Kasa dla krewnych królika

„Sądzę więc – napisałem w ubiegłym tygodniu na zakończenie felietonu pt. „Rozpoznanie bojem” – że podwyżki płac władza i tak dla siebie załatwi. Jeśli nie ustawą to rozporządzeniami. Furtka zawsze się znajdzie.”

I znalazła się. Kasę dla swoich mają zapewnić powoływane pośpiesznie nowe organizacje i komisje. Jak wyliczył „Dziennik Gazeta Prawna” ten sprytny wybieg będzie kosztował podatników sporo grosza. A teraz konkrety.

PiS tworzy właśnie nową organizację z gigantycznym budżetem. Polska Fundacja Narodowa ma się zająć m.in. promocją i ochroną wizerunku Polski oraz naszej gospodarki za granicą, a także kształtowaniem pozytywnego odbioru społecznego inwestycji przez spółki Skarbu Państwa. Jeszcze nie wiadomo, co miałaby promować PFN, czy inwestowanie w Polsce czy turystykę, a może polskie produkty? Wiemy natomiast, że budżet powstającej fundacji, której pomysłodawcą jest minister skarbu Dawid Jackiewicz, ma wynosić 100 mln zł rocznie.

*

Antoni Macierewicz w lutym powołał do życia podkomisję, która zbada okoliczności katastrofy smoleńskiej. Pracuje w niej 21 osób, a doradza jej czterech zagranicznych ekspertów: Michael Baden, Frank Taylor, Glenn Joergenssen i Andriej Iłłarionow. Z informacji MON wynika, że budżet komisji na rok 2016 to ponad 3,5 miliona złotych, a maksymalna miesięczna kwota, jaką komisja może przeznaczyć na płace jej członków, to ponad 108 tysięcy zł. Najniższą stawką jest 25 zł netto za godzinę, najwyższą natomiast otrzymuje przewodniczący, dr. inż. Wacław Berczyński – 100 zł netto za godzinę. Smoleńska podkomisja Macierewicza może kosztować rocznie od 1,2 mln do nawet 10 mln zł, a jej praca (zważywszy na sposób opłacania) potrwa zapewne latami.

*

W lipcu Komitet Stały Rady Ministrów przyjął projekt nowelizacji Prawa wodnego. Nowe prawo wprowadzi również nową jednostkę Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie”, która będzie odpowiedzialna za gospodarowanie wodami w naszym kraju. Nowa instytucja zajmie się między innymi pobieraniem opłat za korzystanie z wody. Według Superstacji na tworzony nowy urząd rząd PiS wyda rocznie 3 mld zł. Na same pensje dla pracowników pójdzie prawie 130 milionów zł rocznie.

*

14 czerwca Minister Finansów podpisał akt założycielski spółki powołanej do celów informatyzacji służb skarbowych. Państwowa spółka Aplikacje Krytyczne przygotuje dla fiskusa rozwiązania informatyczne, które pomogą mu walczyć z oszustami podatkowymi. Przestanie ona istnieć, gdy ten „centralny rejestr faktur”, jak je nazwał wiceminister finansów Leszek Skiba, pojawi się i zacznie dobrze działać – może to się stać w roku 2018. Na czele spółki stanął Piotr Kociński. Szefem rady nadzorczej będzie natomiast wiceminister finansów Leszek Skiba. Kapitał początkowy spółki to 20 mln zł.

*

W lipcu sejm powołał komisję śledczą ws. Amber Gold. Ma się ona zająć zbadaniem i ocenieniem nieprawidłowości i legalności działań podejmowanych, m.in. przez rząd wobec Amber Gold. Komisja śledcza liczy dziewięciu członków, z czego swoich pięciu przedstawicieli ma klub PiS. Komisją kieruje posłanka PiS Małgorzata Wassermann, która zapowiada, że jej prace potrwają przynajmniej 2 lata. Już dziś wiadomo, że komisja będzie musiała zatrudnić i sowicie opłacić liczne grono ekspertów. Nie wiadomo natomiast, jaki jest sens jej powołania (poza postawieniem w stan oskarżenia Donalda Tuska), ponieważ aferą Amber Gold zajmuje się prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę.

