Czystki

W Internecie furorę robi mem przedstawiający niezadowolonego Jarosława Kaczyńskiego i skruszoną Beatę Szydło. Obrazek uzupełnia tekst – słowa Prezesa: „Jak mówiłem, żebyście zrobili porządek z Arabami, to nie chodziło mi o stadninę koni.”

Mem ten to kpina z absurdów polityki kadrowej PiS. Czystki kadrowe przybrały bowiem monstrualny charakter, a ich powodem jest nie tylko dążenie do „dobrej zmiany” oraz pozbycia się „sitwy PO i PSL”, ale także prywata, kolesiostwo oraz nepotyzm. Patologia ta dotyczy polityków z najwyższej półki: Prezydenta, Pani Premier, a nawet samego Prezesa, ale negatywnym bohaterem mediów został minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który nominował nowych szefów stadnin w Janowie Podlaskim i Michałowie. Uznanych fachowców zastąpił politycznymi znajomymi.

Hitem w Internecie stała się wypowiedź jednego z nich. „Widzę, że będzie to moja pasja życiowa. Wcześniej też bardzo uwielbiałem konie, ale nie miałem takiej bliskiej styczności z nimi – wyznał z rozbrajającą szczerością Marek Skomorowski, nowo powołany prezes stadniny w Janowie Podlaskim – z wykształcenia ekonomista, przez lata związany z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, dobry znajomy Jurgiela.

Nieoficjalnie politycy PiS przyznają, że decyzja Jurgiela to polityczny błąd, oficjalnie jednak bronią go rzekomymi nieprawidłowościami w zarządzaniu stadninami, które miały narazić Skarb Państwa na „wielomilionowe straty”.

*

Niemal codziennie media donoszą o niefortunnych decyzjach kadrowych nowych władz. Niektóre z nich były tak skandaliczne, że trzeba było pospiesznie się wycofać. Najbardziej spektakularnym przykładem była nominacja, a potem odwołanie komendanta głównego policji. Ale to nie wszystko. Na nowe stołki awansowali nie tylko byli działacze PZPR (czemu się trudno dziwić), ale także byli donosiciele – tajni współpracownicy SB. Najbardziej smakowite kąski pozostawiono jednak dla „swoich”. Oto kilka takich przykładów z ostatnich dni.

Syn ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego Karol został prezesem Przedsiębiorstwa Energetycznego w Siedlcach. Władze Siedlec tłumaczą, że „Kandydat ma szereg plusów, przede wszystkim od kilku lat jest w spółce, ma przygotowanie zawodowe, bo ma egzamin państwowy rad nadzorczych, jest młody, dynamiczny” – wyjaśniają dodając „Oczywiście trzeba patrzeć na to, że musi to być ktoś z obozu politycznego, wtedy jest bardziej zdopingowany do pracy na rzecz ludzi”. Jak informuje RMF FM, nazwisko Karola Tchórzewskiego widnieje także w składzie rady nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Siedlcach.

Edward Kosmal rolnik ze Stargardu właśnie został członkiem rady nadzorczej publicznego Radia Szczecin. To były kandydat PiS w wyborach parlamentarnych. Z list tej partii próbował dostać się – bez powodzenia – do Senatu. Kosmal prowadzi duże gospodarstwo rolne w Tychowie. Część ziem, na których gospodaruje, dzierżawi od Agencji Nieruchomości Rolnych. Warto dodać, że w szczecińskim oddziale ARMiR pracuje od kilku lat jego córka Agnieszka. Rodzina Kosmala wzięła kilkaset tysięcy zł dopłat. Teraz „tata” dostał od PiS dobrą fuchę.

