźmie się na serio za to, co obiecywało w kampanii wyborczej, za to, żeby odbiurokratyzować gospodarkę i uprościć przepisy, to może jest na dobrej drodze, żeby stracić ten milion głosów.”

Od siebie dodam, że nic nie wskazuje na to, aby PiS zajęte dewastowaniem demokratycznego porządku w kraju miało zamiar wywiązać się ze swych zobowiązań wobec przedsiębiorców, wśród których była także (zapomniana już zupełnie) obietnica zmniejszenia podatku dla małych firm do 15 procent.

Zbigniew Noska

Nadzieja umiera ostatnia

Cala polska polityka przypomina mi wielki kondukt żałobny wiodący nasz kraj do mogiły, w czasie którego diabeł (czyli Kaczyński) gra na piekielnych skrzypcach. Na samym jego końcu wlecze się lewica.

Rok 2015 był dla niej, a zwłaszcza SLD, pasmem porażek. Kolejne nietrafione decyzje kierownictwa powodowały odpływ elektoratu. Zaczęło się od Magdaleny Ogórek, która miała być sposobem na wyborczy sukces. Wynik rozwiał wszelkie nadzieje. Po klęsce SLD postawił na koncepcję zjednoczenia. Do wyborów parlamentarnych przystąpiła już Zjednoczona Lewica. Jej twarzą stała się Barbara Nowacka. Jako liderkę przedstawiono ją jednak dopiero na trzy tygodnie przed wyborami. To był błąd. Na wykreowanie nowego lidera potrzeba co najmniej pół roku. W efekcie ZL zdobyła 7,55 proc. głosów, nie przekraczając ośmioprocentowego progu poparcia i znalazła się poza parlamentem. Jej wynik w decydującej mierze przełożył się na większą liczbę mandatów dla innych ugrupowań, a w rezultacie sejmową większość Zjednoczonej Prawicy. W tym sensie Miller i jego koledzy są odpowiedzialni za to, że Polska dostała się w łapy Kaczyńskiego.

Po wyborczej klęsce SLD miało zakasać rękawy i „pokazać, jak bardzo brakuje lewicy w polskim parlamencie”. Nic z tego. Pewne ożywienie nastąpiło dopiero w związku z wyborami nowego lidera partii. 16 stycznia odbyła się pierwsza tura wyborów. Wystartowało aż 10 kandydatów. Na finiszu pozostało ich dwóch: Czarzasty i Wenderlich. Wygrał ten pierwszy.

*

Włodzimierz Czarzasty to aktualny szef mazowieckich struktur SLD. Ma 54 lata. Dwukrotnie kandydował do sejmu. Bez powodzenia. Jest wydawcą. Kieruje z sukcesem oficyną wydawniczą „Muza”. Działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich, a następnie w stowarzyszeniu „Ordynacka”, które w 2006 roku wybrało go swoim przewodniczącym. Wszystkie wymienione funkcje pełnił społecznie. Tak też zamierza funkcjonować jako przewodniczący SLD. To bardzo ważna deklaracja zwłaszcza w obliczu finansowej mizerii partii, która nie może sobie pozwolić na tworzenie partyjnych synekur dla zawodowych działaczy.

Z całą pewnością Czarzastemu nie sposób odmówić wyrazistości głoszonych poglądów, inteligencji i …zjadliwego języka. Ma jednak jedną dość istotną wadę. Jest nieprzyswajalny przez wyborców, co złośliwie wytknął mu jego konkurent Jerzy Wenderlich nieprzerwanie od 1993 wybierany do sejmu w swym okręgu wyborczym.

*

Wybory w SLD pokazały, że członkowie tej partii, wśród których dominuje pokolenie 60+, nie mają zaufania do młodych działaczy. Nie do końca też przekonani są o konieczności zjednoczenia lewicy. Głosując tak, jak zagłosowali w wyborach lidera partii, postawili na silny SLD, a nie silną lewicę. To kolejny błąd.

