Walka o „smoleńską” kość.

Już niebawem obchodzić będziemy szóstą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Warto więc odnieść się do tego wydarzenia, które po zwycięstwie PiS w ostatnich wyborach nabrało nowego wymiaru. Podkreślają to komentatorzy i Internauci, którzy piszą wręcz o „cichym terrorze smoleńskim”. Powodów formułowania tak kontrowersyjnych opinii jest przynajmniej kilka.
Rok temu biegli powołani przez prokuraturę odczytali nowe istotne dla przebiegu wydarzeń w kokpicie fragmenty rozmów i rozpoznali na „ścieżce dźwiękowej” tupolewa głos gen. Andrzeja Błasika ówczesnego dowódcy lotnictwa.
Biegli ci (Robert Latkowski i Andrzej Artymowicz) – jak informuje Newsweek – zostali narażeni na cichy terror policji, która o poranku weszła do ich mieszkań, zarekwirowała komputery, a ich samych kilka godzin przesłuchiwała. Pytano ich o to, kto zidentyfikował głos gen. Błasika.
Artymowicz i Latkowski to nie jedyni eksperci smoleńscy, u których była policja. „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że w lutym doszło do przeszukania w domu dr. hab. Adama Tarnowskiego, naukowca z Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej. To kolejny współautor stenogramu, w którym znalazły się słowa przypisane nieżyjącemu dowódcy Sił Powietrznych.
Spór o gen. Błasika trwa od 2010 roku. Najpierw jego obecność w kokpicie publicznie zasugerował polski akredytowany płk Edmund Klich. Później te informacje znalazły się w raportach MAK oraz komisji Jerzego Millera. W grudniu 2011 roku pojawiła się ekspertyza krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, która nie potwierdziła obecności głosu generała. Ostatnia z opinii biegłych (jej współautorami są Artymowicz, Latkowski i Tarnowski) stwierdza, że dowódca sił powietrznych znajdował się w kabinie w ostatniej fazie lotu i przypisuje mu następujące słowa: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku” (przy tej wypowiedzi umieszczono znak zapytania – PAP), „Po-my-sły!” i „zmieścisz się śmiało”. Generał miał też w ostatniej fazie lotu podawać wysokość, na jakiej znajduje się samolot – o godzinie 8:40:24 – „230 metrów” oraz 8:40:42 – „100 metrów”.
Te słowa gen. Błasika otwierają pole do niebezpiecznych dla PiS spekulacji. Bo gdyby przeanalizować wydarzenia na osi czasu, to okazałoby się, że najpierw odbyła się telefoniczna rozmowa prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim, a kilka minut później generał pojawił się w kokpicie. W sensie procesowym to oczywiście żaden dowód, ale politycznie to bardzo grząski grunt.
W marcu tego roku w aktach śledztwa smoleńskiego były już wszystkie ekspertyzy: stenogramy nagrań, opinie psychologiczne i analiza sytuacji w kokpicie. Według biegłych zachowanie generała miało wpływ na decyzje załogi i mogło się przyczynić do rozbicia samolotu. Dla PiS, które od kilku lat lansuje teorię zamachu, to kłopot, bo ekspertyzy są ważnym dowodem w sprawie. Reakcja więc była błyskawiczna. Nowy prokurator generalny Zbigniew Ziobro powołał nowy zespół śledczych i wespół z szefem MON wyciągnął konsekwencje wobec tych, którzy do tej pory pracowali przy Smoleńsku. Kilku prokuratorów wojskowych związanych z śledztwem smoleńskim skierowano do odległych jednostek (między innymi do Hrubieszowa i Bartoszyc).
– Są przede wszystkim żołnierzami zawodowymi i w związku z tym, oprócz pełnienia funkcji prokuratora muszą być dyspozycyjni, stosownie do zadań stawianych im przez ministra obrony narodowej – cynicznie wyjaśnił ich „zesłanie” Bartłomiej Misiewicz, nowy rzecznik ministra obrony narodowej.
*
Ofiarą ” smoleńskiego terroru padł także film pt. „Smoleńsk” Antoniego Krauzego. Po raz kolejny przesunięto datę jego premiery. Powód wydaje się oczywisty. Film w obecnym kształcie nie spodobał się prezesowi. Jarosław Kaczyński ponoć wyszedł w połowie z pokazu ze słowami „to nie tak było”. Twórcy filmu odwołanie tłumaczą usterkami technicznymi, ale nowej daty premiery nie podano.
W środowisku zawsze dobrze zorientowanych warszawskich dziennikarzy plotkuje się, że wszystkie te „smoleńskie perturbacje” spowodowane są przez dwa buldogi PiS, które walczą pod dywanem. Te buldogi to Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro. Obaj powołali dwa zespoły od Smoleńska konkurujące z sobą. Wykładnia Macierewicza została już ogłoszona: „Polska padła 10 kwietnia 2010 ofiarą terroryzmu”. Druga Ziobry została jedynie mglisto zaprezentowana przez jego zastępcę Patryka Jakiego w opozycji do Macierewicza: „To bardzo daleko posunięta teza. Nie dysponuje żadnymi dowodami w tej sprawie.”
Buldogi walczą o smoleńską kość. Co z niej wydostanie się spod dywanu, zadecyduje prezes. W każdym razie muszą katastrofę kroić pod tezę, że Lech Kaczyński był wybitnym mężem stanu i pomnik mu się należy.
Zbigniew Noska
www.noska.pl