*

W maju posłowie PiS powołali zespół parlamentarny ds. zbadania skutków odłączenia Warszawy od Mazowsza. Grupa posłów zasiadająca z zespole zwróciła się o analizy finansowe dot. ewentualnego wyłączenia Warszawy z Mazowsza. Jak zaznaczył wiceszef klubu PiS Marek Suski, „nie ma na razie ani potencjalnej daty, ani ostatecznej analizy. Trzeba sprawdzić, czy się to po prostu opłaci”. Ile zarobią eksperci pracujący dla tego zespołu jeszcze nie wiadomo.

*

Nie trudno domyślić się, kto znajdzie zatrudnienie w tych nowych organizacjach i komisjach. Będą to krewni i znajomi królika, a zlecenia na naukowe opracowania i finansowe analizy popłyną do zaprzyjaźnionych z PiS ekspertów.

Zbigniew Noska

Morskie wiatraki

Trudno zrozumieć meandry ekonomicznego myślenia rządzącej dziś w Polsce partii. Dla mnie do największych zagadek należy niechęć PiS do wiatraków. Pisałem o tym kilkakrotnie wiosną tego roku, gdy parlament znowelizował ustawę o odnawialnych źródłach energii. Wynika z niej, że w pobliżu słupa (na obszarze o promieniu o 10-krotności całkowitej wysokości wiatraka) nie może być praktycznie żadnych zabudowań. Za pomocą tej ustawy posłowie PiS dokonali rzeczy bezprecedensowej w skali świata. Wyrzucili z kraju najtańszą, najbardziej perspektywiczną i innowacyjną branżę. Nie docenili jednak pomysłowości polskich przedsiębiorców.

120 wiatraków chce postawić na Bałtyku grupa Polenergia. Tak ma wyglądać pierwsza polska elektrownia wiatrowa na morzu. Zanurzone w wodzie wiatraki będą mieć maksymalną wysokość 275 m n.p.m., a rozpiętość skrzydeł może sięgnąć 200 m. Mają stanąć ok. 23 km na północ od brzegu w pasie zlokalizowanym na wysokości Łeby Odległość pomiędzy poszczególnymi słupami ma wynieść od 1,2 do 1,5 km.

Tam, gdzie staną wiatraki Polenergii, średnia prędkość wiatru wynosi 9-10 m/s. Na lądzie wieje średnio 2-3 razy słabiej. Z wyliczeń wynika, że farma może więc osiągnąć moc całkowitą 1200 megawatów.

Z pobieżnych szacunków wynika, że morska farma wiatrowa pozwoli wytworzyć rocznie ok. 3 terawatogodzin energii. Przy krajowym rocznym zapotrzebowaniu na poziomie 160 TWh nie możemy więc mówić o jakimś znaczącym wpływie, na przykład na ceny, ale trudno też mówić, że to znikoma ilość energii.

*

Głównym udziałowcem Polenergii jest Kulczyk Investments. Spółka zakłada, że „Bałtyk Środkowy III” – bo pod taką nazwą rusza inwestycja – zacznie produkować energię w 2022 r.

Inwestycja ta będzie zapewne z uwagą obserwowana przez branżę energetyczną. Morskie elektrownie wiatrowe bowiem mogą być przyszłością dla polskiej gospodarki. I – w dalszej perspektywie – zapewnić przynajmniej w części bezpieczeństwo energetyczne kraju. Głównie dlatego, że nad morzem zawsze mocniej wieje, więc potencjał energetyczny jest dużo większy, a źródło może pracować dłużej i stabilniej niż na lądzie. Za tym idą niższe koszty eksploatacji i wyższa rentowność elektrowni. W stosunku do lądowych farmy wiatrowe morskie charakteryzują się dwukrotnie większą produktywnością energii i stabilnością, a ich lokalizacja nie wywołuje protestów społecznych.