Teraz wiele zależy od nowego przewodniczącego, który będzie musiał powstrzymać odchodzenie z partii kolejnych zwłaszcza młodych członków (co zapowiedział na Kongresie Tomasz Lewandowski z Poznania), w przeciwnym razie stanie się syndykiem masy upadłościowej. Kluczem do sukcesu jest otwartość zwłaszcza w stosunku do innych środowisk lewicy (w tym partii Razem) i zmian zachodzących w Polsce. Sojusz musi przeciwstawić się łamaniu zasad demokracji przez PiS i nie odwracać plecami od KOD. Trzeba też inspirować projekty obywatelskie w sprawach ważnych dla Polaków. Ważnym wyzwaniem SLD jest również dotarcie ze swoją ofertą polityczną do jak najszerszego grona obywateli, dlatego koniecznym jest powstanie (i wzmocnienia już istniejących) lewicowych mediów. Członkowie SLD powinni też nauczyć się lepiej wykorzystywać media społecznościowe, inaczej nie mają szans w walce z pisowsko-prawicową armią hejterów, którzy potrafią błyskawicznie stworzyć wrażenie, że czarne jest białe.

Jeśli zmiany te nie nastąpią SLD przeistoczy się w sektę staruszków wspominających z łezką w oku swą peerelowską młodość.

*

Kongres SLD pokazał, że wiadomość o śmierci tej partii jest przedwczesna. Ta najstarsza partia lewicowa walczy teraz o wyjście z ciężkiej zapaści po dwóch zawałach w 2015 r. Czy wyzdrowieje, to się okaże jeszcze tej wiosny, gdy zakończy się kampania wyborcza po Kongresie. Czy to będzie jej bój ostatni i krwawy skończy się trud? Jeśli tak, to co z testamentem SLD i jego masą spadkową: aktywami finansowymi, 20 – tysiącami członków i programem politycznym? Czy SLD polegnie z honorem na dnie morza nadziei?

Nadzieja umiera ostatnia.

Zbigniew Noska

Piaskownica

W minionym tygodniu politycy PiS boleśnie przekonali się o tym, że przynależność do Unii Europejskiej to nie tylko przywileje wynikające z faktu szerokiego dostępu do unijnej kasy, ale także obowiązki. Trzy z nich są najważniejsze: szacunek dla prawa i praworządności, gospodarka wolnorynkowa i ochrona praw mniejszości.

PiS po wyborczym zwycięstwie zabrał się w iście ekspresowym tempie za łamanie prawa konstytucyjnego i zasad demokracji w Polsce. Spowodowało to reakcję Komisji Europejskiej, która w minioną środę, 13 stycznia wdrożyła pierwszy, informacyjny etap sankcji przewidzianych artykułem 7 traktatu akcesyjnego. Celem tego etapu jest wyjaśnienie widocznych gołym okiem zagrożeń praworządności w Polsce.

Rząd a zwłaszcza premier Beata Szydło była takim obrotem sprawy zaskoczona tym bardziej, że poprzedniego dnia wieczorem z rozmowy z szefem Komisji Junckerem mogła odnieść wrażenie, iż sprawa rozejdzie się po kościach. Zdezorientowana pani premier (występując w sejmie) grzmiała, że „nie będziemy prowadzić polityki zagranicznej na kolanach”, by w kilka godzin później spuścić z tonu i zadeklarować gotowość do dialogu z wiceprzewodniczącym Komisji Fransem Timmermansem.

Wobec decyzji KE spin-doktorzy PiS mają teraz nie lada orzech do zgryzienia. Wszak trudno wytłumaczyć Polakom, że kraj nasz w ciągu paru miesięcy z prymusa stał się ” chorym człowiekiem Europy”. Stąd szamotanina, brak jednolitego przekazu i język typowy dla syndromu oblężonej twierdzy.

Część polityków PiS z panią premier na czele naśladuje kibiców, którzy do niedawna każdą porażkę naszej piłkarskiej reprezentacji kwitowali przyśpiewką: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Inni reagują bardziej gwałtownie. KE – ich zdaniem – to wroga Polsce organizacja, która chce nam zaszkodzić, a każdy, kto się z nią kontaktuje, a nie jest z PiS, to szpieg i donosiciel. Taką opinię wyraziła Beata Kępa – minister w rządzie Beaty Szydło, wywołując tym zgorszenie nie tylko w kraju, ale i zdumienie w stolicach europejskich.