Kolejnego awansu doczekał się Wojciech Jasiński bliski przyjaciel samego Prezesa. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy PKO BP podjęło uchwałę o powołaniu go w skład Rady Nadzorczej. Ledwo co został prezesem Orlenu (jedno z najlepiej płatnych stanowisk w Polsce), a już koledzy z partii znaleźli dla niego nowe zajęcie równie dobrze płatne. Jasiński, dziś 67 letni działacz partyjny, w biznesie pracował tylko 3 lata. Dekadę temu zapewniał, że w takich spółkach nie ma miejsca dla politycznych nominatów. Dodał też wtedy, że PiS zadba, aby zarządzali nimi młodzi i zdolni menadżerowie.

*

Jak mawiał towarzysz Lenin „kadry są najważniejsze”, a Jarosław Kaczyński bardzo poważnie traktuje nauki „Wodza Rewolucji”. Obrońcy jego polityki kadrowej powiedzą zapewne, że poprzednicy PiS robili podobnie. To prawda, ale nie na taką skalę i w takim tempie. Chyba, że na tym ma polegać „dobra zmiana”.

Zbigniew Noska

Studniówka Beaty

W kampanii wyborczej zarówno Beata Szydło jak i Andrzej Duda złożyli wiele obietnic. Tuż po wyborczym zwycięstwie pani premier zapewniała w expose, że wszystkie kluczowe zmiany zostaną przeprowadzone w trakcie pierwszych stu dni pracy rządu. Już wówczas wydawało się to nierealne, ale Beata Szydło nie dawała za wygraną:

– Po pierwsze, pięćset złotych na dziecko, począwszy od drugiego, a w rodzinach o mniejszych dochodach od pierwszego dziecka. (…) Po drugie – obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 pięciu lat dla mężczyzn. Po trzecie – podniesienie do 8 tysięcy złotych kwoty wolnej od podatku. Po czwarte – bezpłatne leki od siedemdziesiątego piątego roku życia. Po piąte – podwyższenie minimalnej stawki godzinowej do dwunastu złotych (…) – przekonywała z sejmowej mównicy.

24 lutego minęło 100 dni, a ze sztandarowych obietnic PiS w pełni dotrzymana została zaledwie jedna – 500 zł na dziecko. Z drugą (darmowe leki dla seniorów) udało się w małej części, natomiast kolejna (12 zł brutto stawki godzinowej) jest w trakcie konsultacji społecznych. Z pozostałych rząd coraz częściej i coraz bardziej stanowczo się wycofuje lub, w najlepszym razie, odkłada je w czasie na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Przyjrzyjmy się temu dokładniej.

Najważniejszą z obietnic (która w moim przekonaniu zadecydowała o wyniku wyborów) była deklaracja obniżenia wieku emerytalnego. Świetnie zdawała sobie z tego sprawę Beata Szydło, która w kampanii wyborczej zapewniała, że najważniejsze „co zrobimy bez zbędnej zwłoki, natychmiast, to obniżenie wieku emerytalnego”.

Dzisiaj minister Morawiecki zaprzecza, że „twardego zobowiązania ze strony rządu w tej sprawie nie było i nie potrafi powiedzieć, od kiedy to wejdzie”. Natomiast minister Szałamacha dodaje, że w budżecie na 2016 r. nie ma pieniędzy na obniżenie wieku emerytalnego. Stan rzeczy jest więc taki, że prezydent złożył wprawdzie projekt ustawy, ale Sejm na razie nie planuje prac nad tym dokumentem.

Jeszcze gorzej wygląda realizacja obietnicy 8 tys. zł kwoty wolnej od podatku. W kampanii prezydent Duda zapewniał, że „stosowna ustawa zostanie uchwalona do 30 listopada 2015, by już w 2016 ta kwota wolna od podatku mogła wynosić co najmniej 8 tys. zł, po to, aby więcej pieniędzy zostało w kieszeni rodzin.” Po wyborach minister Morawiecki uznał, że podwyższenie kwoty wolnej od podatku „trzeba w mądry sposób fazować. To znaczy w tym roku, moim zdaniem, nie powinniśmy wdrażać takiego gwałtownego podniesienia.” W odpowiedzi na pytanie, ile może wynieść kwota wolna od podatku dodał: „Może nawet nie 5 tys., może mniej. Należy to bardzo dobrze policzyć.”