Za morskimi wiatrakami pójdą też miejsca pracy przede wszystkim w sektorze stoczniowym i portowym. Realizacja projektu zaangażuje stocznie w Szczecinie i w Gdyni w budowę fundamentów i wież planowanych elektrowni.

Ze wstępnych rozmów inwestora z ekologami wynika, że nawet Greenpeace nie będzie robił problemów. Co prawda polski oddział nie chciał zająć jednoznacznego stanowiska, ale co do zasady jest przychylny budowie takich farm wiatrowych. „Farmy na morzu – zdaniem Katarzyna Guzek, rzeczniczki organizacji – nie mają tak negatywnego wpływu na środowisko naturalne, nie niszczą roślin ani innych organizmów, bo na dnie morskim jest ich zwyczajnie mniej niż na lądzie.”

*

Lobbystom energetyki węglowej, których nie brak w „kręgach rządowych” warto na koniec przypomnieć, że choć odnieśli zwycięstwo nad wiatrakami na lądzie, to nie uda się im postawić tamy postępowi. O energetyce wiatrowej mówi się najwięcej, bo jest najtańsza w eksploatacji. Ale są jeszcze fotowoltaika czy geotermia, których koszty spadają i za kilka lat mogą okazać się konkurencyjne.

Miks energetyczny musi się uzupełniać, więc powinna znaleźć się w nim energia z różnych źródeł. Tak sądzą eksperci. Teoretycznie więc nic nie powinno stanąć na drodze budowy farm wiatrakowych na Bałtyku. Chyba, że PiS znowu coś wymyśli.

Zbigniew Noska

Pensja dla pierwszej damy?

Projekt ustawy PiS zwany popularnie „korytem plus” spotkał się z krytyką społeczną tak gwałtowną, że upadł po kilku dniach. Jeden wszakże zapis spotkał się z uznaniem niektórych komentatorów. Myślę tu o propozycji pensji dla pierwszej damy.

Zerowe wynagrodzenie, brak opieki ZUS i do tego zakaz pracy w swoim zawodzie – tak do tej pory wyglądała sytuacja pierwszych dam w Polsce. PiS przygotował ustawę, zgodnie z którą wynagrodzenie pierwszej damy miało być uzależnione od pensji prezydenta i stanowić 55 proc. wysokości wynagrodzenia głowy państwa. W pierwotnym projekcie zakładano, że Agata Kornhauser-Duda mogłaby otrzymywać miesięczną 13 540 zł. Następnego dnia światło dzienne ujrzała nowa wersja podwyżek dla rządzących. Wynagrodzenie dla prezydentowej pozostało, choć nieznacznie je zmniejszono. Według drugiego projektu PiS małżonka prezydenta miałaby otrzymać ok. 13 212 zł. Pieniądze otrzymywać miały też byłe pierwsze damy. Co ciekawe ich wynagrodzenie byłoby wyższe niż tej urzędującej. Anna Komorowska, Jolanta Kwaśniewska i Danuta Wałęsa dostałyby 13 513 zł brutto miesięcznie. Kilka godzin później nowy projekt o wynagrodzeniach najwyższych został jednak wycofany, a jako że był w nim zapis o uposażeniu pierwszych dam, to i ta sprawa umarła.

Mimo to warto prześledzić jakie wynagrodzenia przewidziane są dla pierwszych dam na świecie.

W większości krajów europejskich małżonki głów państwa rezygnują z dotychczasowej pracy, żeby poświęcić się działalności charytatywnej. U boku męża budują wizerunek państwa. Nie otrzymują za to żadnych pieniędzy, bowiem ich status nie jest specjalnie regulowany. We Francji pierwsze damy także nie mają pensji. Prezydentową, która miała własne zarobki, była Carla Bruni. Pierwsza dama nie otrzymywała jednak wynagrodzenia za bycie żoną prezydenta. Bruni kontynuowała dotychczasową karierę, śpiewała i grała w filmach, m.in. w „O północy w Paryżu” Woodego Allena. Żona austriackiego prezydenta Thomas Klestila również nie przestała pracować, gdy jej mąż objął stanowisko głowy państwa. Margot Klestil-Löffler nie zrezygnowała z pracy w ministerstwie spraw zagranicznych.