Pogląd, że nic się nie stało, jest błędny. KE ma traktatową możliwość stosowania kar, których celem jest przywrócenie prawidłowego porządku. Dlatego wszystkie kary są opatrzone odpowiednimi procedurami, które dają szansę naprawy na wcześniejszych etapach. Właśnie taką procedurę wszczęła KE. Mówić o niej że chodzi tylko o otrzymanie dokumentów to tak, jakby stanąć przed sądem za prowadzenie po pijanemu samochodu i mówić, że sąd chce tylko sprawdzić czy mamy prawo jazdy.

*

W konflikcie między rządem PiS a KE zadziwia język polskich polityków. O jakości dialogu prowadzonego przez „pisowską” dyplomację świadczą różne drobne szczególiki. Na przykład minister sprawiedliwości w liście do wiceszefa KE zwrócił mu uwagę, że nie ma on prawa pouczać i upominać polskiego rządu i parlamentu, ponieważ należy do innego ideowo ugrupowania. Ten sam minister w innym liście do innego członka KE był łaskaw zasugerować że jest on „niemądry”, popiera cenzurę w Niemczech, zarzucił mu tupet, a na koniec bezczelność gdyż śmiał krytykować Ziobrę – wnuka oficera AK.

Inny przykład: minister spraw zagranicznych w wywiadzie powiedział, że przewodniczący KE to nie jest partner do rozmów. Albo premier rządu, która oświadczyła, że wiceprzewodniczący KE jest obecnemu rządowi nieprzychylny, bo… otrzymał od Komorowskiego odznaczenie państwowe.

Na koniec wspomnę o liście biskupa wrocławskiego do przewodniczącego, który musiał chyba wprawić KE w całkowite osłupienie i to zarówno co do treści, języka jak i osoby, która go wysłała.

Wszystkie te przykłady, a jest ich dużo więcej świadczą o tym, że język „dyplomacji” którym do tej pory posługiwał się polski rząd, sięgnął piaskownicy.

Na zachodzie Europy wywołuje on zdumienie połączone z wesołością tą samą, z którą właściciel pewnego pałacu sadzał przy stole chłopa przywiezionego z lasu i bawił się widokiem jego nieporadności. Jak nie umie wziąć do ręki widelca i pije wodę z… talerza.

Zbigniew Noska

Odwracanie kota ogonem

Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy przypomnę sobie ataki hejterów na moje komentarze, kiedy kilka miesięcy temu polemizowałem z opiniami o Polsce w ruinie, nadmiernym zadłużeniu gospodarki, jej totalnym kryzysie i kolonialnym uzależnieniu od rynków niemieckich oraz innych państw Unii Europejskiej. Dziś role się odmieniły. Ministrowie rządu Beaty Szydło gorliwie zapewniają, że polska gospodarka ma się świetnie i nic jej nie grozi nawet w sytuacji, gdy złotówka leci na łeb na szyję, indeksy giełdowe straszą czerwienią, a najbardziej prestiżowa agencja obniża rating Polski, ostrzegając inwestorów przed ryzykiem inwestowania w naszym kraju. Jestem prawie pewien, że ci sami hejterzy, którzy kilka miesięcy temu opluwali mnie za pozytywne oceny „peowskiej gospodarki”, rzucą mi się teraz do gardła za to, że śmiem krytykować decyzje ekonomiczne PiS. Tak to sposób widzenia polityków i wiernych im hejterów zależy od miejsca siedzenia.

Pewien mój znajomy, który dorobił się niemałej fortunki grając na giełdzie, w powyborczy poniedziałek (po porażce Bronisława Komorowskiego) zadzwonił do swojego maklera i wycofał pieniądze, sprzedając akcje. Mądrze uczynił, bo przewidując sukces PiS w wyborach parlamentarnych i wsłuchując się w populistyczne obietnice tej partii, trafnie przewidział, że polska gospodarka tego nie wytrzyma i zaczną się kłopoty.