Tymczasem wysokość kwoty wolnej zakwestionował wcześniej Trybunał Konstytucyjny i nakazał zmianę przepisów do końca listopada 2016 roku. Dlaczego? Bo zdaniem TK ustalenie kwoty na poziomie nieco ponad 3 tys. zł powoduje, że opodatkowane są dochody niewystarczające na zapewnienie minimum egzystencji, które wynosi ponad 6,5 tys. zł rocznie. Oznacza to, że państwo może pobierać podatki od ludzi zbyt biednych, by samodzielnie się utrzymać. Mimo wyroku TK na razie ani prezydent, ani rząd nie złożyli projektu ustawy w tej sprawie.

Na jednym ze spotkań w trakcie kampanii wyborczej Beata Szydło zapewniała, że „przywiozłam dzisiaj tutaj projekt ustawy, który zwalnia osoby po 75. roku życia z odpłatności za leki.” Po wyborach okazało się, że żadnego projektu nie było, a minister Kowalczyk zgłosił wątpliwości, co do uczciwości jego beneficjentów: „Zdajemy sobie sprawę z tego, że powinno się dać leki wszystkie, tylko, że nie mamy systemu jak na razie, który by zabezpieczał przed nadużyciami. Te nadużycia to kupowanie leków na receptę dla osoby starszej przez całą rodzinę”. W rezultacie rząd przyjął wprawdzie projekt ustawy zakładającej, że osoby, które ukończyły 75 lat nabędą uprawnienia do bezpłatnych leków, ale będą to jedynie specyfiki wymienione w wykazie opracowanym przez ministra zdrowia. W dodatku program darmowych leków wystartuje dopiero w drugiej połowie bieżącego roku. Największym problem są pieniądze. Budżet państwa zakłada, że na darmowe leki można wydać tylko 125 mln zł. To cztery razy mniej, niż chciał minister zdrowia.

*

Cóż wynika z tej konfrontacji obietnic z rzeczywistością? Gdyby premier Beata z okazji swojej studniówki urządzała bal kostiumowy, to powinna wystąpić na nim w stroju Grzesia Kłamczuszka z wierszyka Juliana Tuwima.

Zbigniew Noska

Rzeczpospolita teczek

Przyznaję (i nigdy tego nie kryłem), że nie jestem i nie byłem wielbicielem Lecha Wałęsy. I to nie tylko dlatego, że prawie zawsze stałem po innej niż on stronie barykady. Jestem „wykształciuchem”, takim od pokoleń i nie bardzo mogłem zaakceptować człowieka formatu Wałęsy jako przywódcę ruchu, który zapoczątkował zmiany ustrojowe w Polsce. Pamiętam, jak bardzo irytowały mnie niektóre jego wypowiedzi i zachowania, zarówno te jeszcze z okresu pierwszej „Solidarności”, jak i późniejsze – już prezydenckie. Pamiętam, jak wstydziłem się, zwłaszcza wobec moich zagranicznych znajomych, że mamy tak nieokrzesanego i nieobytego prezydenta. Dlatego także dzisiaj nie mam zamiaru go bronić. Bardziej niż rozważania na temat zdrady Wałęsy interesuje mnie odpowiedź na pytanie: Dlaczego po raz kolejny odżyła Rzeczypospolita teczek? Komu dziś potrzebny jest Bolek?

Dla mnie „Bolek” jest jedną z wielu twarzy Wałęsy. Najpierw był Wałęsa robotnikiem, który przez półtora roku, mając za sobą tłumy, trząsł państwem polskim, doprowadzając je do zapaści gospodarczej i zagrożenia zbrojną interwencją Moskwy. Ten Wałęsa to pośredni sprawca stanu wojennego – eskalując konflikt z ówczesną władzą nie potrafił przewidzieć jej rozpaczliwej reakcji. Zburzył to, co wcześniej zbudował.

Potem był Wałęsa internowany. I znów miał dwie twarze: jedna z rozmów z bratem w Arłamowie, druga Noblisty.