Patologie związkowe

Związki zawodowe w Polsce nie mają najlepszej opinii. Ich przywileje są bowiem niewspółmierne do roli, jaką pełnią w życiu pracowników, których interesów powinny bronić. Dlatego od czasu do czasu pojawiają się inicjatywy ustawowego ograniczenia ich roli. Ostatnio z taką propozycją wystąpiła Nowoczesna Ryszarda Petru, która przygotowała projekt ustawy „o likwidacji przywilejów związków zawodowych”. Zakłada on zniesienie obowiązku wynagradzania przez pracodawcę pracownika za okres sprawowania przez niego funkcji związkowych, obowiązku udostępniania związkom pomieszczeń firmowych i automatycznego pobieranie składek związkowców przez pracodawcę, a także obowiązek upublicznienia sprawozdań finansowych z działalności związków zawodowych.

Od lat szczególnie kontrowersyjnym problemem jest finansowanie związków zawodowych. Skądinąd wiadomo, że związkowi bonzowie zwłaszcza w górnictwie i energetyce pobierają wysokie pensje i korzystają z przywilejów oraz świadczeń należnych jedynie zatrudnionym w trudnych i niebezpiecznych dla zdrowia warunkach.

Oczywiście nie wszędzie tak się dzieje. Obowiązek finansowania przez pracodawcę pełnego etatu związkowego zaczyna się dopiero od liczby 150 pracowników zrzeszonych w związku danej firmy – jeśli jest ich mniej, pracodawca finansuje odpowiednio mniejszą liczbę godzin pracy, którą pracownik wykonuje nie dla niego, ale na potrzeby działalności związkowej.

Projektodawcy ustawy nie negują potrzeby istnienia etatów związkowych, wskazują tylko, że w bardzo wielu krajach, gdzie związki są nie tylko wpływowe, ale też powszechnie szanowane, jak np. w Niemczech, etaty te utrzymuje się w 100% ze składek.

W Polsce już od lat związki są w pozycji defensywnej, więc reguła ich finansowania przez pracodawców to pośrednia forma wsparcia wyraźnie słabszej strony przez państwo. Pracodawcy za to mogą włączać koszty swojej działalności w reprezentujących ich związkach pracodawców do kosztów uzyskania przychodów. Wedle danych GUS koszt tych odliczeń to około 80 milionów złotych. Pozostaje jeszcze pytanie, ile kosztują pracodawców wszystkie etaty związkowe? O konkretnych sumach mówi się jedynie w przypadku wyjątkowo silnie uzwiązkowionego sektora górnictwa – projektodawcy ustawy piszą nawet o koszcie rzędu 5% strat sektora. Danych z innych branż nie ma, bo … należałoby ujawnić informacje o wynagrodzeniach pracowników etatowych, czego akurat nie życzą sobie ani pracodawcy, ani sami związkowcy.