Ostrzegałem przed tym i ja na łamach TN oraz na swoim blogu, a dziś mógłbym złośliwie powiedzieć: A nie mówiłem? Tylko co mi z tej satysfakcji, skoro zaledwie dwumiesięczne rządy PiS zapowiadają, że mój portfel schudnie w 2016 roku i będę musiał zrezygnować z kilku projektowanych wcześniej i dostosowanych do mojej emeryckiej kieszeni zakupów.

*

W miniony piątek agencja ratingowa Standard & Poor’s obniżyła długoterminowy rating polskiego długu w walucie obcej do poziomu „BBB plus” z „A minus”. Perspektywa ratingu jest negatywna. W uzasadnieniu decyzji S&P napisał: „Od wygrania wyborów w październiku 2015 r., nowy polski rząd zainicjował różne działania legislacyjne, które naszym zdaniem osłabiają niezależność i efektywność kluczowych instytucji, jak wynika z naszej oceny instytucjonalnej”. S&P poinformował, że perspektywa negatywna oznacza, iż w ocenie agencji istnieje „prawdopodobieństwo co najmniej jak jeden do trzech”, że w ciągu 24 miesięcy rating zostanie ponownie obniżony, „jeśli podważona zostanie wiarygodność polityki pieniężnej lub jeśli finanse publiczne pogorszą się bardziej od naszych obecnych oczekiwań”.

Obniżenie ratingu spowodowało gwałtowne osłabienie złotego. W piątek po godzinie 18 euro wyceniano na 4,48 zł, podczas gdy pół godziny wcześniej kurs EUR/PLN wynosił 4,42. Za dolara po godz. 18 płacono 4,08 zł, a za franka 4,09 zł.

Tak oto polski ciułacz i polski przedsiębiorca zapłacili za polityczny blitzkrieg Prawa i Sprawiedliwości oraz rujnowanie budżetu w poszukiwaniu pieniędzy na nieodpowiedzialne obietnice, z których realna na szczęście jest tylko jedna – projekt 500 plus. Pomysł czysto populistyczny, bez znaczenia dla perspektywy rozwojowej kraju, a jednocześnie najbardziej kosztowny.

W komentarzu resortu finansów napisano, że decyzja agencji ratingowej Standard & Poor’s o obniżeniu oceny ratingowej Polski jest niezrozumiała z punktu widzenia analizy ekonomicznej i finansowej. Polały się krokodyle łzy ministra Szałamachy i jego bezradnych specjalistów, którzy ciągle nie mogą znaleźć pieniędzy na projekt 500 plus. Tymczasem sytuację próbuje bagatelizować wicepremier Morawiecki, Proszony o komentarz do gwałtownego wzrostu kursu euro powiedział: – Mam nadzieję, że sytuacja będzie się bardzo szybko stabilizować. A w krótkiej perspektywie, jeżeli euro jest po 4,5, to też chciałem zauważyć, że jest to dobrze dla polskich eksporterów. Po raz pierwszy od 27 lat widzimy, że w okresie 12-miesięcznym będziemy mieli nadwyżkę handlową w tym roku. To jest bardzo dobra wiadomość dla gospodarki polskiej.

Odwracanie kota ogonem. W tej dziedzinie politycy są mistrzami.

Zbigniew Noska

Sami sobie podkładają nogę

Pamiętacie nocny rajd wariata „Froga” po Warszawie – gaz do dechy, zamknięte oczy przed każdym skrzyżowaniami i może jakoś to będzie?

Tak właśnie zachowują się dziś politycy i media prawicowe z tym, że ryzykują nie tyle własnym życiem i mieniem co interesem Polski.

Jesteśmy w przededniu wizyty premier Beaty Szydło w Niemczech tymczasem w „Gazecie Polskiej” organie rządzącej dziś partii pojawia się okładka opatrzona napisem: „Niemcy znowu atakują”, na której Angela Merkel, Schulz i Oettinger jako żołnierze Wehrmachtu z 1939 forsują polski szlaban graniczny. Trudno wyobrazić sobie bardziej szkodliwe działania medialne dla polityki zagranicznej nowego rządu. Gdyby mnie byłego wieloletniego redaktora naczelnego pisma zapytano, jak powinien wyglądać koszmar prasowy dla udającej się właśnie z wizytą do Niemiec Beaty Szydło – to nie wymyśliłbym coś tak niestosownego. Nie wystarczyłoby mi wyobraźni.

