Jak Polak z Polakiem

Nie lubię używać określeń zawierających negatywne emocje. Uważam to za nieprofesjonalne. Ale czasem trudno się powstrzymać zwłaszcza w sytuacji, gdy mam do czynienia z oczywistym naigrywaniem się z mojej i moich rodaków inteligencji. Dlatego tym razem nie napiszę, że Pani Premier mijała się z prawdą, wygłaszając takie oto zdanie:

– Każdy w Polsce zasługuje na rozmowę, na to, aby go wysłuchać. Obowiązkiem polityków jest słuchanie Polaków. Jeśli będziemy potrafili ze sobą rozmawiać, szanować swoje zdanie, to wszystko pójdzie w tym kierunku, o którym marzą dziś Polacy – to powiedziała Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, wsiadając do autokaru, którym ruszyła w Polskę z kampanią wyborczą. Kłamała.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Polacy jak nigdy dotąd tłumnie oczekują od Pani Premier rozmowy. Demonstrują, piszą apele, listy, zbierają podpisy pod petycjami. Apelują polscy sędziowie, dziennikarze, artyści, naukowcy. Głos zabierają nasi sojusznicy z Unii Europejskiej i NATO. Na nic.

Rząd albo milczy, albo obraża tych, którzy chcą z nim rozmawiać. Ujmując rzecz dosadnie – ma ich w d..ie. czyli tam, gdzie ma wszystkich Polaków poza swoimi zwolennikami.

W miniony poniedziałek ukazał się list, którego sygnatariuszami byli między innymi trzej byli polscy prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Zaapelowali w nim do wszystkich Polaków o kierowanie się w codziennej pracy i działaniu porządkiem prawnym zgodnym z Konstytucją, a także do polityków opozycji o współdziałanie w obronie państwa prawa oraz swobód obywatelskich.

„Próba stworzenia przez PiS porządku własnego jest uzurpacją władzy. Wzywamy polityków obozu rządzącego, którym drogie są państwo i demokracja, do odmowy udziału w ich niszczeniu. Przypominamy, że za łamanie Konstytucji winni poniosą odpowiedzialność” – napisali autorzy listu.

W liście padają mocne słowa pod adresem rządzących, którzy – zdaniem sygnatariuszy – „wybrali konfrontację ze wspólnotą euroatlantycką”. Z wiarygodnego, cenionego partnera w Unii i NATO, Polska stała się „państwem specjalnej troski”.

Zdaniem sygnatariuszy listu najbliższe miesiące zadecydują o losie praworządności i demokracji w Polsce. „Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza zejść z drogi niszczenia porządku konstytucyjnego, paraliżowania pracy Trybunału Konstytucyjnego i całej władzy sądowniczej. Parlament pracuje pod dyktando niewielkiej większości lekceważąc argumenty i interesy mniejszości”. W konkluzji autorzy listu uważają, że Polska zmierza do autorytaryzmu i izolacji w świecie i dla powstrzymania tej tendencji niezbędna jest pełna mobilizacja społeczeństwa i środowisk opozycji oraz wypracowanie programu wspólnego działania na rzecz obrony demokracji.

Pani Premier odpowiedziała na list z charakterystyczną dla polityków swej partii arogancją. – Ci panowie, którzy podpisali się pod tym listem uważają, że to oni są demokracją, a ja uważam inaczej. Demokracja polega na tym, że obywatele dokonują w wolnych wyborach wyborów tych, którzy mają w ich imieniu sprawować rządy. I dokonali Polacy takiego wyboru.

– Ci, którzy stracili władzę, uważają, że oni są demokracją. To pokazuje sposób myślenia sygnatariuszy listów. Oni nie chcą zgadzać się z wyborami Polaków – kontynuowała Szydło.

Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że Pani Premier znowu skłamała. Ani prezydent Kwaśniewski, ani premier Cimoszewicz, ani minister Olechowski nie stracili władzy, bo nie uczestniczyli w ostatnich wyborach. Inni sygnatariusze listu jak choćby Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk czy przychylny dotąd PiS – owi Ryszard Bugaj od dawna nie są czynnymi politykami.

Jeszcze bardziej mi przykro z tego powodu, że premier polskiego rządu nie wie, czym jest demokracja.

