Drenaż

Obietnice wyborcze PiS zaczynają boleć. Na razie cierpi budżet państwa, ale za chwile poczujemy ból wszyscy. Mimo że w życie – jak dotąd – wszedł tylko projekt 500 plus rząd Beaty Szydło już teraz zapożycza się w zastraszającym tempie. Szacunkowa wielkość długu publicznego ma wzrosnąć z 923,3 mld zł na koniec 2015 roku do 1004,5 mld zł na koniec 2016 roku. Czyli o prawie 222 mln zł na dobę, 9,3 mln zł na godzinę i 2568 zł na sekundę. Rząd się zadłuża, a zapłacą za to obywatele. Dziś noworodek nie otrzymuje od rządu 500 zł, tylko 20 tys. zł długu do zapłacenia.

Skąd biorą się te astronomiczne sumy?

PiS, szukając pieniędzy na swe obietnice wyborcze. zwiększył deficyt państwa, co powoduje wzrost zadłużenia. Ale to nie wszystko. Zawirowania polityczne w Polsce, a zwłaszcza konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego obniżyły zaufanie naszych wierzycieli, co spowodowało wzrost kosztów obsługi długu. Ujmując rzecz najprościej: rośnie nie tylko kwota długu, ale także koszt spłaty każdej złotówki.

Jak rząd Beaty Szydło zamierza sobie poradzić z tym problemem?

– Szukamy oszczędności w każdym resorcie, ale nie kosztem podstawowych potrzeb społeczeństwa. Pracujemy także nad uszczelnieniem systemu podatkowego. Przy większych wpływach do budżetu nie będziemy zmuszeni zaciągać zobowiązań na rynku wewnętrznym czy międzynarodowym – mówi Gabriela Masłowska posłanka PiS z Komisji Finansów Publicznych.

Nie mówi prawdy. Za populistyczną politykę gospodarczą zapłacą wszyscy Polacy. PiS już rozpoczął drenaż naszych kieszeni. Podatki bankowy i handlowy to mały pryszcz w porównaniu z tym, co nas czeka. Aby zrealizować wszystkie obietnice wyborcze, rząd musi zdecydowanie głębiej sięgnąć do kieszeni podatników.

Jednym z pomysłów na podreperowanie budżetu ma być nowy jednolity podatek od wynagrodzeń, który miałby zastąpić PIT oraz składki na ZUS i NFZ. Jego wprowadzenie oznaczałoby prawdopodobnie także podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz niższe obciążenia dla mniej zarabiających. Taki ruch wiązałby – co oczywiste – ze zwiększeniem danin od osób o średnich dochodach. O ile? Szacuje się, że dochody do budżetu wzrosłyby o ok. 10 mld zł.

Rząd rozważa także wprowadzenie powszechnego oskładkowania. Pierwszym krokiem ku temu ma być utworzenie Centralnej Ewidencji Umów Cywilnoprawnych, nad którą już pracują urzędnicy. Według przygotowanych w tej sprawie raportów Państwowej Inspekcji Pracy i ZUS-u da to kolejne 10 miliardów złotych, które powędrują z naszych kieszeni do budżetu państwa.

Nowe opłaty pojawią się również na naszych fakturach za energię elektryczną – już od lipca rachunki zostaną zwiększone o daninę na dofinansowanie odnawialnych źródeł energii w wysokości 2,51 zł/MWh. To jednak nie koniec – planowany jest także wzrost tzw. opłaty przejściowej, z której finansowane są inwestycje w obszarze bezpieczeństwa energetycznego. Wzrośnie ona ponad dwukrotnie – z obecnych 3,87 do 8 zł miesięcznie.

Najbardziej perfidnym pomysłem rządu jest jednak tak zwana opłata audiowizualna. Ma ona wejść w życie od 1 lipca w miejsce abonamentu RTV i będzie doliczana do rachunku za prąd. Od każdego punktu poboru prądu energii ma być pobierane 15 zł miesięcznie. Oznacza to, że zapłacimy ją nie tylko za licznik w domu, ale także na przykład na działce rodzinnej lub (rolnicy) w budynkach gospodarczych. Jeszcze większe koszty poniosą firmy. Nawet te, które nie mają radia ani telewizora, a najbardziej będą dotknięci ci przedsiębiorcy, którzy mają jakąkolwiek infrastrukturę zasilaną energią elektryczną. Będzie to dla nich po prostu nowy podatek. I to bardzo wysoki.