W USA sytuacja wygląda podobnie. Michelle Obama nie ma pensji, podczas gdy jej mąż zarabia 400 tys. dolarów rocznie. Żona Prezydenta Stanów Zjednoczonych uważa jednak, że pierwsze damy powinny dostawać wynagrodzenie za swoją ciężką pracę. Natomiast żonie George’a W. Busha wystarczał zaszczyt pełnienia funkcji pierwszej samy. Nie domagała się dodatkowego wynagrodzenia.

Jak wygląda sprawa w Rosji czy na Białorusi? Oficjalnie kwestie pensji pierwszych dam nie są w żaden sposób uregulowane. Konkretne sumy pojawiły się przy zarobkach żony Aleksandra Łukaszenki. Prezydent Białorusi do swojego oświadczenia majątkowego w 2009 i 2014 roku dołączył informacje o zarobkach żony. Zgodnie z nimi Halina Łukaszenka w 2009 roku zarobiła 447 dolarów a w 2014 roku całe 801 dolarów. W Rosji, na Białorusi i Ukrainie nie mówi się o zarobkach wysoko postawionych urzędników, nie wspominając już o ich żonach.

*

Przychylam się do opinii tych komentatorów, którzy uważają, że pierwsza dama powinna mieć pensję. Ale trzeba być konsekwentnym i wskazać zakres obowiązków prezydentowej. Tylko jakim aktem prawnym? Wyobrażam sobie, że pierwsza dama musiałaby mieć jakiś status w obrębie kancelarii prezydenta. Pensja prezydentowej powinna się mieścić w przedziale tego, co zarabia głowa państwa.

Generalnie sadzę, że politycy nie powinni mieć wysokich dochodów. Może jestem naiwny, ale uważam, że to powinny być osoby, które poświęcają się dla idei, a nie robią finansową karierę.

Na koniec warto przypomnieć, że pensja prezydenta jest dożywotnia. Prezydenci nie mają więc takiego problemu jak niektórzy posłowie, którzy po zakończeniu kadencji mają kłopoty z powrotem do zawodowego życia. Prezydent więc ani jego żona nigdy nie popadną w nędzę.

Zbigniew Noska

Rozpoznanie bojem

Rozpoznanie bojem to jedna z bardziej krwawych metod walki Armii Radzieckiej w czasie II wojny światowej. Polegała na natarciu wydzielonego oddziału na formacje nieprzyjaciela w celu zdobycia informacji.

Podobną taktykę zastosowało kierownictwo PiS w stosunku do ustawy, którą Kukiz nazwał celnie „korytem plus”. Grupa mało znanych posłów PiS nocą – jak to bywa w ich zwyczaju – wprowadziła pod obrady sejmu projekt ustawy o horrendalnie wysokich podwyżkach dla VIP – ów licząc na to, że w zgiełku spowodowanym kolejną bitwą o Trybunał Konstytucyjny i w atmosferze zbliżającej się wizyty papieża przemknie ona niezauważenie przez parlament. Nie udało się. PiS zrejterowało. I to dwa razy. Najpierw wycofano pierwotny projekt podwyżek, a potem drugi – poprawiony, który przetrwał zaledwie kilka godzin.

Ustawa upadła, ale niesmak pozostał. Niesmak spowodowany fałszem i hipokryzją.

*

Rok temu, w trakcie kampanii wyborczej PiS bardzo sprawnie wykorzystało taśmy nagrane przez kelnerów. Oskarżając wtedy (słusznie) PO o nadużycia i arogancję prezentowało siebie jako lepszą alternatywę moralną. PIS od lat i na wielu polach gra tym argumentem. Głosi wszem i wobec (a pisowski elektorat to kupuje), że jest partią uczciwszą, bardziej patriotyczną, partią etosu, wartości, służby itp. Tymczasem (każdy to wie?), że im głośniej panienka chwali się swą cnotą tym bardziej jest prawdopodobne, że dawno ją utraciła. Próba przepchnięcia przez sejm bocznymi drzwiami ustawy o podwyżkach dla władzy pokazała, że PiS dawno już straciło dziewictwo i dało się przyłapać in flagranti w popularnym w mieście motelu.

