Tego nikt się nie spodziewał

Drugie półrocze rozpoczęło się zapaścią w budownictwie i spadkowymi tendencjami w przemyśle. „Dobra zmiana” tych gałęzi gospodarczych nie oczarowała, a program 500+, poza sklepami monopolowymi, nie okazał się zbyt widoczny w zakupach Polaków.

Ocena ta jest całkowitym zaprzeczeniem niedawnych jeszcze optymistycznych prognoz rządowych, które, mówiły o silnym przyspieszeniu w trzecim kwartale br. Rząd zapowiadał wzrost rocznego PKB na poziomie 3,8 proc, obecnie skorygował go do 3,5 proc, choć większość ekspertów uważa i tę liczbę za znacznie przesadzoną.

Nie za bardzo spełniły się też nadzieje związane z realizacją programu 500+. Zwiększony ruch w supermarketach nie miał większego odbicia we wskaźnikach. Wypłacone w lipcu pieniądze z programu 500+ spowodowały ledwo 2-procentowy wzrost sprzedaży detalicznej.

Ekonomiści pocieszają, że na razie nie należy popadać w zwątpienie. Do końca roku szeroka struga kasy popłynie jeszcze do polskich rodzin. Mówią, że konsumpcja nie powinna zwolnić, bo ona jest głównym motorem wzrostu w kolejnych kwartałach.

Bardzo źle natomiast się stało, że załamała się w pierwszym półroczu 2016 produkcja przemysłowa. Spodziewano się 1-procentowego wzrostu, a eksperci mówią o prawie 3,5-procentowym spadku. Nie zachwycają też ekonomistów wyniki eksportowe, co jest bardzo złym sygnałem, gdyż ich część spodziewa się w ogóle gorszej koniunktury w Europie.

Jakby tego było mało, bardzo złe informacje napływają z sektora budownictwa, gdzie produkcja nie tylko spada i to nie tylko w tempie dwucyfrowym, ale ten spadek z miesiąca na miesiąc się pogłębia. W lipcu wyniósł już 18,8 proc. Jest to efekt braku inwestycji i zastój w programach unijnych, finansowanych z nowej perspektywy. Zdaniem wicepremiera Mateusza Morawieckiego jest to wina poprzedników, bo nie przygotowali „płynnego przejścia” do nowej perspektywy. Według opinii profesora Belki jest to efekt obaw działaczy gospodarczych zwłaszcza samorządowych przed represyjnymi działaniami CBA, które wszędzie (a w samorządach niepisowskich przede wszystkim) węszą złodziejstwo. Strach przed represjami ogranicza kreatywność. W efekcie można spodziewać się dalszego spadku inwestycji w Polsce.

*

Zadziwia mnie to, że media uznające za swą misję objaśnianie w przystępny sposób mechanizmów ekonomicznych, milczą na temat przyczyn zapaści w przemyśle i budownictwie. Wobec tego ja spróbuję je wyjaśnić choć niechętnie, bo nie jestem ekonomistą. Dlatego posłużę się konkretnymi przykładami.

Każdy nawet minimalnie zorientowany w polityce Polak słyszał, że minister Macierewicz wstrzymał realizację kontraktu na bojowe śmigłowce transportowe typu Caracal dla naszej armii. Za to już nie każdy wie (bo „media narodowe” o tym nie informowały), że ów minister wstrzymał realizację wszystkich przetargów dla armii. Większość z nich miały realizować polskie firmy.

To jednak nie wszystko. Jedynie pracownicy wysokiego szczebla dużych i uznanych firm zdają sobie sprawę z tego, że przy każdej zmianie władzy następuje lekkie opóźnienie w prowadzonych przetargach – z oczywistego powodu – nikt nie chce brać na swoje barki odpowiedzialności za decyzje poprzedników. Nikt nie wybierze w ciemno zwycięzcy przetargu. W wypadku ostatniej zmiany rządzących zwyczaj ten został jednak rozdęty do paranoicznego zatrzymania wszelkich procedur przetargowych, bowiem ludzie Kaczyńskiego z założenia wszystko, co nie wyszło z ręki PiS traktują jak przestępstwo, w którym nie chcą uczestniczyć.

Na kolejny powód kłopotów polskiej gospodarki otworzył mi oczy mój znajomy, który prowadzi dużą firmę w Niemczech.