I kolejna rzecz. Na kilka dni przed debatą w Europarlamencie o wewnętrznych konfliktach w Polsce (wokół Trybunału Konstytucyjnego i ustawy o mediach publicznych) Janusz Wojciechowski były sędzia a obecnie europarlamentarzysta PiS publicznie zapowiedział aresztowanie szefa TK, bo rząd wyśle po niego policję, jeśli nie będzie respektował wadliwej z punktu widzenia prawa ustawy. Czyż można skuteczniej strzelić sobie we własną stopę? Co eurodeputowani polscy (w tym Wojciechowski) odpowiedzą swym adwersarzom podczas dyskusji w parlamencie europejskim, jeśli oni zacytują te słowa. A zrobią to. Na pewno.

*

Nie specjalnie martwiłyby mnie wspomniane na wstępie potknięcia polityków i spolegliwych wobec nich dziennikarzy, gdyby nie konsekwencje gospodarcze takich zachowań.

W sytuacji, kiedy Ewa Kopacz pozostawiła swojej następczyni kilka nie załatwionych spraw zależnych od dobrej woli urzędników brukselskich, nasi politycy od kilku tygodni wdają się w medialne pyskówki z nimi. Najbardziej spektakularnym przykładem są owe – eksploatowane niemiłosiernie przez propagandę rządową – miliardy euro nie wykorzystane z funduszy unijnych na lata 2007-2013

Z końcem roku upłynął czas na zakończenie wszystkich inwestycji finansowanych przez UE. Jeśli nie zdążymy rozliczyć z Brukselą faktur, to część pieniędzy po prostu przepadnie. W grę wchodzi właśnie owe 9 miliardów euro. Odpowiedzialny za unijne pieniądze wiceminister Jerzy Kwieciński przedstawił już 29 grudnia 2015 roku kilka propozycji na uratowanie tej sumy, które zaakceptowała Komisja Europejska. Pewnym jest, że wszystkiego nie uda się już uratować, ale przy zachowaniu „dobrych układów” z UE to i owo udałoby się jeszcze uratować. W ubiegłym tygodniu do problemu rozliczenia środków odniósł się w programie „To Się Liczy” Janusz Lewandowski, były komisarz ds. programowania finansowego i budżetu. – Ten problem mają też inne kraje. Komisja Europejska nie ustąpi, bo to dyscyplinuje kraje członkowskie. Mogą być natomiast przesunięcia w rozliczeniach, które pozwolą nam jeszcze kilka miliardów z tej perspektywy złowić.

31 grudnia 2015 roku upłynął termin na wdrożenie unijnych przepisów dotyczących jakości oczyszczania ścieków. Od 1 stycznia kilkaset samorządów, które nie wywiązały się ze swoich obowiązków, miało płacić ogromne kary. Udało się ich uniknąć dzięki szybkiej ustawie, która daje gminom dodatkowe trzy lata na kontynuowanie modernizacji. To jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów, bo trzeba jeszcze wytłumaczyć urzędnikom w Brukseli, dlaczego nie poradziliśmy sobie ze zobowiązaniem z 2002 roku.

*

Jak wobec tych faktów skomentować zachowania polityków, którzy nie potrafią powstrzymać swych polemicznych temperamentów i w konsekwencji szkodzą własnemu rządowi?

„PiS wszedł w buty komuny i powtarza wszystkie jej błędy. Pierwszy i podstawowy to hołubienie wiernej miernoty. Im się lejce mylą, sami sobie podkładają nogę” – pisze jeden z internautów.

Mnie – przyznam – bardziej odpowiada inna równie dosadna opinia: „Po prostu szambo wybiło i coraz to więcej rzeczy się tam dzieje spontanicznie, poza kontrolą.”

Zbigniew Noska