Takich pomysłów ma rząd znacznie więcej. Głównie uderzą one w przedsiębiorców poszczególnych branż, co rykoszetem odbije się na konsumentach, czyli na każdym z nas. Zacznie się od małych kilkugroszowych, niezauważalnych podwyżek, a potem wraz z inflacją, (której symptomy są juz widoczne) ceny poszybują w górę.

Tylko naiwni uwierzyli w obietnice PiS. Wszak z pustego nawet Salomon nie naleje. a cóż dopiero Kaczyński, który go w niczym go nie przypomina.

Zbigniew Noska

Czas świrów

Zaskakujący wybuch agresji premier Beaty Szydło podczas ostatniego posiedzenia sejmu sprowokował serię wydarzeń, które szokują komentatorów – nawet takich jak ja odpornych na „niekonwencjonalne” zachowania i opinie polskich polityków. To w ów feralny piątek padło wiele ostrych słów pod adresem opozycji i rządu. To wtedy też posłanka Agnieszka Pomaska podarła projekt uchwały o obronie suwerenności Polski. – Mam nadzieję, że ta uchwała skończy w ten sposób – powiedziała, oceniając, że tekst jest kompromitujący i sejm nie może go przyjąć.

Takie zachowanie nie spodobało się Annie Kołakowskiej radnej PiS z Gdańska, która tego samego dnia na Facebooku napisała: „Trzeba to coś złapać i ogolić na łyso” – zamieszczając pod spodem zdjęcie posłanki PO. W poniedziałek uskarżała się, że administracja serwisu usunęła jej wpis.

W tym miejscu warto przypomnieć (zwłaszcza młodym czytelnikom), że w okresie okupacji ogoleniem głowy karano kobiety, które kolaborowały z okupantem. Czyżby właśnie to miała na myśli radna PiS? Sprawą zainteresowali się posłowie. Platforma złożyła do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. – To wstyd, że takie słowa padały i że nikt ich nie potępił – mówiła podczas konferencji w sejmie wicemarszałek Małgorzata Kidawa-Błońska. Przypomniała też transparent na stadionie Legii z napisem: „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice – dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”:

*

W dzień po sejmowym wystąpieniu Pani Premier w Gdańsku odbył się Marsz Równości. Doszło do konfrontacji między policją a grupą „narodowców”, którzy usiłowali zablokować trasę przemarszu. W następstwie starć zatrzymano m.in. 19-letnią Marię Kołakowską córkę wspomnianej tu już radnej PiS. Było to trzecie zatrzymanie tej młodej osoby. W 2014 r. gdańszczanka została zatrzymana, gdy protestowała w Gdańsku przeciwko czytaniu sztuki „Golgota Picnic”. Rozpyliła wówczas substancję o nieprzyjemnym zapachu w siedzibie trójmiejskiej „Krytyki Politycznej” za co ukarana została prawomocnym wyrokiem sądu. Drugi raz nastolatka została zatrzymana w maju 2015 r. Rodzina Kołakowskich zablokowała wówczas przemarsz 1,5-tysięcznego tłumu, siadając na jezdni, skąd policja musiała usunąć ich siłą. Odpowiadają teraz przed sądem za zakłócenie legalnego zgromadzenia.

Na zachowanie córki swej partyjnej koleżanki szef MSWiA Mariusz Błaszczak zareagował słowami: „Sobotnia interwencja policji w Gdańsku w związku z Marszem Równości i protestami środowisk narodowych była nieakceptowalna. Brutalnie potraktowano młodą kobietę. Będzie kontrola.”