– Chciałem – opowiadał mi – zainwestować w Polsce. Wybudować tu filię, ale zrezygnowałem. Dlaczego? Bo chciałbym aby moja firma zaczęła jak najszybciej zarabiać. A w pisowskiej Polsce jest tak, że byle urzędas może odwołać przetarg, bo jakiemuś politykowi się coś przyśniło. Mając do wyboru kilka innych europejskich lokalizacji, zainwestowałem na Słowacji. Tam inwestycje zagraniczne przyjmowane są z pocałowaniem ręki. Polacy natomiast od pewnego czasu kopią po kostkach inwestorów zagranicznych, bo zaślepieni zawiścią, programowo atakują każdego, kto potrafi zarobić pieniądze, a nie ukraść drugiemu.

Z bólem serca wysłuchałem mojego znajomego, bo zrozumiałem, że nawet Polacy nie chcą inwestować w Polsce. I to z naszej winy.

Zbigniew Noska

Czas się bać

Wraz z końcem wakacji nadeszła druga faza pisowskiej rewolucji. Dotąd PiS opanowało prokuraturę, dało wysokie podwyżki w służbach specjalnych, nałożyło polityczną czapę na publiczne radio i telewizję, sparaliżowało Trybunał Konstytucyjny likwidując w ten sposób konstytucyjną kontrolę nad władzą wykonawczą i sądowniczą.

Teraz CBA wkroczyło do wszystkich urzędów marszałkowskich, gdzie PiS jeszcze nie rządzi. Rozpoczęła się bitwa o obsadzenie swoim komisarzem funkcji prezydenta stolicy.

Za chwilę rusza komisja w sprawie Amber Gold, która pod pretekstem rozliczania afery ma skompromitować III RP. W kolejnych tygodniach i miesiącach można spodziewać się nękania politycznych wrogów PiS, wzmożenia lustracji i agresywnej polityki historycznej, medialnego ostrzału propagandowego na gigantyczną skalę, w końcu aresztowań i pokazowych procesów. Kadrowe czystki sięgną do poziomu szkół, uczelni, instytucji samorządowych, mediów prywatnych.

Celem tych działań jest nie tylko umocnienie władzy PiS, ale przede wszystkim zbudowanie ustroju państwa według koncepcji Jarosława Kaczyńskiego. Stąd zasadne jest określenie go terminem „kaczyzm”.

Jarosław Kaczyński nie ma demokratycznej legitymizacji do zmiany ustroju, gdyż w ostatnich wyborach PiS nie uzyskało większości konstytucyjnej. Dlatego działania jego ludzi służą przede wszystkim skompromitowaniu istniejącego porządku prawnego, doprowadzeniu do takiej anarchii prawnej w państwie, aby zastąpienie ustroju III RP „kaczyzmem” stało się strawne dla Polaków.

*

W cieniu wojny o Trybunał Konstytucyjny odbywa się w Polsce niszczenie prawa. Przyczyniają się do tego zarówno deklaracje czołowych przedstawicieli obozu rządzącego, jak też konkretne ich działania.

Sam Jarosław Kaczyński, który do kluczowej dla demokracji zasady niezawisłości sądów ma stosunek jednoznacznie wrogi, powtarza, że to nie on, ale „sędziowie łamią prawo”, a decyzja sędziów Trybunału Konstytucyjnego to „stanowisko w gruncie rzeczy prywatne pewnej grupy osób”. Kornel Morawiecki z trybuny sejmowej rzuca robespierrowskie hasło, prymatu woli narodu nad prawem. Najbardziej jednak kuriozalną deklarację wygłosił ostatnio Zbigniew Ziobro. W wywiadzie dla „Polski The Times” pytany, dlaczego interweniuje w sytuacjach, kiedy policja lub sądy usiłują stosować prawo wobec ludzi niszczących nagrobki czy atakujących policjantów w czasie „patriotycznych” manifestacji połączonych z demolowaniem miasta, odpowiedział: „jako dziecko zawsze lubiłem oglądać filmy o Zorro, czy Janosiku wstawiającymi się za słabszymi i przywracającymi sprawiedliwość”. Kiedy dziennikarz prowadzący wywiad zauważył: „Nie wiem, czy Janosik to dobry przykład dla prokuratora generalnego – on przecież działał niezgodnie z prawem”. Ziobro odpowiedział: „ale co to było za prawo? Filmowy Janosik kontestował prawo, które było narzucone przez obcą władzę zaborców i ciemiężycieli”.