Później był Wałęsa negocjatorem umowy z władzami PRL, który popijał sobie wódeczkę z Kiszczakiem w przerwach tych negocjacji.

Następnie Wałęsa przy pomocy Kaczyńskich zainicjował wojnę na górze, w efekcie której został prezydentem.

Kolejne wcielenie Wałęsy to dobrodziej od „100 milionów” i prezydent, który po przegranych wyborach, postawił kraj na baczność, stawiając premierowi kłamliwy zarzut szpiegostwa.

I na koniec Wałęsa starzejący się, dziwaczejący bywalec płatnych wykładów – coraz bardziej śmieszny.

Między tymi wcieleniami Wałęsy pojawiała się z różnym natężeniem informacja o zdradzie „Bolka. W najbardziej spektakularny sposób wykorzystali ją bracia Kaczyńscy i ich zakon zwany wtedy Porozumieniem Centrum. Najpierw Bolka lansowali na prezydenta wierząc w to, że zza jego pleców będą rządzić Polską, potem, gdy Bolek prezydent odstawił ich na boczny tor, palili jego kukłę podczas demonstracji w Warszawie.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad dwadzieścia lat. W tym okresie Wałęsa w polskiej polityce czynnie nie uczestniczył. Był i jest emerytem. Dlaczego więc teczki z szafy Kiszczaka od tygodnia stanowią przedmiot zainteresowania nie tylko Polaków, ale także niemal całej światowej prasy?

Dla mnie powód jest oczywisty. Przed kilkunastu laty elity III RP postanowiły z Wałęsy zrobić ojca założyciela państwa. Rozdmuchano do granic absurdu jego patetyczną legendę przy okazji fałszując historię. Wykorzystano starego Wałęsę, na co zresztą on – w swej próżności – zgodził się.

W ten sposób Wałęsa stał się symbolem III RP, a tym samym tarczą strzelniczą dla pisowskiej propagandy, która nie od dziś coraz nachalniej lansuje tezę, że III RP to bękart spłodzony przy wódzie, gdzieś, w jakiejś Magdalence i to przez osobników wątpliwej proweniencji. Wśród nich był Lech Kaczyński, ale ten fakt świadomie się pomija. Taki podrzędny twór państwowy z całkowicie nieprawego loża – sądzić można z ubiegło tygodniowych wypowiedzi prezydenta Dudy i ministra Waszczykowskiego – nie może pretendować do godności państwa, narodu tak heroicznego i dumnego jak Polacy. Dlatego – tu pozwolę sobie na złośliwe wykorzystanie literackich mitów – trzeba Polskę zbudować od nowa, na miarę jej ambicji Chrystusa narodów, któremu zawsze najlepiej wychodziło maszerowanie czwórkami do nieba.

Jest jeszcze jeden powód zainteresowania teczkami Bolka. Mamy sporo osieroconych cokołów, na które chcą wspiąć się miernoty i udawać spiżowe postacie. W czasach, gdy odwaga staniała, hieny rzucają się na tych bardziej znaczących. To kolejne wcielenie TKM (Teraz Kurde My) sformułowanej przed laty wytycznej Jarosława Kaczyńskiego. Mnożą się nam więc ojcowie sukcesu, kolejne brygady kombatantów, których na polu bitwy, a nawet w taborach nie było.

I na koniec pozostaje mi zadać jeszcze jedno pytanie: Komu zależało na tym, żeby zrobić taki prezent Prezesowi. Bo że starsza pani Kiszczakowa ma demencję albo się pomyliła, nikt mnie nie przekona. Zrobiła to albo na życzenie męża, albo jego kolegów z dawnych służb. Czyżby stara esbecja aż tak lubiła PiS?

Zbigniew Noska

Bilion Morawieckiego

Tak zwany plan Morawieckiego przedstawiony przed kilkunastu dniami podczas konferencji prasowej po posiedzeniu rządu Beaty Szydło spotkał się z krytyczną oceną środowisk biznesowych oraz znanych polskich ekonomistów. Najwięcej kontrowersji budzi kwestia jego finansowania – bilion, o którym mówił wicepremier.