Inny problem występuje w małych przedsiębiorstwach. Kłopotem jest tu nie tyle wynagrodzenie działacza, ile w ogóle możliwość założenia związku zawodowego. Projektodawcy ustawy wskazują, że uzwiązkowienie w Polsce spada, podobnie jak zaufanie do nich. I że konieczność samofinansowania się ze składek im tylko pomoże, bo zachęci związkowców do aktywniejszej walki o przyciągnięcie swej bazy.

To tylko część prawdy. Uzwiązkowienie w Polsce spada przede wszystkim w związku ze zmianami modelu gospodarki: z większym zatrudnieniem w sektorze usług i z mobilnością na rynku pracy. Polskie prawodawstwo, tzn. ustawa z 1991 roku, odzwierciedla przy tym dość anachroniczną już strukturę gospodarki: skoncentrowany przemysł, duże zakłady pracy i stabilne, długookresowe zatrudnienie.

Na te ogólne trendy kapitalizmu nakłada się swoiście polskie upolitycznienie. Związki zawodowe antagonizują bowiem swoją bazę poprzez różne uwikłania ideologiczne spoza problematyki pracy. To dotyczy zwłaszcza NSZZ „Solidarność”, choć i OPZZ ludzie kojarzą z określoną opcją partyjną.

*

Piętnując patologiczne zjawiska w polskich związkach zawodowych nie wolno jednak zapominać, że w demokratycznym państwie mają one szczególną rolę do spełnienia. Przecież dialog społeczny między pracodawcami a pracownikami to istota kapitalistycznej demokracji tak ze względu na liczebność i reprezentatywność jego uczestników, jak i jego przedmiot, tzn. stosunki pracy, które określają bardzo istotną część naszego życia.

Zbigniew Noska

Nie chodzi tylko o gacie

Może się mylę, ale obecnie nie ma w Europie drugiego kraju, w którym by tak podzielono obywateli. Kwintesencją tego podziału jest zdanie, jakie usłyszałem ostatnio od mojej córki. Oto stwierdziła ona, że pytała mnóstwa swoich znajomych i nikt z nich nie głosował na PiS. Sądzę, że córki wielu innych Polaków zwłaszcza z rodzin osiadłych na Podkarpaciu i na tak zwanej „wschodniej ścianie” mogłoby się żachnąć i powiedzieć, że one z kolei nie znają nikogo, kto głosował na PO.

I tu jest pies pogrzebany. Jesteśmy podzieleni do tego stopnia, że żyjemy w innych światach, a granica między nami przebiega (upraszczając) na Wiśle, że ze sobą nie tylko nie rozmawiamy, ale nawet nie próbujemy rozmawiać

*

Podziały w naszym społeczeństwie były zawsze. II Rzeczpospolita z perspektywy lat może nam jawić się jako państwo dosyć jednorodne, tymczasem ono było pęknięte na pół co szczególnie widoczne było po klęsce wrześniowej. Piłsudczycy byli wówczas rozliczani przez nie piłsudczyków, a przybierało to niekiedy żałosną formę. Oto incydent, o którym wspomina w jednym ze swoich felietonów Grzegorz Miecugow. Dwóch oficerów – pułkownik Matuszewski i major Rajchman – podjęli się zadania wywiezienia z Warszawy kilku ton złota Banku Polskiego i Funduszu Obrony Narodowej. Po niezwykle emocjonującej podróży przez Rumunię, Turcję i Egipt samochodami, koleją i statkami oficerowie owi dowieźli skarb do Francji. I oto po całej eskapadzie, zasługującej na nakręcenie o tym przygodowego filmu, zakwestionowano niektóre rachunki przedstawione przez obu oficerów, w tym rachunek za lemoniadę dla tragarzy w jednym z portów oraz rachunek za środki przeciwbólowe kupione w Rumunii. Matuszewski i Rajchman byli piłsudczykami, rozliczający ich w Paryżu oficerowie nie.