Wystarczy zatem III RP uznać za „kondominium”, wystarczy wychować swój elektorat w takim przekonaniu, a wówczas nawet minister sprawiedliwości zamiast czuwać nad przestrzeganiem prawa, może sam stanąć na czele janosikowego buntu.

*

Tym deklaracjom towarzyszą konkretne interwencje kluczowych ministrów rządu Beaty Szydło, które mają ośmielać akty „obywatelskiego nieposłuszeństwa” skierowane zarówno przeciwko obowiązującemu prawu, jak też przeciwko policji, kiedy jej funkcjonariusze próbują prawo egzekwować. Już w pierwszych dniach swojego urzędowania Zbigniew Ziobro interweniował w obronie recydywisty, który bił i kopał policjanta interweniującego w czasie „patriotycznej” manifestacji połączonej z demolowaniem miasta. Później mieliśmy interwencję Mariusza Błaszczaka, który skarcił policjantów z Wybrzeża za zatrzymanie córki radnej PiS atakującej policjantów chroniących legalny Marsz Równości. Podporządkowany Ziobrze prokurator odstąpił od ścigania kiboli Legii, którzy w czasie jednego z meczów wywiesili na stadionie transparent obiecujący „szubienice” dla konkretnych osób i instytucji ze świata polityki i mediów będących krytykami PiS-u. Sam Zbigniew Ziobro osobiście doprowadził do uwolnienia chuliganów zatrzymanych przez policję, kiedy sami „wymierzali sprawiedliwość komunistycznym zbrodniarzom” niszcząc nagrobki. Do demolowania świadomości prawnej Polaków przydatna okazuje się nawet „polityka pomnikowa” PiS prowadzana metodą faktów dokonanych.

*

Działania zmierzające do kompromitacji obowiązującego prawa zawsze w przeszłości towarzyszyły partiom dążącym do zamiany demokracji w ustrój autorytarny. Kiedy naziści niszczyli ład prawny Republiki Weimarskiej, „oddolne” ataki obywateli na żydowskie sklepy o wiele lat poprzedziły wprowadzenie Ustaw Norymberskich. Zarówno bolszewicy w Rosji, jak też populiści przejmujący władzę w krajach Ameryki Południowej chętnie organizowali „oddolne” ataki na własność zanim sami byli w stanie dokonać wywłaszczeń i zniszczyć nie chcące im się podporządkować warstwy i środowiska społeczne.

Bezkarność „ludzi biorących sprawy w swoje ręce” kończyła się dopiero wtedy, gdy zniszczone już zostały wszystkie „ograniczające wolę narodu” instytucje i regulacje prawne. Wówczas obywatele byli dyscyplinowani, a anarchia okresu przejściowego ustępowała miejsca dyktaturze.

Polsce zagraża „kaczyzm”, czas się bać.

Zbigniew Noska

Ten sam tętent i rżenie

Stało się. Rację mieli ci, których posądzano o czarnowidztwo, a którzy przewidywali, że po spotkaniu przywódców NATO w Warszawie i po wyjeździe papieża PiS przystąpi do ostatecznej rozprawy z demokracją, a życie polityczne zbrutalizuje się jeszcze bardziej. Pierwsi swym obawom dali wyraz artyści – ludzie szczególnie naznaczeni Polską, którzy w naszej historii zawsze stanowili swoisty sejsmogram wrażliwości. Oni pierwsi dzięki swej intuicji i wiedzy odczytali znaki, co z nami będzie, co jest z nami nie tak. Po Krystynie Jandzie, Agnieszce Holland i Wojciechu Pszoniaku głos zabrał Kazimierz Kutz – nestor polskich artystów

Wywiad z Kazimierzem Kutzem publikowany w „Newsweeku” jest bardzo smutny, wręcz przygnębiający. „Polska – zdaniem artysty, którego miałem zaszczyt osobiście poznać – to mój kraj, ale nie ma go dziś za co kochać. Polska stała się krajem destrukcyjnym i ten, kto się na to nie godzi, może się albo przeciwko temu buntować, albo spierdalać.”

Polski nacjonalizm – twierdzi Kutz – jak żaden inny w Europie, jest zaszczepiony w parafiach. Wszystko rozstrzyga się na ambonie. A ołtarz uświęca złą pamięć.

Pocieszam się tym – mówi – że Polska nie jest krajem baranów, które dadzą się prowadzić na rzeź. W Brukseli wszyscy zdają sobie sprawę, że Polacy nie zasłużyli na bycie najbardziej skundlonym narodem wspólnoty, do czego prowadzą działania PiS. Polska naprawdę się rozpada. Gliwieje jak ser – uważa reżyser.