Prawdziwa demokracja to nie tylko wola większości wyrażona w wyborach parlamentarnych. Aby działała, przestrzegana musi być konstytucja i prawa mniejszości. Jeśli Pani Premier tych ograniczeń nie rozumie, to muszę jej przypomnieć, że w 1933 roku Hitler doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów, by w kilka miesięcy później zdelegalizować wszystkie partie i stworzyć system totalitarny, którego skutki odczuli nie tylko Niemcy, ale cała ówczesna Europa.

Pamiętam czasy, kiedy Polaków podziwiano za to, że potrafimy z sobą rozmawiać, mimo dzielących nas różnic i komunistycznych zaszłości. Dziś w „pisowskiej demokracji” Polak z Polakiem nie rozmawiają. Warczą na siebie.

Zbigniew Noska

 

Bat na chłopa

Tydzień temu pisałem o bublach legislacyjnych, które rząd Beaty Szydło przepchnął przez parlament i które w ten sposób stały się obowiązującym prawem. Ponieważ temat ten zainteresował moich czytelników, w tym – jak zawsze – również hejterów traktujących każdą decyzję PiS jak prawdę objawioną, dziś kilka słów o projektach ustaw „dobrej zmiany”, które wejdą w życie wkrótce, a także o pomysłach legislacyjnych, które przybierają coraz bardziej realne kształty.

W poprzednim felietonie pisałem o ustawie o obrocie ziemią rolną, która nie tylko sprzeczna jest z traktatem akcesyjnym, ale ma także lukę prawną pozwalającą łatwo ją obejść. Bardzo podobna do niej jest nowelizacja przepisów o lasach, która wprowadza podobne restrykcje, a co za tym idzie, także naraża Polskę na sankcje ze strony Brukseli. Proponowane w niej przepisy nie tylko dają Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych prawo pierwokupu prywatnych lasów, ale też możliwość zakwestionowania ustalonej przez prywatnych właścicieli kwoty transakcji. Gdy nadleśniczy uzna, że cena sprzedaży „rażąco odbiega od wartości rynkowej”, może wystąpić do sądu z wnioskiem o określenie ceny. Projekt nowelizacji pozwala łatwo te restrykcje obejść. W ogóle bowiem nie ogranicza obrotu udziałami lub akcjami w spółkach będących właścicielami gruntów leśnych.

Z kolei szykowana przez Ministerstwo Środowiska nowelizacja prawa wodnego może doprowadzić do bankructwa hodowli ryb w Polsce, Wszystko przez planowaną radykalną podwyżkę opłat za wodę, która ma nie tylko zmusić Polaków do oszczędzania wody, ale także przynieść budżetowi dodatkowe 4 mld zł wpływów. Autorzy projektu ustawy nie przewidzieli jednak skutków pobierania wysokich opłat za wodę od hodowców ryb.

Ziemowit Pirtań właściciel Gospodarstwa Rybackiego PSTRĄG TARNOWO koło Piły, a równocześnie członek zarządu Stowarzyszenie Producentów Ryb Łososiowatych ostrzega:

– Przeprowadziłem analizy ośmiu gospodarstw rybackich. Z moich wyliczeń wynika, że opłaty za wodę przekroczyłyby ich roczne przychody. Podkreślę: przychody, nie zyski. Kwoty opłat proponowane przez Ministerstwo Środowiska są absurdalne. (…) Rozumiemy, że rząd chce zacząć oszczędzać wodę. Tylko że gospodarstwa rybackie jej nie zużywają. Ona jest dla nas tylko miejscem bytowania. To mniej więcej tak, jakby od hodowcy bydła albo trzody chlewnej zacząć pobierać opłaty za powietrze, w którym zwierzęta się poruszają.(cytuję za portalem money.pl)

Posłom PiS nie podobają się obowiązujące w Polsce przepisy regulujące zasady budowy farm wiatrowych. Uznali je za zbyt liberalne i postanowili napisać ustawę, która jest tak restrykcyjna, że zagraża istnieniu całej branży energetyki wiatrowej w Polsce.

Autorzy projektu ustawy postanowili bowiem, że odległość pomiędzy elektrownią wiatrową a najbliższymi zabudowaniami mieszkalnymi (oraz obszarami cennymi przyrodniczo) ma wynosić co najmniej dziesięciokrotność całkowitej wysokości wiatraka. W praktyce oznacza to, że turbiny wiatrowe będzie można stawiać nie bliżej niż 1,5-2 km od domów.