*

Od czasu przejęcia władzy PiS (które będąc w opozycji nagminnie interweniowało w polskich sprawach w Brukseli) zmieniło swoją optykę. Dziś opozycja jest traktowana jak zdrajcy, bo jeździ do Brukseli i donosi. Posłowie PiS reagują na to pogróżkami. Bernadeta Krynicka, posłanka, która chciała klauzuli sumienia dla fizjoterapeutów – bo jak oni mogą dotykać kobiety z wkładką domaciczną – zadziwiła Polaków jeszcze bardziej. W katolickim radiu Nadzieja powiedziała: – Jestem Polką i w życiu na swój kraj bym nie donosiła. Dla mnie człowiek, który donosi do obcego państwa, jest zdrajcą, i tacy powinni wisieć na stryczku.

*

Prawicowe media usiłują za wszelką cenę powiązać złapanych niedawno bombiarzy (z Wrocławia oraz z Włoch pod Warszawą) z opozycją. Na portalu Fronda artykuł opisujący wydarzenie zatytułowano „Oto bombiarze – ideowe dzieci Michnika i KOD-u.” W tekście jednak nie ma żadnego odniesienia do tytułu. Na temat ten wypowiedział się również autorytet prawicy Rafał Ziemkiewicz: „Otóż – powiedzmy to wyraźnie – Korwin nie odpowiada za terrorystę z Wrocławia, a KOD, Gazeta Wyborcza i media springerowskie za anarchistów z Włoch – tak”. By zrozumieć tę opinię trzeba znać krążące po Internecie plotki jakoby bombiarz wrocławski był sympatykiem partii Korwin, a bombiarze z Włoch pod Warszawą byli anarchistami.

*

Jak skomentować przedstawione powyżej fakty pochodzące w większości z jednego przedświątecznego tygodnia?

W sobotę 4 czerwca obchodzić będziemy kolejną rocznicę bezkrwawego powstania polskiego zakończonego sukcesem, bez ofiar w ludziach i bez ruin. Po raz pierwszy w historii najlepsi Polacy podnieśli władzę, która znalazła się na ulicy, ale która była wynegocjowana. Dali przykład narodom Europy środkowo-wschodniej, które podobnie bezkrwawo się wyzwoliły. 4 czerwca 1989 roku – a wcześniej Okrągły Stół – to nasze wiano w historię świata.

26 lat później, 25 października 2015 roku, Polacy utracili z własnej woli suwerenność demokratyczną. Nastał czas świrów. Ludzie, którzy na nich głosowali, nich teraz nie narzekają. Nie są ich ofiarami. Są wspólnikami.

Zbigniew Noska

Gdy Bóg chce kogoś ukarać…

„To mógł być rząd sukcesu Beaty Szydło, Mateusza Morawieckiego, Anny Streżyńskiej albo Elżbiety Rafalskiej – napisał na moim blogu jeden z Internautów – I mógł spokojnie przy stabilnej większości realizować swoje kluczowe (i sensowne) przedwyborcze zapowiedzi. Nikt by mu na przykład nie przeszkodził w realizacji programu 500+ oraz wprowadzeniu podatków bankowego i od sklepów wielkopowierzchniowych” gdyby (dodaję od siebie) nie awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Podobnie jak autor tej opinii, przez moment miałem nadzieję, że gospodarką z ramienia PiS będą zarządzać profesjonaliści. Zawiodłem się. Wprowadzane przez rząd ustawy gospodarcze, o których piszę już chyba po raz trzeci, są prawnymi bublami, które szkodzą polskiej gospodarce, uderzają po kieszeni nas – konsumentów i…dają się bardzo łatwo ominąć.

*

Podatkiem, który miał być głównym źródłem finansowania programu 500 plus, jest obowiązująca już od lutego ustawa o podatku od niektórych instytucji finansowych nakładająca na nie daninę wynoszącą rocznie 0,44 proc. wartości ich aktywów. Spodziewane wpływy z tytułu tego podatku na poziomie 5 mld zł rocznie już okazały się znacznie przeszacowane, ponieważ banki wykorzystują lukę w ustawie.