Głównym wrogiem PiS w najbliższych miesiącach będą wolne media. „Lufy są już wycelowane w środowisko Adama Michnika, Tomasza Lisa, tygodnika „Polityka” i prywatne telewizje” – twierdzi Kutz, ale jego zdaniem pierwszą ofiarą jesiennej ofensywy PiS będzie prof. Andrzej Rzepliński, którego czeka pokazowy proces.

I tak się stało. W minionym tygodniu wszczęte zostało śledztwo przeciwko prezesowi Trybunału Konstytucyjnego z powiadomienia pisowskiego sędziego Mariusza Muszyńskiego, wybranego nielegalnie przez obecny Sejm i zaprzysiężonego nocą przez uległego prezesowi PiS, prezydenta Andrzeja Dudę.

Zbigniew Ziobro donos ten skierował do „zaprzyjaźnionej” prokuratury regionalnej w Katowicach, a tam zajmuje się śledztwem prokurator Ireneusz Kunert – ten sam, który maczał palce w spektakularnych śledztwach IV RP prowadzonych przeciw Blidzie, Kwaśniewskim, Dochnalowi, lekarzom.

Nie wróży to niczego dobrego ani prawu, ani Polsce. Na naszych oczach odbywa się zamach na demokratyczne państwo. Obserwujemy naruszanie filarów naszej demokracji, tworzenie struktury państwa totalitarnego, gdzie wszystko jest podporządkowane decyzjom partyjnym. Następuje olbrzymi podział naszego społeczeństwa, w administracji oraz firmach państwowych panuje nepotyzm i kolesiostwo, brak jest jakiejkolwiek przestrzeni do dialogu społecznego i politycznego. Rządzący próbują także zmieniać naszą historię w celu zawłaszczenia ogólnonarodowych wartości. Nowe władze chcą niepodzielnie rządzić we wszystkich obszarach i na wszystkich szczeblach. Jednak jednym z najbardziej rażących przykładów działań rządzących jest bezwzględne niszczenie przeciwników politycznych. Prof. Rzepliński jest pierwszą ofiarą tego planu.

Historia dobitnie pokazuje, że tak wyglądały początki wielu dyktatur: eliminowanie niewygodnej opozycji, podporządkowanie sobie sądów i aparatu represji. Tak było w Niemczech w latach 1933/34 i w Polsce w latach 1946/47 – w czasie budowy dyktatury monopartyjnej.

Zapowiedzi rządzących jednoznacznie wskazują, że represje będą kontynuowane także wobec innych polityków opozycji. Dlatego konieczna jest obrona każdej osoby pomawianej i oskarżanej na polityczne zamówienie. Za chwilę może być już za późno!

*

IV RP przetrwała i teraz wyłazi spod kamienia na światło dzienne. Dla Polski może to skończyć się tylko źle. Prokuratorskie Katowice to odpowiednik „dobrej zmiany” w stadninie koni w Janowie Podlaskim. Ten sam tętent i rżenie.

Zbigniew Noska

Wyszło jak zwykle

Kiedy cała Polska emocjonuje się konfliktem wokół Trybunału Konstytucyjnego czy ustawą antyterrorystyczną, kilkadziesiąt tysięcy ludzi boi się, że straci pracę. Wszystko za sprawą projektu ustawy, która najprawdopodobniej wywróci do góry nogami rynek gazu płynnego (LPG) w Polsce. Jej projekt przewiduje wpłacenie 10 mln złotych kaucji od każdej z posiadanych koncesji.

Większość zrzeszonych w Polskiej Izbie Gazu Płynnego przedsiębiorców musi mieć dwie koncesje. Pierwsza jest wymagana do tego, żeby gaz sprowadzić zza granicy. Druga, żeby móc nim handlować w Polsce. Teraz właściciele tych firm będą musieli zapłacić 20 mln kaucji.

Z czego? Tego ustawodawca nie określa. Przedsiębiorcy mówią, że ich firmy z samej marży nie są w stanie wyciągnąć takich kwot, natomiast autorzy projektu twierdzą, że przecież nie potrzeba płacić 10 czy 20 mln, wystarczy gwarancja bankowa. Tyle tylko, że otrzymanie takiej gwarancji warunkowane jest posiadaniem odpowiedniej zdolności kredytowej, którą mają tylko nieliczni.