Co istotne, zasada ta działałaby także w drugą stronę – domów mieszkalnych nie wolno byłoby budować w mniej niż 1,5 km od istniejących wiatraków. W przypadku wielu miejscowości ustawa zarówno zablokowałaby możliwość rozwoju energetyki wiatrowej, jak i poważnie ograniczyłaby możliwości budowy nowych domów mieszkalnych. Jeśli projekt ten wejdzie w życie, to z możliwości lokalizowania elektrowni wiatrowych wykluczone zostanie ponad 99 proc. powierzchni Polski.

*

Wszystkie te niezbyt mądre pomysły legislacyjne PiS dziwnym zbiegiem okoliczności uderzają w polską wieś zwłaszcza tę nowocześniejszą. Czyżby miały one być swoistym batem na światłych rolników z zachodniej Polski, którzy w przeciwieństwie do podkarpackich i tych z tzw. ściany wschodniej są mniej entuzjastycznie nastawieni do rządów PiS?

Zbigniew Noska

Buble prawne rządu PiS

Podczas kampanii wyborczej PiS obiecywało wprowadzenie nowej jakości rządzenia, a premier Beata Szydło w expose zapowiedziała „zmiany odnoszące się do procesu legislacyjnego, który trzeba zabezpieczyć przed błędami”. Od wyborów minęło kilka miesięcy, które szybko zweryfikowały te obiecanki. Znaczna część uchwalonych w tym czasie aktów prawnych ma wady Są – nazywając rzecz po imieniu – zwykłymi bublami. Dziennikarze portalu money.pl znaleźli aż jedenaście takich ustaw, ja w swoim felietonie, ze względu na jego ograniczoną objętość, powołam się na dwa przykłady.

Zacznę od ustawy, którą politycy PiS uważają za największy swój sukces – chodzi o program 500 plus.

Gdy państwo rozdaje obywatelom pieniądze, bardzo trudno jest tak skonstruować przepisy, by skutecznie wyeliminować różnego rodzaju nadużycia. Nic dziwnego więc, że program 500+, który ledwo ruszył, już rodzi różnego rodzaju patologie. Jak się okazuje w pewnych sytuacjach jednemu z rodziców opłaca się rzucić pracę, ponieważ więcej zyska, nabywając w ten sposób nie tylko prawo do świadczenia 500+, ale również prawo do świadczeń rodzinnych. Przy odrobinie szczęścia i dobrej znajomości przepisów, wybierający bezrobocie rodzic może także „załapać się” na zasiłek dla bezrobotnych.

Innym sposobem na otrzymywanie świadczenia na pierwsze dziecko jest obniżenie oficjalnej wysokości pensji. Z doniesień prasowych wynika, że część pracodawców spotkało się już z propozycjami pracowników, by obniżyć im pensje lub obciąć premie (czasem tylko na papierze), bo więcej zyskają dzięki dodatkowym 500 zł od państwa.

Innym skutkiem ubocznym programu 500+ jest wzmożone zainteresowanie rodziców porzuconymi przez siebie dziećmi, które znalazły się w domach dziecka. Teraz „pięćsetka” co miesiąc sprawiała, że osoby, które przez długi okres nawet nie kontaktowały się z dziećmi, chcą je wziąć pod swoje skrzydła. Trudno przypuszczać, że owi patologiczni rodzice zamierzali wykorzystać uzyskane w ten sposób pieniądze na dzieci.

Na kolejny problem z programem 500+ zwrócił uwagę „Dziennik Gazeta Prawna”. Okazało się, że pobieranie świadczenia z tego tytułu może być podstawą odmowy podwyżki alimentów – taki wyrok zapadł właśnie w sądzie w Rzeszowie.

Na szczęście zjawiska te zostały dostrzeżone przez urzędników PiS, a ministerstwo pracy przyznało w minionym tygodniu, że konieczne mogą okazać się zmiany w ustawie.

Lepiej późno niż wcale.

*

Na początku kwietnia Sejm przyjął ustawę o obrocie ziemią rolną, która w życie wejdzie 30 kwietnia. Ideą tych przepisów jest „ochrona polskiej ziemi przed niekontrolowanym wykupem”. O błędach tej ustawy pisałem już kilkakrotnie. teraz okazuje się, że miałem rację.