Dostrzegli to nawet dziennikarze i blogerzy dotąd przychylni partii Kaczyńskiego. Wydarzenia ostatnich dni także z ich strony wywołały lawinę komentarzy o arogancji i alienacji władzy. Wierzą jednak, że Jarosław Kaczyński to uporządkuje.

Mylą się. Prezes nie zatrzyma pazerności nowej władzy, bo jej zachowania nie są odstępstwem od zasad wyznawanych przez PiS, lecz ich logicznym skutkiem. Kaczyński wielokrotnie dawał do zrozumienia, że państwo to łup, który bierze zwycięska partia. PiS zawłaszcza więc instytucje, dzieli stanowiska, wymienia ludzi na swoich i nie oglądając się na nikogo wprowadza swoje partyjno-ideowe porządki.

Czekający osiem lat na swoją kolej ludzie szeroko rozumianego dziś obozu władzy rzucili się na stanowiska i posady jak wygłodniałe wilki. Zastosowano przy tym zasadę, że żaden nie nasz się nie ostanie. W ten sposób kryterium lojalnościowe wyparło kryterium jakościowe.

Czyż bowiem Mariusz Błaszczak nie pozostawałby bezrobotnym, gdyby nie posłowanie i służenie Jarosławowi Kaczyńskiemu? A nauczycielka – minister edukacji w rządzie PiS – Anna Zalewska. Ile by zarobiła poza rządem? Nie ma nawet kompetencji na nauczycielkę w porządnej szkole. Takich przykładów mógłbym wymieniać bez końca. Nie będę więc pisał o przedszkolance, która jest rzeczniczką rządu, ani o burmistrzyni miejscowości Brzeszcz. Czy osoby te mają kwalifikacje do pełnionych funkcji? Nie! Zawdzięczają je lojalności wobec prezesa.

*

Piastujący dziś wysokie stanowiska politycy i działacze PiS doskonale wiedzą, że ani ich predyspozycje, ani ich kompetencje nie odegrały w awansie istotnej roli. Rozumieją też, że przy ewentualnym zwolnieniu, gdyby się partii w wyborach nie powiodło, ich osiągnięcia na zajmowanym stanowisku nie będą miały żadnego znaczenia. Co więc im pozostało? Nachapać się. Nie dla Polski. Dla siebie.

Sądzę więc, że podwyżki płac władza i tak dla siebie załatwi. Jeśli nie ustawą to rozporządzeniami. Furtka zawsze się znajdzie.

Zbigniew Noska

Kierunek „urawniłowka”

Mam dobrą wiadomość dla tych, którzy lubią zaglądać do cudzych kieszeni. Oto bowiem parlament przyjął nową ustawę o zasadach wynagrodzeń w państwowych spółkach. Informacja o niej utonęła w zgiełku awantur wokół Trybunału Konstytucyjnego oraz gorączce przygotowań do spotkania członków NATO w Warszawie.

Warto o niej jednak wiedzieć, bo w sposób istotny obniża ona płace członków zarządu spółek z udziałem Skarbu Państwa i likwiduje fikcję obowiązującej dotąd tzw. ustawy kominowej.

Według PAP zgodnie z intencjami projektodawców ustawa „ma ustalić właściwą proporcję pomiędzy potrzebą zapewnienia elastycznego mechanizmu określania wynagrodzeń i zbliżania go w maksymalnym stopniu do zasad obowiązujących na rynku, a potrzebą realizacji zasady sprawiedliwości społecznej”

Ustawa wprowadza widełki dla wynagrodzenia podstawowego członków zarządu, które będzie zależało od wielkości spółki. W przypadku mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniającego do 10 osób) ma to być 1-3-krotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, a spółki małej (zatrudniającej od 11 do 50 osób), średniej (51-250 osób), dużej (251-1250 osób), „dużej plus” (co najmniej 1251 osób, obrót roczny netto wyższy niż 250 mln euro) odpowiednio: 2-4-krotność; 3-5-krotność; 4-8-krotność, 7-15-krotność.