Kaucję trzeba wpłacić na „wszelki wypadek”. Jeśli jakaś nieuczciwa firma będzie unikać płacenia podatku, wówczas będą one potrącane wraz z odsetkami właśnie z pieniędzy wpłaconych w formie kaucji. Podobny pomysł pojawił się już dwa lata temu, wówczas jednak udało się wpłynąć na ustawodawców i projekt został cofnięty. Obecnie za rządu PiS, który potrzebuje gotówki na swe projekty socjalne, ustawa wróciła jak bumerang i wiele wskazuje na to, że tym razem kaucje trzeba będzie płacić.

*

To nieprawda, że państwo nie miało dotąd bata na nieuczciwych przedsiębiorców z tej branży. Właściciele firm handlujących gazem płynnym od 2004 roku składają naczelnikom urzędów skarbowych zabezpieczenia majątkowe, takie jak gwarancje, poręczenia majątkowe czy depozyty gotówkowe na kwoty odpowiadające zobowiązaniom podatkowym. Od mniejszych graczy wymaga się mniej, od większych więcej.

Przedsiębiorcy obawiają się, że nowa ustawa zniszczy ich firmy. W PIGP zrzeszonych jest obecnie około dwustu firm. Szacuje się, że około 180 z nich będzie musiało zawiesić działalność lub w ogóle zostaną zlikwidowane. Pracę straci od 30 do 40 tysięcy ludzi.

*

Brak pieniędzy na kaucje nie dotyczy wielkich koncernów paliwowych, dla których takie kwoty to „grosze”. Zdaniem fachowców z PIGP, ustawa była pisana pod dyktando wielkich firm i dużych graczy zza granicy. I wcale nie chodzi w niej – jak twierdzą autorzy projektu – o walkę z szarą strefą. Kontrole są częste i drobiazgowe. Pewnie, że są oszustwa, zawsze i wszędzie będą. Ale w skali całego kraju więcej się oszukuje na paliwach diesla czy zwykłej benzynie niż na LPG. Chodzi nie o to, że traci budżet, tylko o to, kto chce zarobić.

Konsekwencją nowej ustawy będzie likwidacja małych firm, a łapę na dystrybucji LPG położą wielkie koncerny i zaczną dyktować ceny, które wzrosną najpierw o parę groszy, potem znów o kilka i w końcu dobiją do kwoty niewiele niższej niż cena benzyny.

Grożą więc nam znaczne podwyżki cen gazu, które dotkną nie tylko kierowców jeżdżących pojazdami „na gaz”. Ucierpią i wielkie fabryki, i działkowicze, którzy korzystają z butli gazowych tankowanych często na stacjach LPG.

*

Zamysłem ustawodawcy było ograniczenie szarej strefy handlu paliwami płynnymi. Problem w tym, że projekt tej ustawy zamiast zminimalizować nielegalny obrót gazem LPG w Polsce, w praktyce zmniejszy liczbę podmiotów produkujących i handlujących tym rodzajem paliwa. Aż się prosi, żeby temat ten spointować zdaniem: miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Zbigniew Noska

O krwi bratniej

Miesiąc temu, 13 lipca minęło dokładnie 350 lat od wydarzenia, o którym milczy się w podręcznikach historii Polski. W 1666 roku w bitwie pod Mątwami k/Inowrocławia wojska rokoszan pod wodzą Jana Lubomirskiego pokonały armię królewską Jana Kazimierza. Po niepomyślnym przebiegu walk do niewoli rokoszan dostało się ponad 3 500 żołnierzy królewskich. Wszyscy zostali zamordowani przez współbraci. Byli to weterani wojen z Szwedami, Kozakami i Moskalami – pokolenie Kmicica, Wołodyjowskiego i Skrzetuskiego. W wyniku przegranej Jan Kazimierz musiał zrezygnować z próby reformy państwa, a dwa lata później abdykował. Polski ciemnogród, który wówczas nazywał się sam Sarmatami, triumfował, by w pół wieku później oddać faktyczną władzę w Polsce w ręce ambasadorów rosyjskich.

Do dziś mord pod Inowrocławiem nie doczekał się potępienia, a miejsce tego wydarzenia nie upamiętniono żadnym pomnikiem czy choćby pamiątkową tablicą. A szkoda.