Ustawa – przypomnę – ingeruje w prywatny obrót ziemią rolną, ograniczając grono potencjalnych nabywców do rolników indywidualnych. Co więcej, taki rolnik musi od przynajmniej 5 lat zamieszkiwać w gminie, gdzie jest położona co najmniej jedna działka jego gospodarstwa. Przepisy odnoszą się do działek o powierzchni przekraczających 0,3 ha, a prawo pierwokupu ziemi będzie mieć Agencja Nieruchomości Rolnych. Spod rygorów ustawy wyłączone są kościoły i związki wyznaniowe.

Główny problem z tą ustawą polega na tym, że jest sprzeczna z prawem unijnym i w sposób ewidentny łamie podpisane przez Polskę ustalenia traktatu akcesyjnego. Wchodząc do Unii, Polska wynegocjowała 12-letnie moratorium na zakup ziemi przez obcokrajowców, które wygasa 1 maja br. Oznacza to, że zgodnie z umową, obywatele innych krajów mieli z tą datą otrzymać równe prawa w kwestii obrotu ziemią rolną. Eksperci ostrzegają, że Polsce za złamanie traktatu akcesyjnego może grozić nawet utrata unijnych dotacji.

Ustawa o obrocie ziemią ma też lukę prawną, która w dużym stopniu podważa jej sens. Jak zauważył prof. Maciej Gutowski z UAM w Poznaniu, przepisy ograniczające obrót ziemią z łatwością będą mogły obchodzić spółki prawa handlowego. Wprawdzie ustawa nakłada ograniczenia na podmioty posiadające ziemię, ale ustawodawca nie przewidział sytuacji, w której większościowe udziały w takiej spółce nabywa inna spółka, przejmując także należącą do niej ziemię rolną. Wtedy nabycie udziałów spółki-matki będzie oznaczało także zakup ziemi rolnej spółki-córki – poza kontrolą Agencji Nieruchomości Rolnych.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni posłowie PiS – demonstrując arogancję wobec prawa – przegłosowali ustawy z oczywistymi błędami i lukami prawnymi.

Zbigniew Noska

Gdyby im zagrali?

Karolina Lewicka w Newsweeku tak zdiagnozowała sytuację na lewicy: „Teoria morfologii politycznej mówi, że byty polityczne – niczym żywe organizmy – rodzą się, rosną i dojrzewają, aż wreszcie umierają. Sojusz – jak w tej ludowej przyśpiewce o Maćku – już leży na desce, ale wciąż wierzy, że „gdyby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze”. Na razie nie ma orkiestry.”

Od lat – obserwując SLD także od wewnątrz – muszę, choć niechętnie, potwierdzić tę diagnozę. To prawda. SLD jest w politycznej agonii i nikt albo prawie nikt z tego powodu nie płacze. Co więcej wszystko wskazuje na to, że nie tylko SLD, ale w ogóle żadnej lewicy nikt nad Wisłą już nie chce. Bo i po co, skoro politykę lewicową robią za SLD inni. Gdy w 2007 roku pojawił się w Polsce wielki kryzys, Tusk rosnącym długiem ocalił „zieloną wyspę” dla Polaków, aby następnie ograniczył skutki zadłużenia likwidacją OFE. Teraz zaś PiS idzie ścieżką rozdawniczo-populistyczną i antybanksterską, wytrącając lewicy resztki argumentów. Na dodatek, co zresztą wiadomo od wieków, społecznie pokrzywdzeni w Polsce szukają przeważnie pociechy w kościele, więc PiS jest dla nich opcją naturalniejszą niż SLD. Dlatego dawni PZPR – owcy działacze lgną dziś do partii Kaczyńskiego i robią w niej coraz bardziej spektakularne kariery Nie dziwi mnie to, choć budzi niesmak.

*

SLD jak na partię, która miała prezydenta i czterech premierów; która uchwalała konstytucję i wprowadzała Polskę do UE odchodzi ze sceny politycznej w sposób, który musi budzić pytania o przyczyny i winnych.

Moim zdaniem grzechem głównym postpezetperowskiej lewicy była przede wszystkim bezideowość i karierowiczostwo jej kierownictwa oraz znaczącej części działaczy terenowych. To nigdy nie byli ani ludzie biedni, ani społecznie wykluczeni. Nie łączyły ich programy (których w SLD tworzono „na pęczki”), lecz życiorysy i chęć pozostania w politycznej grze.

Po niefortunnej kandydaturze Ogórek w wyborach prezydenckich SLD stało się na domiar złego – zwłaszcza dla młodych – partią obciachu bardziej niż kiedyś PiS. Kandydatura ta pokazała bowiem, że partia nie ma ludziom nic to zaproponowania poza urodą nieznanej przedtem nikomu rzekomo lewicowej działaczki.