Jak dowodzą eksperci portalu money.pl uniknięcie podatku bankowego jest dziecinnie proste. Wystarczy, że bank pod koniec miesiąca, nawet na bardzo krótko, kupi obligacje skarbu państwa o odpowiedniej wartości, a podatek nie zostanie naliczony. Powodem jest przepis ustawy, który stanowi, że „podstawą opodatkowania jest nadwyżka sumy wartości aktywów podatnika, wynikająca z zestawienia obrotów i sald, ustalonego na ostatni dzień miesiąca”. Jeden z kolejnych zapisów mówi jednak, że „podstawę opodatkowania obniża się o wartość aktywów w postaci skarbowych papierów wartościowych”.

To już nie furtka a brama przez którą banki uciekają fiskusowi, a tymczasem Ministerstwo Finansów przekonuje, że wszystko odbywa się zgodnie z wolą ustawodawcy.

*

Drugim źródłem finansowania programu 500 plus miał być podatek, od zagranicznych sieci supermarketów. Rządzące ugrupowanie stworzyło aż siedem wersji tych przepisów, a wciąż nie widać końca procesu legislacyjnego. Każda bowiem wersja okazała się mieć tak poważne skutki uboczne, że każdorazowo podejmowano decyzję o opracowaniu nowego projektu ustawy. Oprócz dwóch wersji projektu wyborczego mieliśmy już trzy propozycje rządowe, a także dwie poselskie. Ostatnia wersja, nad którą obecnie się pracuje, wciąż budzi spore kontrowersje.

Najpierw okazało się, że wbrew intencjom pomysłodawców pierwotne przepisy nakładające podatek obrotowy na placówki o powierzchni ponad 250 mkw. uderzyłyby głównie w polskie sieci sklepów spożywczych skupionych w sieciach franczyzowych.

Inna wersja projektu ustawy miałaby taki skutek, że podatek uderzyłby w polskie sklepy internetowe, które znalazłyby się na straconej pozycji wobec ich zagranicznych konkurentów. Gdy z kolei okazało się, że podatkiem objęte zostaną stacje benzynowe, eksperci wyliczyli, że odbije się to na cenach paliw. Wśród potencjalnych ofiar podatku handlowego znalazły się nawet… sklepy medyczne sprzedające np. refundowane wózki inwalidzkie. Jednym słowem totalny brak profesjonalizmu.

Błędy legislacyjne rządzących irytują nawet zwolenników PiS. Dla nich supermarkety to obok banków najbardziej krwiożercze kapitalistyczne instytucje. Domagają się więc ukrócenia ich „finansowego rozpasania”, ale codziennie biegają po zakupy do supermarketów i po pieniądze do bankomatów. Nie potrafią lub nie chcą zrozumieć, że w rzeczywistości podatki, które na banki i handel nakładają rządzący, zapłacą konsumenci w cenach produktów i usług. Jest to podatek nałożony na nich, ale – nawiązując do przysłowia, którego początek zacytowałem w tytule – jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu najpierw rozum odbiera.

I dlatego wierzą, że wszystkiemu winne są banki i supermarkety, które należy ukarać podatkami. Wierzą i … płacą

Zbigniew Noska

Czy papież Franciszek jest lewakiem?

„Franciszek to mądry i święty człowiek. Tak mądry, że aż się boje jego przyjazdu do Polski na dni młodzieży” – napisał na moim blogu jeden z internautów. Podzielam jego opinię. Krótko bowiem w Polsce trwała fascynacja nowym papieżem. Coraz częściej i coraz głośniej wielu wierzących (zwłaszcza tych o fundamentalistycznych skłonnościach i ultraprawicowych poglądach) nie tai swego rozczarowania niekonwencjonalnymi poglądami Ojca Świętego. Jeden z moich propisowskich znajomych na facebooku nazwał Franciszka lewakiem, znany endecki pisarz i publicysta nie szczędził mu epitetów w stylu „ten głupek”. Są nawet tacy, którzy pytają, czy nowy Ojciec Święty nie jest czasem heretykiem? Franciszek jest także z trudem tolerowany przez polski kler, a wielu jego przedstawicieli nie kryje, że z niecierpliwością oczekuje na koniec pontyfikatu. Ojciec Święty nie szczędzi bowiem słów krytyki księżom.

Kilka dni temu podczas codziennej mszy w Kościele św. Marty w Watykanie po raz kolejny upomniał księży, aby ci byli bardziej otwarci na ludzi i prezentowali służebną postawę.