W historię naszego kraju od wieków bowiem wpisana jest walka obozu postępu z obozem wstecznictwa, ciemnoty i ksenofobii ubranej w nacjonalistyczne szaty. Zwycięstwo (niestety) bardzo często odnosili ci drudzy, co w konsekwencji doprowadzało zawsze do narodowej katastrofy: bratobójczych walk, klęsk militarnych, utraty niepodległego państwa, a nawet groźby biologicznego i kulturalnego wyniszczenia narodu.

Dziś po raz kolejny nasz kraj znalazł się w krytycznej sytuacji. Spór o Polskę, jej ustrojowy kształt i przyszłość w Europie doprowadził do tak daleko idących podziałów, że kraj nasz, choć jest jednym państwem, zamieszkują dwa skłócone plemiona, które ze sobą współżyć nie potrafią i nie chcą. Dlaczego? Bo dzieli ich stosunek do demokracji i wolności jednostki.

*

Przez dominującą część historii przemoc była głównym sposobem osiągania życiowych celów człowieka. Służyła zdobywaniu władzy i pieniędzy. Wymuszała posłuszeństwo. Dopiero stosunkowo niedawno udało się ludziom to zmienić. Za sprawą wolnego rynku i demokracji. Rywalizacja ekonomiczna na wolnym rynku zastąpiła fizyczną przemoc w walce o pieniądze, rywalizacja demokratyczna zaś – walkę o władzę. Ich podstawę stanowi wypracowana przez rewolucję francuską koncepcja równych ludzkich jednostek mających niezbywalne prawo do wolności.

W tych podstawowych i zdawałoby się oczywistych kwestiach Polacy nie są zgodni. Dotyczy to przede wszystkim demokracji, która – zdaniem niektórych – sprowadza się jedynie do wolnych wyborów. A to nie wystarcza. Wolne wybory są podstawowym warunkiem powołania prawomocnej władzy, ale to nie znaczy, że będzie ona demokratyczna. Wystarczy w tym miejscu przywołać przykład Republiki Weimarskiej w latach 30 – tych poprzedniego wieku oraz Rosji, Białorusi czy Turcji współcześnie.

Demokracja wymaga spełnienia jeszcze dwóch warunków. Pierwszym jest skuteczne działanie instytucji kontrolnych niezależnych od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Chodzi o to, iż w demokracji państwo jest dysponentem środków przemocy, takich jak policja, służby specjalne, armia czy aparat skarbowy. Władza taka skupiona w rękach jednej partii, stanowi zagrożenie dla praw i wolności obywateli. Dlatego tak ważna jest niezależność aparatu sprawiedliwości i takich instytucji jak Trybunał Konstytucyjny czy wolne media, które pełnią funkcję kontrolną

Demokracja – po drugie – wymaga konsensusu, który zapewnia pokojową „grę” o władzę, lojalność tych, którzy nie mają władzy, wobec decyzji tych, którzy ją sprawują, i uznanie tych, którzy rządzą, praw tych, którzy jej nie mają.

Oba te warunki we współczesnej polskiej demokracji nie funkcjonują. Trybunał Konstytucyjny został świadomie sparaliżowany przez dążącego do dyktatury Jarosława Kaczyńskiego. Także konsensus między zwalczającymi się stronnictwami nie jest możliwy, bo władza dąży do unicestwienia opozycji i pogardza nią. W tej sytuacji „totalna” opozycja nie jest lojalna wobec woli większości parlamentarnej, bo musi walczyć o przetrwanie.

Pokojową „grę” o władzę zastąpiła w Polsce wszechogarniająca nienawiść, o której prof. Barbara Skarga pisała: Nienawiść pokazuje dziś swą wściekłą twarz. I nikt na jej działania nie reaguje, nikt nie potępia. Przeciwnie, są tacy, którzy mają wciąż na ustach moralną rewolucję, a poddają się jej z ochotą, jakby tęsknili za szubienicami (…) Ktoś kiedyś powiedział, że my, Polacy, lubimy sielanki. Tak może było, tak nie jest. Okazuje się, że nie jesteśmy narodem łagodnym, że potrafimy szczerzyć kły, warcząc nie na obcych, lecz na siebie nawzajem. Coraz szerzej wzbiera piana nienawiści, niszcząc nasze życie społeczne.”

Nienawiść – dodam od siebie – jeśli w porę nie zostanie zahamowana, zawsze prowadzi do przelewu krwi. Bratniej krwi. I dlatego szkoda, że w pamięć narodową Polaków nie wpisano rzezi pod Inowrocławiem.

Zbigniew Noska