Wynagrodzenie ma być podzielone na część stałą i zmienną. W myśl zapisów ustawy „część zmienna wynagrodzenia w spółce nie będzie mogła przekroczyć 50 proc., a w największych spółkach 100 proc. wynagrodzenia podstawowego członka organu zarządzającego w poprzednim roku obrotowym”. Ponadto ma ona zależeć od osiągniętych celów inwestycyjnych spółki.

Ustawa przewiduje dziewięć takich celów: wzrost zysku netto; wzrost wielkości produkcji czy sprzedaży; wartość przychodów, w szczególności ze sprzedaży, z działalności operacyjnej; zmniejszenie strat, obniżenie kosztów zarządu lub kosztów prowadzonej działalności; realizacja strategii lub planu restrukturyzacji; osiągnięcie wskaźników, w szczególności rentowności, płynności finansowej, efektywności zarządzania lub wypłacalności; realizacja inwestycji, z uwzględnieniem skali, stopy zwrotu, innowacyjności, terminowości realizacji.

Ustawa zakłada zarazem, że „w wyjątkowych okolicznościach” część stała wynagrodzenia będzie mogła być podniesiona. Wówczas jednak trzeba będzie opublikować uzasadnienie tej decyzji w Biuletynie Informacji Publicznej.

Dokument zakazuje prezesom spółek Skarbu Państwa czerpania dodatkowego wynagrodzenia z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek zależnych, czyli w spółkach córkach i wnuczkach. Ponadto, w myśl ustawy, maksymalny okres wypowiedzenia ma wynosić trzy miesiące, prawo do odprawy ma przysługiwać dopiero po roku, a tzw. zakaz konkurencji ma być wypłacany maksymalnie do 6 miesięcy. Dotąd w tym zakresie dochodziło do znaczących nadużyć w spółkach.

W trakcie dyskusji nad projektem w parlamencie przeszła poprawka rozszerzająca zapisane w ustawie zasady wynagradzania w spółkach na „podmioty posiadające istotne znaczenie dla wskazanych w tej ustawie polityk państwa”. Chodzi o instytucje związane z takimi obszarami jak: zdrowie, nauka, transport, energetyka, obronność, polityka rolna, regionalna i zagraniczna. Listę takich „podmiotów” będzie wskazywał premier.

Obecna obowiązująca tzw. ustawa kominowa dotyczy tylko spółek, w których Skarb Państwa ma powyżej 50 proc. akcji; nie obejmuje większości największych podmiotów, w tym m.in. PZU, Orlen czy KGHM. Nowa ustawa ma temu zaradzić. Wynika z niej bowiem, że wynagrodzenia mają być ustalane przez walne zgromadzenia, na których przedstawiciele Skarbu Państwa będą zobligowani do głosowania zgodnie z nową ustawą. Dzięki temu przepisami zostaną objęte spółki, w których udział Skarbu Państwa wynosi poniżej 50 proc.

W ocenie autorów projektu ustawy wynagrodzenia członków zarządu będą niższe od dotychczasowych średnio o 50 proc. Oszczędności w wyniku wejścia jej w życie mają wynieść 60 mln zł w skali roku.

Mój komentarz: W myśl socjalistycznych zasad, którymi PiS kieruje się w polityce gospodarczej, jest to kolejny krok w kierunku ograniczenia praw rynkowych, ingerencji państwa w gospodarkę oraz dążenia do „urawniłowki” w płacach. Czyni też zadość polskiej zawiści w wankowiczowskim ujęciu, jaka charakteryzuje elektorat tej partii. I nie tylko on.

Zbigniew Noska