Inny przykład. Po podpisaniu porozumienia ze Stalinem z łagrów zaczęto wypuszczać polskich żołnierzy, z których Anders utworzył swoją armię. Ambasadorem Polski w Moskwie był Stanisław Kot nienawidzący Piłsudskiego. Gdy do ambasady docierali wycieńczeni żołnierze, dostawali tam nie tylko jedzenie i dokumenty, ale także i ciepłą bieliznę. Ale nie wszyscy. Dwaj bracia Piłsudskiego nie dostali ciepłych gaci, bo pisemnie zabronił im je dać sam ambasador Kot.

*

Współczesna polsko – polsko wojenka wywołana przez wyrastające z solidarnościowego pnia partie ma wymiar znacznie poważniejszy niż ów spór o gacie. W ciągu kilku miesięcy rządów PiS – u podział ten zarysował się do tego stopnia, że na ulicę wyszli ludzie, którym by wcześniej do głowy nie przyszło żeby demonstrować. Wielu znam osobiście. To nie są ludzie, którzy lubią maszerować w tłumie i skandować hasła. To, co ich skłoniło do wyjścia na ulicę, to utrata poczucia bezpieczeństwa. Zarówno Ci, którzy organizują się w KOD -ach, jak i Ci, którzy pozostają w domach, ale nie popierają tego, co robi PiS, boją się o swoją przyszłość. I nie chodzi tu o jakiś prezesów, czy innych bogaczy, którzy utracili swoje stanowiska i wpływy. To zwykli ludzie, najczęściej inteligenci i przedstawiciele tak zwanej klasy średniej, którzy od rzeczywistości oczekują tylko świętego spokoju, stabilnej złotówki, dobrego prawa i tego, żeby nie odepchnięto ich kraju od Zachodu w kierunku putinowskiej Rosji.

Po drugiej stronie barykady znajduje się „lud pisowski”. Posługuje się on okaleczonym obrazem świata wyrażonym specyficznym językiem, który charakteryzuje kilka pozytywnych określeń odnoszących się do poczynań PiS oraz szeroki wachlarz inwektyw stosowanych wobec przeciwników. Po stronie tego, co PiS przywołuje jako dobre, górują: dobra zmiana, naród, polskość, jedność, tradycja, wola większości, wspólnota. Wyłania się z tego przekazu wizja rzeczywistości, w której władza ma ujednolicić zbiorowość, podporządkowując ją sobie i słusznej tradycji. PiS nie mówi o wolności jednostek, ich prawa do inności i godności. Tak jak nie ma u nich miejsca dla mniejszości. Bo mniejszość w światopoglądzie PiS to nie bogactwo, lecz zagrożenie dla władzy i jedności narodu. PiS tworzy więc jednobarwny świat, w którym przemykają czarne cienie wrogów: genetycznych zdrajców, pasożytów, łajdaków odsuniętych od koryta i idiotów zwiedzionych przez tę zgraję.

*

Pesymiści wieszczą, że skoro przez dekadę postsolidarnościowi politycy konsekwentnie budowali w Polsce dwa wrogie sobie plemiona, to musi w końcu nadejść moment, gdy skoczą one sobie do gardeł.

Ja w swej naiwności wierzę ciągle, że oba te plemiona są w stanie się dogadać. Jest wiele nienawiści, wiele plucia na siebie inspirowanego przez polityków, ale wszyscy mamy jeden cel. Jest nim zamożna Polska, lubiana i szanowana w Europie oraz na świecie.

Zbigniew Noska

Lustracja historii

Kilka tygodni temu pisałem o żołnierzach wyklętych, których dokonania z upodobaniem fetuje obecna władza. Zalecałem ostrożność w formułowaniu jednoznacznych opinii, albowiem wśród bohaterów „walk z komuną” w latach czterdziestych XX wieku było także wielu zwykłych bandziorów, którzy mordowali cywilów w tym także dzieci. Nie umniejsza to zasług prawdziwych bohaterów tamtych lat jak choćby rotmistrza Pileckiego, ale jest przestrogą dla tych, którzy polską historię widzą w biało – czarnych kolorach lub patrzą na nią, przez „polityczne okulary”.