Wliczono do niego między innymi depozyty przedsiębiorstw sięgające ponad 200 mld zł. Tyle rzeczywiście polskie przedsiębiorstwa na depozytach trzymają, tyle że decyzja o tym, co zrobić z wypracowanym kapitałem, który znajduje się w danym momencie na koncie bankowym przedsiębiorstwa, należy do jego właściciela. To on ocenia, czy warto sięgnąć po te środki, czy warto je inwestować w jakiś program, czy nie. Dziwi więc, że ktoś angażuje takie niepewne pieniądze we własny program. To ryzykowne.

Druga sprawa to doliczanie do tego biliona nadpłynności sektora bankowego. Mowa tu o 90 miliardach złotych. Sektor bankowy kupuje bony pieniężne NBP, nisko zresztą oprocentowane, kiedy nie ma bardziej atrakcyjnych projektów na wykorzystanie tych środków. Można jednak zakładać, że jeśli pojawią się w gospodarce wiarygodne podmioty z obiecującymi programami inwestycyjnymi, to banki im chętnie pożyczą pieniądze zamiast zagospodarowywać nadpłynność w ramach planu Morawieckiego. To kolejne miliardy, które nie są pewne.

W obu tych wypadkach – sięgając do mądrości ludowej – Morawiecki dzieli skórę na niedźwiedziu.

*

Największa część biliona Morawieckiego, bo stanowiąca blisko jego połowę to środki unijne. Dokładnie chodzi o 480 mld zł wraz z wkładem krajowym. Problemem już poprzedniej perspektywy unijnej było to, że wprawdzie Polska wykorzystywała te środki bardzo dobrze, ale to wymagało dofinansowania, które na bieżąco obciążało budżet. Tak więc o pełnym wykorzystaniu tych pieniędzy można będzie mówić tylko wtedy, kiedy jednocześnie wskaże się sposoby na ograniczenie deficytu budżetowego na innych obszarach niż inwestycje. Morawiecki o tym nie mówi. Więcej, aprobuje populistyczne programy z kampanii wyborczej prowadzące do powiększania deficytu budżetowego i długu, a nie jego zmniejszania.

W tej sytuacji nie dziwią czarne scenariusze niektórych ekonomistów, którzy mówią o przekroczeniu progu 3 proc. i wprowadzeniu procedury nadmiernego deficytu przez Unię, co w dalszej perspektywie może doprowadzić nawet do wstrzymania środków unijnych.

Wszystko wskazuje więc na to, że na razie Morawiecki nie ma biliona na sfinansowanie swojego planu. Jeśli bowiem weźmie się pod uwagę tylko dwie pierwsze pozycje, o których pisałem, okaże się, że co najmniej jedna trzecia budżetu planu Morawieckiego stoi pod wielkim znakiem zapytania. A w połowie wydaje się on opowieścią o środkach, do których nie ma łatwego dostępu.

*

„Mamy dom z dziurawymi, nieszczelnymi oknami i cieknącą kanalizacją, a obiecujemy wybudować wielki taras z przepięknym widokiem. Co najmniej jedna trzecia budżetu planu Morawieckiego stoi pod wielkim znakiem zapytania.” Tak zrecenzował plan Morawieckiego jeden z wybitnych polskich ekonomistów prof. Dariusz Filar. I trudno się z nim nie zgodzić.

Zbigniew Noska

Pasztet dla chłopów

Już ponad miesiąc na stronach internetowych ministerstwa rolnictwa znajduje się projekt ustawy „o ziemi”. Nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie dziennikarze Gazety Wyborczej, którzy ją dość szczegółowo zanalizowali.

Ministerstwo przygotowało ten projekt, bo 1 maja kończy się 12-letni okres ochronny na zakup ziemi rolnej przez cudzoziemców. Chodziło więc o wydłużenie tej ochrony na kolejne lata i o obsesyjny strach rządzących przed tym, że „Niemcy nas wykupią”.