– Trzymając się przepisów i nie biorąc pod uwagę intencji i dobrej woli wiernych, księża stają się kontrolerami wiary, zamiast ułatwiać wiarę ludzi – powiedział papież i wsparł tę opinię przypadkiem młodej dziewczyny, która chciała ochrzcić dziecko, ale ze względu na brak ślubu kościelnego z jego ojcem, nie otrzymała na to zgody.

– Niektórym księżom nie wystarcza siedem sakramentów ustanowionych przez Jezusa – mówił – Oni wprowadzili ósmy: sakrament duszpasterskiej komory celnej. Na końcu kazania papież zwrócił się do księży z prośbą, aby ludzie chcący zbliżyć się do Kościoła spotykali zawsze otwarte drzwi. I po raz kolejny przypomniał, że Kościół ma być ubogi i dla ubogich. Ten nakaz ubóstwa szczególnie irytuje polskich księży diecezjalnych, którzy bardzo zabiegają o swoją pozycję materialną.

Nawoływanie do ubóstwa łączy się w nauczaniu papieża z krytyką wyzysku w gospodarczej działalności człowieka.

– Wyzyskiwanie ludzi to grzech śmiertelny – dowodzi papież – Ten, kto gromadzi bogactwo poprzez wyzysk, pracę na czarno, niesprawiedliwe kontrakty, to krwiopijca, który zniewala ludzi. Wyzysk ludzi to dzisiejsze nowe niewolnictwo. Nie da się ukryć, że pogląd taki podzielają przede wszystkim ludzie o lewicowej wrażliwości.

*

Polską prawicę świecką irytuje szczególnie stosunek Ojca Świętego do emigrantów. Kilka dni temu w wywiadzie dla francuskiego katolickiego dziennika „La Croix” Franciszek stwierdził, że koegzystencja chrześcijan i muzułmanów jest możliwa.

Nie sądzę – mówił – byśmy mieli dziś do czynienia ze strachem przed islamem, tylko przed tzw. Państwem Islamskim i jego wojną na rzecz podboju, co częściowo bierze się z islamu. To prawda, że idea podboju należy do ducha islamu. Ale można by interpretować zgodnie z tą samą ideą podboju zakończenie „Ewangelii według św. Mateusza”, gdzie Jezus wysyła uczniów do wszystkich narodów – odpowiada papież.

Franciszek, który w kwietniu zabrał ze sobą do Rzymu 12 Syryjczyków z greckiej wyspy Lesbos, uważa, że przyczyną migracji ludności muzułmańskiej do Europy są wojny na Bliskim Wschodzie i zacofanie kontynentu afrykańskiego. Winą za tę sytuację obarcza między innymi Zachód, który eksportuje swój model demokracji, nie akceptując odmienności tamtejszych kultur, a emigrantów, którzy dotarli do Europy, zamyka w gettach.

– Państwa – pointuje swą wypowiedź – powinny być świeckie, te wyznaniowe kończą źle. Są sprzeczne z historią.

Te słowa Franciszka wywołały konsternację w środowiskach konserwatystów katolickich. Ale prawdziwy szok spowodowało stwierdzenie papieża, że na zbawienie mogą liczyć nawet czyniący dobro ateiści.

W tym miejscu wypada przypomnieć, że to teza, z którą zdawał się walczyć poprzednik Franciszka papież Benedykt XVI, podkreślający w każdej swojej homilii i dokumentach papieskich, że warunkiem koniecznym do tego, by liczyć na zbawienie, jest szczera wiara w Boga.

Czy zatem Franciszek jest heretykiem, jak dowodzą niektórzy konserwatyści? Argumentacja Franciszka jest prosta. Jezus Chrystus umierał na krzyżu, by odkupić grzechy całego świata. A świat, to nie tylko wyznawcy jednej religii. Żyją na nim także ci, którzy w ogóle nie dowierzają, że Bóg może istnieć. Jednak za ich grzechy też ukrzyżowano Chrystusa.