Dziś lewica europejska to ruch na rzecz szeroko rozumianego postępu społecznego, ekonomicznego oraz liberalizmu w kulturze i edukacji. SLD o tym mówiło, ale nic w tej dziedzinie nie robiło. Partia ta powinna się też jakoś odnieść do kwestii patriotyzmu. Tymczasem według jej „wierchuszki” miała być związkiem zawodowym wspierającym posłów i radnych. Organizować im wybory i zapewniać miejsce w parlamencie. Interes Polski był dla niej mniej ważny, traktowany instrumentalnie. A Polacy tego nie lubią. Dla nich patriotyzm ma wielkie znaczenie. Dziś więc lewicowcy są zepchnięci do narożnika jako ci, którzy nie kochają Polski, bo nie czczą symboli. Monopol na patriotyzm przechwyciła prawica. I nic to, że ma on charakter powierzchowny. Tacy już są Polacy zwłaszcza ci z licznej sekty pisowskiej. Wolą „pochody i procesyje” od uczciwej pracy i rzetelnego wykonywania obywatelskich obowiązków.

Kłopoty SLD wynikają także z braku silnego lidera. Po nieudanym come back Millera członkowie SLD wybrali sobie Włodzimierza Czarzastego. W jego programowym wystąpieniu na zjeździe w Łodzi szczególnie mocno wybrzmiała jedna teza: Gdyby PiS nas do czegoś potrzebował, to jesteśmy chętni. SLD – jeżeli mu się to opłaci – zawiąże koalicję nawet z diabłem.

Tendencje do uczynienia z SLD przystawki PiS mają swój początek na jesieni 2014 roku, kiedy Leszek Miller, by ukryć rozmiary własnej porażki, razem z Kaczyńskim krzyczał o sfałszowanych wyborach samorządowych.

*

Dziś nie tylko SLD, ale cała polska lewica jest w kiepskim stanie. Jej polityczny dylemat sprowadza się do tezy: robić za młodszego brata PiS w obietnicach socjalnych czy zająć dalekie szeregi w tyle za Platformą i Nowoczesną w marszach przeciwko łamaniu demokracji. Kiepski to wybór (choć dla mnie oczywisty), dlatego trudno dziś uwierzyć w odrodzenie polskiej lewicy. Przynajmniej dopóki nie nadejdzie jesień pisowskiego średniowiecza.

Zbigniew Noska

Czas powiedzieć „Nie”

Dla każdego Polaka, który zastanawia się nad przyszłością swego kraju, ostatnie wydarzenia muszę być bolesne. Wiele wskazuje na to, że państwo polskie dokonuje właśnie samounicestwienia i pogrąża się w autorytaryzmie. Jeśli miał ktoś jeszcze jakieś wątpliwości, to miniony tydzień rozwiał je ostatecznie. Cała Polska mogła zobaczyć, jak za pomocą przestępstwa władza przyklepuje swój projekt zmarginalizowania Trybunału Konstytucyjnego, jak poseł Jarosław Kaczyński ruchem palca komenderuje marszałkiem sejmu, który – posłuszny jego woli – wyłącza mikrofon posłance opozycji ośmielającej się krytykować prezesa. Cała Polska widziała wreszcie, jak wygląda „dobro narodu stojące ponad prawem” w wykonaniu Kornela Morawieckiego, który opuściwszy klub „Kukiz 15”, z rozbrajającą szczerością przyznał, że najbardziej interesuje go kariera polityczna syna – wschodzącej gwiazdy PiS.

W tej sytuacji każdy zatroskany sytuacją swego kraju obywatel musi postawić sobie pytanie: Kiedy obudzą się Polacy, a zwłaszcza ta ich część, która ucieka od polityki? Polacy, którzy nie chcą mieć zdania o tym, co w kraju się dzieje. Po pracy wolą obejrzeć serial niż program publicystyczny, a zamiast gazet czytają opinie hejterów w Internacie. I zapominają o rzeczywistości tak bardzo, że czasem zaczynają w ich bzdury wierzyć, nie mając świadomości, że są to suto przez partie opłacani agitatorzy. Ostatnio zadaniem propisowskich hejterów jest zniechęcić Polaków do jakiegokolwiek oporu, dlatego epatują publikę rzekomo wzrastającym poparciem dla PiS i dezawuują wszelkie formy obywatelskiego oporu – zwłaszcza KOD

*

Podejrzewam, że my tu na dole lepiej wiemy, skąd wieje wiatr historii, niż usłużni socjologowie w biurowcach warszawskich sondażowni.