Równocześnie Krzysztof Jurgiel, minister rolnictwa, zawiesił przetargi na sprzedaż ziemi z zasobów ANR. Wszystko to rzekomo w interesie polskiego rolnika.

Tymczasem jeśli wczytać uważnie się w proponowane w projekcie zapisy prawne są one dla rolników niekorzystne. Projekt bowiem zamraża na pięć lat sprzedaż ziemi rolnej z zasobów skarbu państwa. Będzie można ją tylko na te pięć lat wydzierżawić. Przy okazji ustawa wprowadza też jako górny pułap wielkości gospodarstwa 300 ha. Czyli jeśli ktoś ma już tyle, to nie może powiększyć gospodarstwa, kupując ziemię od Agencji Nieruchomości Rolnej. To uderza w najlepsze polskie gospodarstwa, te najbardziej produktywne, bo nie pozwala im na dalszy rozwój.

Ustawa wprowadza też szereg ograniczeń dla nabywcy ziemi. Musi on przynajmniej pięć lat mieszkać w gminie, na której terenie jest położona dana działka, samodzielnie prowadzić gospodarstwo i zobowiązać się, że będzie je prowadził przez kolejne 10 lat. W ten sposób ekonomicznie przywiązuje chłopa do ziemi – jak za czasów pańszczyźnianych.

Prawo pierwokupu swojej ziemi stracą byli właściciele ziemscy i ich spadkobiercy.

Ustawa nadaje ogromne uprawnienia Agencji Nieruchomości Rolnej, która będzie mogła ingerować w obrót ziemią wedle dowolnie ustalonych kryteriów. Może „odmrozić” jakieś państwowe gospodarstwo i je sprzedać. Ale może też ingerować w każde przeniesienie prawa własności prywatnej, w tym przejęcie w spadku po rodzicach ziemi czy przekazanie darowizny. Jeśli Agencja się nie zgodzi na przekazanie ziemi np. spadkobiercom, będzie mogła ją nabyć po cenie przez siebie ustalonej. Jest to zamach na chłopskie prawo do własności.

Jakie będą ekonomiczne konsekwencje takiej ustawy? Pomysł dawania w dzierżawę ziemi na pięć lat jest idiotyczny. Nikt, kto weźmie ją na tak krótki okres, nie zainwestuje w ziemię, bo mu się to nie opłaci. Będzie ją jedynie niemiłosiernie eksploatował. Ustawa ta sprawi, że państwo, tak jak za komuny, przejmie pełną kontrolę nad obrotem ziemią. Agencja stanie się bowiem największym w Europie pośrednikiem w handlu ziemią. Już od paru miesięcy – po wspomnianym tu „zawieszeniu” Jurgiela – nie ma praktycznie obrotu ziemią, a ceny nie rosną Kiedy w życie wejdzie ustawa, dojdzie do ich załamania, co oznacza między innymi kłopoty z zaciąganiem kredytów na inwestycje w gospodarstwie.

Stanisław Żelichowski, były poseł PSL znany ze swego ciętego języka tak ocenia ten projekt ustawy (cytuję za GW):

– Coraz więcej jest na wsi ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, rośnie ich frustracja. Była wina, musi być i kara – ludzie sami muszą się przekonać, jak bardzo zbłądzili, głosując na PiS. Nie ma co tego procesu przyspieszać, samo pęknie.

*

Na miejscu posła Żelichowskiego nie cieszyłbym się przedwcześnie. Ustawa jest na razie projektem, do jej uchwalenia jeszcze daleko, choć konsekwencje zamrożenia obrotu ziemią już są widoczne. Na razie większość rolników nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki pasztet PiS im szykuje, choć z każdym dniem plotek o nowej ustawie jest coraz więcej.

Na wsi mówią, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Ustawa proponowana przez Jurgiela zdaje się to przysłowie potwierdzać.

Zbigniew Noska