Nie sądziłem wtedy, że będę musiał tak szybko do tego tematu powrócić. PiS bowiem po sparaliżowaniu demokracji i przejęciu pełni władzy nad aparatem ucisku oraz publicznymi mediami zabrało się za lustrację najnowszej historii Polski, w efekcie czego pojęcie „żołnierzy wyklęci” nabiera nowego znaczenia.

Oto Sławomir Cenckiewicz, pełnomocnik ministra obrony narodowej ds. reformy archiwów wojskowych i dyrektor Centralnego Archiwum Wojskowego zaatakował pamięć żołnierzy I i II Armii Wojska Polskiego.

– Naszą chlubą – mówi w rozmowie z Polską Zbrojną – jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża. Ale nawet z LWP musimy wydobyć to, co może być dzisiaj dla nas powodem do dumy, np. historie płk. Ryszarda Kuklińskiego i ks. Jerzego Popiełuszki, przymusowo wcielonego do armii w ramach represji wobec polskiego duchowieństwa. Przez ten pryzmat jesteśmy w stanie ukazać prawdziwy charakter LWP. Chcę, by współcześni badacze napisali jego historię od nowa, ukazując szlak bojowy armii Berlinga, przymusowe branki wcielanych do 1 i 2 Armii WP żołnierzy Armii Krajowej.

W tym miejscu trzeba przypomnieć, że PiS pracuje nad nową ustawą o IPN, a po zapowiadanej w niej reformie tej instytucji nowym szefem ma zostać właśnie Sławomir Cenckiewicz. Ustawy jeszcze nie ma, ale MON już podjął działania mające zakłamywać historię wojska polskiego, a IPN zapowiedział lustrację izb pamięci w jednostkach wojskowych. Przypomnijmy też, że MON niedawno zerwał współpracę ze Związkiem Żołnierzy WP, którego członkowie w większości służyli w armii przed 1989 r.

Po tej „czystce” „żołnierzami wyklętymi” zostaną zapewne weterani I i II Armii WP oraz powojennego LWP.

*

Słowa Cenckiewicza padają w wyjątkowo niefortunnym momencie. Nie przystoi, aby 71 lat po krwawych bitwach o Wał Pomorski i Kołobrzeg dzielić krew polskich żołnierzy. Szczególnie, że żyją jeszcze osoby, które piekło tych walk przeżyły.

Warto też pamiętać, że pod koniec wojny wojsko polskie uznające polityczne zwierzchnictwo rządu warszawskiego liczyło 450 tys. osób. Żołnierze ci wzięli udział w zdobyciu Berlina, walczyli o wyzwolenie Warszawy oraz Gdańska. Była to najliczniejsza polska formacja zbrojna w czasie II wojny światowej po wrześniu 1939 roku.

Zgadza się, że nie przynieśli Polsce pełnej wolności, bo szli u boku żołnierzy radzieckich, którzy sami nie byli wolni. To prawda, że Polska po 1945 roku nie była państwem suwerennym, ale wojsko polskie idące ze Wschodu ocaliło Polaków przed hitlerowską zagładą i dlatego weteranom spod Budziszyna i spod Berlina należy się szacunek.

*

„Widziałem wszystkie stare zbrodnie świata, ubrane w szaty świeże” mówi hrabia Henryk do Pankracego w „Nieboskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego. O ile wiem, utwór ten wypadł z kanonu lektur szkolnych i dlatego wątpię, by ktoś pamiętał okoliczności, w jakich padła ta tragiczna konstatacja. Dla mnie – człowieka, który znaczną część swojego życia przeżył w PRL, a dziś z uwagą obserwuje „dobrą zmianę” serwowaną Polakom przez nową władzę mają one wymiar proroczy. I nie tylko ja widzę wyraźną analogię między Polską rządzoną przez Bolesława Bieruta i Władysława Gomułkę a IV RP Jarosława Kaczyńskiego.

Zbigniew Noska