Zbigniew Noska

Radio Erewań o audycie

Czy ktoś dziś jeszcze pamięta dowcipy na temat radia Erewań? Nie sądzę, bo były one popularne w głębokim PRL -u, a więc znacznie wcześniej niż te o Wąchocku, Chucku Norrisie i blondynkach. Przypomnę więc jeden z nich.

Słuchacze Radia Erewań pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody?

Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach dworca warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.

Anegdota ta jest wyjątkowo trafną recenzją „audytu”, jaki przedstawili minionej środy w sejmie ministrowie Beaty Szydło. Jeden z nich Dawid Jackiewicz zarzucał poprzednim rządom i podlegającym im spółkom skarbu państwa m.in. niegospodarność i rozrzutność. Najbardziej jaskrawym przypadkiem był złoty mercedes, którego zażyczył sobie prezes jednej ze spółek.

– Musiał być złoty, taki był warunek pana prezesa, innego po prostu nie chciał – twierdził minister. I uzyskał to, czego od niego oczekiwano. Taki złoty mercedes działa bowiem na wyobraźnię. Posłowie natychmiast dali wyraz swemu oburzeniu. W chwilę potem zahuczało w Internecie.

Po kilku godzinach okazało się, że Pan Minister skłamał. Zdjęcie rzeczonego samochodu pokazał na Twitterze Hubert Biskupski, zastępca redaktora naczelnego „Super Expressu”. Według „SE” samochód należy do byłego już prezesa Totalizatora Sportowego Wojciecha Szpila i jest … beżowy.

Następnego dnia Monika Olejnik odniosła się do tego kłamstwa w rozmowie z Beatą Kempą, która z ramienia rządu nadzorowała audyt. Usłyszała: – Jakie to ma znaczenie, czy on był złoty czy srebrny? Po prostu był, a jaka była nonszalancja… i dalej „poleciała” charakterystycznym dla siebie tekstem ubarwionym pełnymi emocji przymiotnikami oskarżającymi swoich poprzedników o niegospodarność, pychę i arogancję. Nie wiedziała biedulka, że tym razem – klepiąc swój tekst – strzeliła sobie w stopę. To prawda, że mercedes nie jest najtańszym samochodem, jakim mógłby jeździć prezes spółki. Jednak wszystko wskazuje na to, że ten, którego używał prezes Szpila zakupiony został na tak zwanym rynku wtórnym. Sądząc po zdjęciu, jest to model produkowany do 2009 roku, a Szpila był prezesem od 2012 roku, co wskazuje, że samochód kupiono jako używany. Podobny taki „złoty” mercedes z 2007 roku kosztuje na allegro 46 tys. zł. Minister nie sprecyzował, kiedy prezes otrzymał samochód, nie wiadomo więc, ile mógł wtedy kosztować. Sam Szpila, pytany przez „SE” o zarzuty ministra skarbu, powiedział jedynie, że „to bzdury”.

*

Można by całą tę sytuację potraktować jak anegdotę, gdyby nie fakt, że kłamstwo stało się ostatnio główną metodą uprawiania polityki w naszym kraju. „Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić” – twierdzi pisarz, publicysta i działacz antykomunistyczny Krzysztof Łoziński.

„Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki” – wyjaśnia w artykule na ten temat. Jego zdaniem po kłamstwa w polskiej polityce najczęściej sięga prezes partii Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie. „Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi)” – zauważa.

Łoziński dokonuje swoistej systematyki politycznego kłamstwa. Rozróżnia cztery zasadnicze ich typy: kłamstwo odwracające, „odnowę moralną” zwaną też „wzmożeniem moralnym”, kłamstwo życiorysowe, kłamstwo o stanie Polski. Być może w którymś z kolejnych moich felietonów powrócę bardziej szczegółowo do jego rozważań na ten temat. Na razie ograniczę się jedynie do zacytowania jednej z najtrafniejszych jego opinii:

„Ludzie żyjący w środowisku, w którym ciągle się kłamie, po pewnym czasie mają w głowach głównie fałszywe informacje o wszystkim, co ich otacza. Żyją w matriksie, w fałszywej rzeczywistości i nie odróżniają jej od prawdziwej.”

Znam paru takich, a jeden z nich jest szczególnie aktywny na moim blogu.

Zbigniew Noska