Jesienią nadzieje związane z PiS były naprawdę duże. Żądny nowości lud liczył na pognębienie „platformerskich złodziei” i bezkrytycznie łykał pisowskie obietnice o raju czekającym nas pod wodzą prezesa. Nielicznym odpornym na wyborcze kłamstwa, takim jak ja, ludziom z wiedzą i pamięcią historyczną, ręce opadały, bo ich ostrzeżenia nie trafiały do wyborców zmęczonych PO i PSL – em.

Teraz po pół roku rządów PiS okazało się, że mieliśmy rację, a zwolennikom PiS opadły skrzydła. Ci, którzy po raz pierwszy głosowali na prezesa, fakt ten wyparli praktycznie od razu z pamięci. Pozostali zachowują lojalność w stosunku do własnego wyboru i na siłę racjonalizują kolejne katastrofy swojej władzy, bo w ich przypadku zmiana opcji to długi i bolesny proces.

Nie widać, by projekt 500+ (poza twardym elektoratem PiS) wpłynął na Polaków. Kiełbasę wyborczą ludzie traktują z cynizmem. Biorą, bo dają. Nawet się trochę niepokoją, bo – zwłaszcza u starszych – pamięć galopującej inflacji jest jeszcze żywa. O rozwaleniu Trybunału Konstytucyjnego tylko niektórzy dyskutują, bo to zbyt skomplikowana kwestia. Ale już ciągłe wywoływanie wojen irytuje większość, a pisowskie zakłamywanie rzeczywistości (do sedesu wpadła kluska, wina Tuska) przestaje działać nawet na największych tumanów.

Ostatnio PiS usiłuje rozdmuchać „Targowicę” i „zdradę w Brukseli”, ale wśród ludzi to tematy praktycznie nieistniejące. Za to personalna „dobra końska zmiana” omawiana jest powszechnie. Ludzie lubią się nabijać z głupszych od siebie, a minister Jurgiel przebija nawet posłankę Pawłowicz w tej dziedzinie.

*

Coraz częściej słyszę, że jeżeli chcemy się „pisowskiego wampira” pozbyć, musimy pozwolić mu się zabić własnymi rękoma. Nie ma bowiem dnia, żeby sobie nie zrobili jakiegoś kuku, ale muszą mieć dostatecznie dużo czasu, by Polacy dojrzeli do buntu.

Nie zgadzam się z taką opinią. Nadszedł czas, by odejść od komputerów i wyjść na ulice, wspomagając KOD. Bo tam jest prawdziwa Polska, która woła o pomoc. Jak ujął to sugestywnie jeden ze znanych polskich dziennikarzy „na tej ulicy napadła Polskę banda gangsterów, którzy przy każdym skoku bredzą o Bogu i „dobru narodu”, ale coraz jaśniej widać, że to gangsterzy. Oni wszędzie widzą knucie, bo sami knują. Wszędzie widzą mafie, bo sami są mafią. I trudno nie dojść do wniosku, że jest to moskiewska mafia. W pokrzykiwaniu rządzących obecnie elit coraz częściej słychać putinowski zaśpiew.”

Czas spojrzeć prawdzie w oczy. PiS, mimo deklarowanej rusofobii, to de facto promoskiewska partia. Trzeba patrzeć nie na słowa lecz na czyny, a te są jednoznaczne. Działania PiS dążą do oddalenia nas od cywilizowanej Europy. Przyjaźń z prorosyjskimi Węgrami, Czechami, Słowacją i flirt z coraz bardziej eurosceptyczną Anglią tylko to potwierdzają. PiS gra na rozpad Unii i wyprowadzenie z niej Polski zaraz po ostatniej transzy dofinansowania z obecnego unijnego budżetu. I to jest rzeczywista Targowica.

*

W najbliższą niedzielę 24 kwietnia o godzinie 13 na deptaku w Pile odbędzie się pierwsza w naszym mieście manifestacja KOD. Warto się na nią wybrać. Trzeba bowiem głośno krzyczeć „Nie!”, żeby kiedyś nie żałować, że siedziało się cicho.

Zbigniew Noska